Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty

Pierwsze koty - Ewa Nowak

20.10.15


Jeżeli ktoś choć trochę interesuje się literaturą, musiał choć raz spotkać się z Ewą Nowak. Jeżeli nawet nie czytał nic, co wyszło spod jej pióro, to nazwisko słyszeć musiał. Obowiązkowo. Kilka lat temu zgłębiałam twórczość tej Pani z dość dużym zapałem. I choć obyło się bez większych porywów i wzruszeń, to czas spędzony z lekturą okazał się naprawdę pouczający. Po tych kilku latach postanowiłam znów przeczytać coś jej autorstwa. I nasunął mi się wniosek, że wiek gimnazjalny jest najlepszy dla zaznajomienia się z twórczością tej pisarki.

Dzieje się tak chociażby przez wiek głównej bohaterki, która właśnie przeżywa uroki gimnazjalnego życia. Ada, to dziewczyna niezwykle uzdolniona plastycznie. Jak każdy jednak, musi sprostać pewnym problemom. Apodyktyczny ojciec śledzi każdy jej ruch, zbliżają się egzaminy gimnazjalne i konieczność wyboru liceum, a co za tym idzie podjęcie decyzji, czy wybrać praktykę, czy pasję, chłopak z dnia na dzień stał się dla niej oziębły, a każdą wolną chwilę wypełnia jej nowa praca. Jednym słowem nie jest łatwo. 

Książka ma niewątpliwie swoje plusy. Chociażby świetny kontekst psychologiczny, dogłębne ukazanie problemów rodzinnych i skutków, jakie mają one na rozwój młodego człowieka. Widać, że autorka ma duże doświadczenie i potrafi tak przedstawić sytuację, aby odwołać się do naszych emocji i sumienia. Nie muszę mówić o umiejętnościach pisarskich, bo w przypadku tak dużego doświadczenia świetne kreowania świata przedstawionego rozumie się samo przez się. Mamy też ciekawie przedstawione postaci i klimat Warszawa. I byłoby idealnie, gdyby nie jedna rzecz. Jestem już chyba za stara na tego typu historie. Wiedziałam, czego się spodziewać, naturalnie i sądziłam, że przypomnę sobie przyjemną atmosferę, która kilka lat temu towarzyszyła mi lekturze książek Pani Nowak. Tym razem jednak nie cieszyłam się z czytania tak, jak kiedyś, a w problemy bohaterów, jakoś nie mogłam się wczuć. Poznałam tę opowieść bez większych emocji, niestety.

To spotkanie z Ewą Nowak nie okazało się dla mnie takie, jakbym chciała. Nie oznacza to, że książka była zła. Jeżeli chodzi o wartość jej przekazu, to prezentuje naprawdę wiele. Po prostu to historia nie dla mnie, co nie znaczy, że innym się nie spodoba!

Moja ocena: 6/10

Ewa Nowak, Pierwsze koty, str. 318, Wydawnictwo Egmont, Warszawa, 2015

Za możliwość przeczytania Pierwszych kotów dziękuję Wydawnictwu Egmont!




Read more ...

Dziewczę z sadu - Lucy Maud Montgomery

11.10.14

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o Ani z Zielonego Wzgórza. Przygody tej rudowłosej dziewczyny podbiły serca milionów czytelniczek, w tym moje. Ostatnio nakładem wydawnictwa Egmont ukazała się nowa wersja innej książki pisarki - Dziewczę z sadu. Bardzo klimatyczny opis oraz chęć odświeżenia sobie pióra tej autorki popchnęły mnie do sięgnięcia po powieść.

Eric Marshall po zakończeniu studiów pragnie iść w ślady ojca i związać swoją przyszłość z handlem. Na prośbę przyjaciela postanawia jednak odłożyć te plany w czasie i objąć w jego zastępstwie posadę w małomiasteczkowej szkole. Mogłoby się wydawać, że mężczyzna zanudzi się tam na śmierć, jednak za sprawą tajemniczej piękności tak się nie dzieje. Pewnego wieczoru podczas spaceru Eric napotyka się na dziewczynę w sadzie, która przerażona ucieka. Niefortunne pierwsze spotkanie prowadzi do kolejnego, a to do wciąż następnego. Fakt, że Klimeny jest niema, nie stoi na przeszkodzie do narodzin pięknego uczucia, które złączy tych dwoje.

Ta króciutka powieść pozwoliła mi doświadczyć tego, czego potrzebowałam i oczekiwałam. Przypomniałam sobie magię książek Montgomery, która czaruje klimatem i przy pomocy pięknego, wprawnego języka tworzy urokliwą, chwytającą za serce historię. W książce Dziewczę z sadu mogłabym pewnie znaleźć milion wad, które przedstawione inaczej niewyobrażalnie by mnie gryzły i nie pozwalały cieszyć się lekturą. Jednak, jako że jest to powieść tej, a nie innej autorki, tych wad prawie w ogóle nie zauważałam. Właśnie ten wszechobecny klimat skutecznie mi to uniemożliwiał. Nie obchodziło mnie, że pełno tu naiwności, nierealnych zbiegów okoliczności i ckliwości. Choć może przez to nie wczułam się w historię jakoś specjalnie, to muszę przyznać, że miłość przedstawiona przez panią Montgomery mnie urzekła. Autorka pozwoliła mi na chwilę oderwać się od rzeczywistości, zapomnieć o problemach i po prostu pobyć w tym pięknym literackim sadzie. Fabuła skupia się głównie na wątku miłosnym, a akcja spokojnie toczy się do przodu, aby przybliżyć czytelnikowi historię Klimeny i Erica. Myślę, że inne wykonanie nie stworzyłoby tak pięknej lektury. Podobnie jak nie byłoby jej bez tych charakterystycznych bohaterów.     

Nie trzeba się chyba bardziej rozpisywać, aby oddać klimat tej książki i pokazać Wam, jak pozytywnie ją odebrałam. Może nie jest to dzieło, które będę wielokrotnie wspominać ani też książka, która niewyobrażalnie mnie pochłonęła i którą pokochałam całym sercem. Jest za to przyjemną, urokliwą i z pewnością piękną opowieścią idealną na jesienny wieczór i oderwanie się od rzeczywistości. Polecam gorąco! Nie tylko fanom Lucy Maud Montgomery.

Moja ocena: 7/10


Lucy Maud Montgomery, Dziewczę z sadu/Klimeny of the Orchard, str. 191, Egmont, 2014

Książkę Dziewczę z sadu miałam okazję poznać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont!
Read more ...

Galop'44 - Monika Kowaleczko-Szumowska

6.8.14

Wojtek i Mikołaj od zawsze byli wychowywani w duchu patriotyzmu. Nic więc dziwnego, że 1 sierpnia udają się do Muzeum Powstania Warszawskiego na obchody wybuchu powstania. Mikołaj podczas zwiedzania replik kanału niespodziewanie trafia do autentycznej Warszawy z 1944 roku. Choć bracia nigdy nie utrzymywali bliskich stosunków, Wojtek postanawia wyruszyć za Mikołajem i sprowadzić go z powrotem. Wydarzenia, których chłopcy będą świadkami, na zawsze odmienią ich życie.

Nie raz już wspominałam, że lubię podróże w czasie. Podoba mi się fakt, że jakimś magicznym sposobem można się przenieść do przeszłości lub przyszłości i przeżywać tamtejsze wydarzenia. To właśnie był jeden z powodów, dla których sięgnęłam po książkę Moniki Kowaleczko-Szumowskiej. Niestety, jeżeli chodzi o sam moment przeniesienia się w czasie, muszę przyznać, że się zawiodłam. Pomysł na replika kanałów, które przenoszą do powstania warszawskiego, jakoś średnio mnie przekonał. Było to dla mnie aż za proste i przewidywalne. Od początku było wiadomo, gdzie chłopcy się muszą znaleźć, ale autorka mogła jednak postarać się tutaj nieco bardziej. Innym powodem, dzięki któremu sięgnęłam po Galop '44, było właśnie powstanie warszawskie. Lubię historię, więc chyba nikogo nie zdziwi, jak powiem, że zaciekawiło mnie połączenie tego wydarzenia z wyżej wspomnianymi podróżami w czasie. I jeżeli chodzi o historyczne walory tej książki, to autorka odwaliła kawał dobrej roboty. Zebrała wiele materiałów, przedstawiła morze faktów, tak aby pozwolić czytelnikom na dowiedzenie się czegoś więcej o tym ważnym momencie w naszych dziejach. 

W przypadku tej książki tło historyczne jest ważniejsze od samej historii Mikołaja i Wojtka. Zamiar autorki, aby przybliżyć zryw warszawiaków jest niezwykle widoczny. Udało jej się zrobić to tak, aby zainteresować odbiorców. Bo choć pobyt chłopców w powstaniu opiera się głównie na byciu tam, to czytanie o tym nie jest ani przez chwilę nudne. Wszyscy wiemy, jak to się musiało skończyć, a w oczekiwanie na to nieuchronne zakończenie Monice Kowaleczko-Szumowskiej udało się przemycić bardzo ważne prawdy. W swojej książce uczy o poświęceniu, patriotyzmie i przyjaźni. Niby bardzo proste, ale ukazanie ich w taki sposób Galopie '44 jest po prostu piękne. Autorka do przedstawienia swojej historii użyła dość prostego języka. Konstrukcja bohaterów też nie jest nie wiadomo jak złożona. Wszystko to, aby książka spodobała się młodemu czytelnikowi, bo to właśnie do niego głównie jest kierowana.

Strasznie się cieszę, że mogłam przeczytać Galop '44. Wciągnął mnie on niesamowicie, sprawił, że związałam się emocjonalnie z bohaterami i przeżywałam razem z nimi powstanie warszawskie. Pozycja Moniki Kowaleczko-Szumowskiej zachwyca też walorami historycznymi i lekkością budowy. Choć nie obyło się bez małych zgrzytów, to możecie mi wierzyć, że ta książka jest naprawdę warta poznania!

Moja ocena: 7/10

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44, str.307, Egmont, 2014

Za możliwość poznania Galopu '44 dziękuję Wydawnictwu Egmont!

Read more ...

Saga księżycowa. Scarlet - Marissa Meyer

2.5.14


Autor: Marissa Meyer
Tytuł: Saga księżycowa. Scarlet
Tytuł oryginału: Scarlet
Tom: 2
Liczba stron: 494
Wydawnictwo: Egmont






Po wielkim sukcesie opowieści o Kopciuszku, Marissa Meyer postawiła tym razem na historię Czerwonego Kapturka. Jeżeli jednak myślicie, że w tej części spotkacie się z dobrze znaną, grzeczną dziewczynką z koszyczkiem, która zgodnie z poleceniem mknie do domu chorej babci, to czeka Was zaskoczenie. Tak jak w tomie pierwszym, tak też tutaj, autorka wychodzi poza utarte schematy i przedstawia nam zupełnie nową, równie zaskakującą wersję znanej historii.

W drugiej części Sagi księżycowej obok Cinder, pojawia się druga główna bohaterka - Scarlet. Dziewczynie cyborg zgodnie z planem udaje się uciec z więzienia. W drodze dołącza do niej skazany kadet sił powietrznych - Carswell Thorne. Razem wyruszają ku Francji, gdzie planują znaleźć kobietę, która w przeszłości mogła mieć związek z ucieczką Cinder z Luny. Tymczasem nasz Czerwony Kapturek - Scarlet Benoit - wiodący do tej pory spokojne życie na farmie, za wszelką cenę pragnie odnaleźć zagubioną babcię. Na jej drodze staje Wilk, zdający się znać miejsce pobytu poszukiwanej. Tych dwoje połączy wiele, ale też wiele będzie dzielić. Dodając do tego problem królowej Levany powstanie mieszanka, z którą tylko Marissa Meyer mogła sobie poradzić.

Jak mogliście już czytać w mojej recenzji Cinder, Saga księżycowa zawładnęła moim sercem. Zarówno stworzony przez autorkę świat, bohaterowie, jak i sama akcja zapisały się głęboko w mojej pamięci, dlatego więc niecierpliwie czekałam na okazję, by móc w końcu zapoznać się z drugą częścią. Kiedy już rozpoczęłam czytanie, zdałam sobie sprawia, że będzie to zupełnie inna przygoda. Nie tylko z oczywistego powodu skupienia się na losach innej bohaterki. Przesądziło o tym kilka innych czynników. Jednym z nich jest świat przedstawiony. W Scarlet odchodzimy od zdziesiątkowanego przez zarazę Nowego Pekinu, by udać się do Francji. Nie zostajemy tam jednak w jednym miejscu. Całość bowiem to jedna wielka podróż, zarówno Cinder, jak i Scarlet. Autorka z pewnością tak zaplanowała akcję książki, aby nawiązać do wędrówki Czerwonego Kapturka, jednak nie zmienia to faktu, że właśnie chyba przez to podróżowanie uleciał gdzieś klimat pierwszej części.

Muszę przyznać, że brakowało mi Cinder. Autorka poświęciła jej kilka rozdziałów, ale jak dla mnie było to zdecydowanie za mało. To nie tak, że nie polubiłam Scarlet. Zarówno ona, jak i Wilk zostali wykreowani naprawdę w doskonały sposób. Byli dokładnie tacy, jacy być powinni - zachowujący cechy baśniowych pierwowzorów, ale też odznaczający się indywidualizmem. Naprawdę ich polubiłam, ale jednak to nie to samo, co Cinder i Kai. To tamtą dwójkę pokochałam, to im kibicowałam. Dlatego właśnie te kilka rozdziałów z ich udziałem wydawało mi się tak szczątkową ilością.

Muszę docenić autorkę za precyzyjnie zaplanowaną akcję. Lubię to wrażenie przy końcu lektury, kiedy zdaję sobie sprawę, że twórca doskonale wiedział, co pisze i miał całość już z góry zobrazowaną w głowie. Marissa Meyer zalicza się do tych twórców, a fakt przemyślenia całości świetnie widać w drugiej części jej sagi. Autorka bardzo zgrabnie pokierowała akcją, tak aby doprowadzić do spotkania naszych dwóch bohaterek. Jeżeli chodzi o samo nawiązanie do Czerwonego Kapturka, to tak jak i w przypadku Cinder, pani Meyer świetnie sobie poradziła. Zaczerpnęła w wielu momentach ze znanej opowieści, ale też dodała własne szczegóły, a całość umieściła w antyutopijnym klimacie. Takie połączenie naprawdę bardzo przypada mi do gustu. Samą baśń o Czerwonym Kapturku nie darzę taką sympatią, jak tę o Kopciuszku, może więc dlatego nie pokochałam Scarlet, tak jak Cinder. To była naprawdę świetna książka, ale moje serce będzie należeć do jej poprzedniczki.

Przed przeczytaniem Scarlet miałam małe obawy, bo każdy z nas wie, jak to z kontynuacjami bywa. Choć druga część Sagi księżycowej umiliła mi czas i pozwoliła na powrót do znanego świata, to jednak zabrakło mi klimatu, Nowego Pekinu i głównej bohaterki z części pierwszej. Mimo wszystko, nie mogłabym bardziej złorzeczyć na Scarlet. Głęboko wierzę, że w tomie trzecim powróci magia Cinder. Wam gorąco polecam całość! Tę serię naprawdę warto poznać!

Moja ocena: 8/10, 5/6


Książka zaliczana do wyzwania


Read more ...

Krwawy szlak. Kroniki czerwonej pustyni - Moira Young

22.4.14


Autor: Moira Young
Tytuł: Krwawy szlak
Seria: Kroniki czerwonej pustyni #1
Tytuł oryginału: Blood Red Road. Dust Lands 1
Liczba stron: 398
Wydawnictwo: Egmont







Przyszłość. Saba mieszka wraz z rodziną nad Srebrnym Jeziorem. Nie jest im łatwo, ale prawdziwe kłopoty zaczytają się dopiero, kiedy brat bliźniak dziewczyny - Lugh - zostaje porwany, a ojciec zabity. Saba wie, że musi za wszelką cenę go odnaleźć. Jest gotowa podporządkować temu zadaniu dosłownie wszystko. Będzie jednak musiała nauczyć się zaufać innym i otworzyć na nowe znajomości.

Przyznajcie sami, ten opis nie brzmi zbyt zachęcająco. Gdybym miała wskazać powód, dlaczego postanowiłam sięgnąć po tę książkę, chybabym nie potrafiła. Może to z powodu wpadającej w oko okładki albo po prostu magicznego czaru, którym Krwawy szlak mnie potraktował. Ta kwestia pozostanie już chyba niezbadana. Niestety nie jestem do końca zadowolona, że się temu czarowi poddałam. Jest tak po pierwsze za sprawą samej fabuły. Pomijam fakt kilku podobieństw do innej znanej serii. Najgorsza ze wszystkiego była przewidywalność. Znalazłam dosłownie dwa czy trzy momenty, które naprawdę mnie zaskoczyły. Jedno, pozornie nic nieznaczące wydarzenie sprawiało, że od razu mogliśmy się domyśleć, co wydarzy się potem. Do tego jeszcze wszechobecna naiwność. Może się czepiam, ale w niektóre rzeczy za grosz nie mogłam uwierzyć, a naprawdę nie wysilałam się zbytnio, żeby takie znaleźć. Jestem osobą, która lubi poczytać o przedstawianym świecie w przyszłości. Lubię poznawać wizję autora na ten temat i bardzo często ją doceniam w recenzji. Tutaj niestety tego zabrakło. Były opisy, bo przecież coś być musiało, ale odpowiedzi na pytania: co?, jak?, dlaczego?, kiedy?, niestety nie otrzymałam. Nie ma tutaj wyjaśnionego, dlaczego to wygląda tak, jak wygląda czy co do tego doprowadziło. Książka przez to traci, a ja wciąż ubolewam z tego powodu.

Jeżeli chodzi o bohaterów, to byli oni dość... Nie chcę powiedzieć nijacy, bo tacy na pewno nie byli. Niedopracowani też chyba nie. Po prostu mało zapadli w mojej pamięci. Ci drugoplanowi mieli potencjał i wiele do powiedzenia, ale nie sądzę, żebym za dwa-trzy tygodnie pamiętała ich imiona czy cokolwiek więcej na ich temat. Główna bohaterka niesamowicie mnie denerwowała. Już samo jej przywiązanie do brata było dla mnie lekko patologiczne. Nie znam bliżej żadnych bliźniaków i nie mogę porównać ich relacji z tą występującą w książce, ale zdaję sobie sprawę, że są one dość głębokie. Mimo to podporządkowywanie bratu całego swojego życia (i nie mówię tu o sytuacji, kiedy został porwany) uważam za co najmniej dziwne. Samo to, jak Saba odnosiła się do ludzi, w tym do swojej młodszej siostry, nie świadczy o niej dobrze. Może i była waleczna i odważna, ale jakoś mało to do mnie przemawiało. Przez jej postawę nawet dość ciekawie zapowiadający się wątek miłosny, stracił dla mnie na znaczeniu. Mogło być pięknie, a wyszło, jak wyszło.

Rzeczą, która już od początku zwraca uwagę czytelnika, jest brak myślników przy wprowadzaniu dialogów. Wszystkie wypowiedzi napisane są po prostu od nowej linijki. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim i przyznaję, czasem było to trochę mylące. Momentami nie wiedziałam, gdzie kończą się myśli, a zaczynają wypowiedzi. Na szczęście szybko przywykłam i czytanie szło mi coraz lepiej. Sam warsztat pisarki Moiry Young nie powala na kolana. Pisze ona dość prosto, bez zbędnego filozofowania, głębszych przemyśleń czy bogatszych opisów. Po prostu poprawnie. Ta poprawność sprawia, że książkę czyta się całkiem przyjemnie, pomimo wad. Dzięki niej mankamenty nie denerwują aż tak bardzo, a kolejne kartki zostają przewrócone w porywającym tempie.

Możecie mi wierzyć, że naprawdę chciałam, aby Krwawy szlak okazał się genialną książką. Niestety te wyżej wymienione mankamenty sprawiły, że nie mogę się nad nią rozpłynąć. Po rozpoczęciu czytania można odkryć potencjał, który jednak nie został do końca wykorzystany. Mimo wszystko książkę czytało mi się całkiem przyjemnie. Choć nie zostałam wbita w fotel, to przedstawione wydarzenia zaciekawiły mnie do tego stopnia, że po kolejny tom z pewnością sięgnę. Krwawy szlak to debiut autorki, więc może potencjał serii został wykorzystany właśnie w kolejnym tomie? Decyzję, czy sięgniecie po tę książkę, czy nie, podejmiecie oczywiście sami. Ja ani nie zachęcam, ani nie odradzam, bo wiem, że innym ta pozycja przypadła do gustu o niebo bardziej. Wy także możecie zaliczać się do tej grupy!

Moja ocena: 5/10, 3/6

Za możliwość poznania historii Saby dziękuję Wydawnictwu Egmont!

Książka zaliczana do wyzwania
Read more ...

Nieskończoność - H. J. Rahlens

21.3.14



Autor:  H. J. Rahlens
Tytuł: Nieskończoność
Tytuł oryginału: Everlasting. Der Mann, der aus der Zeit fiel
Liczba strom: 453
Wydawnictwo: Egmont






Do tej pory powstało już wiele książek, które przedstawiały nam wizję przyszłości. H. J. Rahlens stworzyła jedną z nich. Jej powieść jest kolejną pozycją z cyklu Poza czasem Wydawnictwa Egmont, a to dlatego, że oprócz świata w przyszłości, jednym z głównych wątków są, jak nazwa cyklu wskazuje, podróże w czasie - temat powszechny, lecz ciągle intrygujący.

Akcja Nieskończoności osadzona jest w 2264 roku. XXIII wiek to zdecydowanie czas nowoczesnej technologii. Roboty wykonujące najprostsze czynności czy ludzie, posługujący się mózgołączem to sprawy, które nie dziwią nikogo. Zmiany nastąpiły także w samym społeczeństwie. Zaimek ,,ja" wyszedł z użycia z uwagi na potrzebę wprowadzenia jedności między ludźmi, a miłość stała się czymś mało pożądanym. Samą historią interesuje się niewiele osób. Wśród nielicznych jest Finn Nordstrom, który tłumaczy wymarły niemiecki. Pewnego dnia otrzymuje zadanie przetłumaczenia dziennika trzynastoletniej dziewczyny z XXI-ego wieku. Zadanie to może i mało ambitne, ale jednak zmieni życie Finna diametralnie.

Nieskończoność zbiera ostatnio same pozytywne oceny, które w połączeniu z wątkiem podróży w czasie sprawiły, że musiałam sięgnąć po tę książkę. Autorka postanowiła na podróże z przyszłości do XXI w., a więc jest to dość niespotykany zabieg. Przynajmniej dla mnie, bo do tej pory czytałam jedynie o tych XXI w. - przeszłość lub odwrotnie. Taki pomysł wprowadził wiele intrygujących kwestii, jak chociażby ukazanie świata. Roboty, powszechna technika, zapominanie o przeszłości - choć w pewnych momentach było to drastyczne, to jednak uderzyło mnie prawdopodobieństwo, takiego rozwoju wypadków. Ogólnie rzecz ujmując jestem pod wielkim wrażeniem wizji autorki. Niektórzy mogą uznać, że została ona ukazana w dość szczątkowej wersji i zdecydowanie mało im szczegółów. Moim zdaniem pisarka chciała skupić się bardziej na innych aspektach i nie zaciemniać obrazu opisami świata przedstawionego i jak dla mnie, całkiem dobrze jej to wyszło.

Sama historia porwała mnie w zupełności. Nawet nie spodziewałam się, że tak bardzo się wciągnę. Pani Rahlens nie można odmówić umiejętności konstruowania rzeczywistości w taki sposób, aby zaciekawić czytelnika i nie pozwolić mu odłożyć książki na bok. Motyw z pamiętnikami okazał się bardzo trafionym pomysłem. Choć początkowo rozmyślania trzynastolatki, z uwagi na jej wiek, były nieco naiwne, to później stały się jak najbardziej ciekawe i czytało się je z najwyższą przyjemnością. Podróże w czasie nie mogły mi się nie spodobać. Choć ukazane zostały w trochę naciągany sposób, to i tak byłam zachwycona. Powiedzcie mi, czemu nie mogą dziać się naprawdę? Kolejny olbrzymi plus dla autorki wędruje za język. Mogę sobie tylko wyobrażać, jaką trudność zarówno pani Rahlens, jak i tłumaczowi sprawiło stworzenie książki bez zaimka ,,ja".  Nigdzie indziej się z tym nie spotkałam, także tym bardziej należą się wyrazy uznania. Generalnie mówiąc powieść napisana jest jak najbardziej poprawnie, także czytanie to czysta przyjemność. Ogólne pozytywne wrażenie mąci mi kilka dość denerwujących momentów. Niektóre były tak mało prawdopodobne i naiwne, że ciężko było się nie roześmiać, ale możecie być spokojni - na tle całości znaczą niewiele.

Bohaterów nie dało się nie polubić. Widać pracę, jaką autorka włożyła w ich stworzenie. Zarówno ci nam współcześni, jak i ci z przyszłości posiadali cechy charakterystyczne dla swych czasów. Mimo, że nikogo jakoś wyjątkowo nie polubiłam, to nikt też mnie nie irytował, a tu już pewien sukces. Główna postać - Finn - to dwudziestosześcioletni historyk. Właśnie jego wiek sprawia, że Nieskończoność nie jest typową młodzieżówką. Choć niektóre jego zachowania mogą wydawać się dziwne, to nie można było nie obdarzyć go sympatią. Eliana również okazała się bardzo intrygującą postacią. Mówię tu o czasach, kiedy już dorosła, bo jako trzynastolatka było dość płytka. Nie można nie przyznać, że bohaterowie tworzyli zgrany duet.

Nieskończoność jak wszystko inne ma swoje wady i zalety. Nie wszystkim się spodoba, niektórzy uznają ją za literaturę niższych lotów i przejdą obok niej obojętnie. Mogę jednak zaświadczyć, że na takim podejściu można wiele stracić. Choć książka może czasem irytować, to jednak wady mało znaczą w porównaniu z niezwykle wciągającą całością. Jeżeli lubicie podróże w czasie i szukacie książki, która umili Wam nudny wieczór, śmiało możecie sięgnąć po Nieskończoność. Ja zaliczam spotkanie z tą lekturą do jak najbardziej udanych i płaczę w duchu, że nie ma kolejnego tomu.

Moja ocena: 7/10, 4+/6


Za możliwość przeczytania Nieskończoności dziękuję Wydawnictwu Egmont!
 
Read more ...

Alchemia miłości - Eve Edwards

23.2.14




Autor: Eve Edwards
Tytuł: Alchemia miłości
Tytuł oryginału: The Other Countess
Seria: Kroniki Roku Lacey #1
Liczba stron: 383
Wydawnictwo: Egmont




Kultura Anglii ma w sobie to znane i lubiane "coś". Sama ją wprost uwielbiam! XVI wiek mogłam już bliżej poznać przy okazji Uwięzionej królowej Philippy Gregory, która to książka wywarła na mnie wielkie wrażenie. Nic więc dziwnego, że chciałam ponownie wybrać się w książkową podróż do Anglii w tamtym okresie.

Tym razem mogła się ona odbyć dzięki Eve Edwards i jej Alchemii miłości, będącej pierwszym tomem Kronik Rogu Lacey. Poznajemy tu Willa Lacey, który po śmierci ojca został hrabią i na jego barki spadła cała odpowiedzialność za dom i poddanych. Przed śmiercią ojciec niemal wszystkie rodzinne fundusze wydał na pracę pewnego alchemika, który obiecywał mu wynalezienie złota. Niestety były to obietnice bez pokrycia. Teraz, aby odbudować finansową pozycję rodziny, Will skazany jest na ślub z jakąś bogatą damą. Kiedy jednak udaje się na dwór z zamiarem znalezienia takiej, jego serca zaczyna szybciej bić do niejakiej Ellie - biednej dziewczyny, córki alchemika, który zrujnował jego rodzinę. Will będzie musiał wybrać pomiędzy małżeństwem z rozsądku z lady Jane a miłością do Ellie.

Eve Edwards do napisania tej książki przygotowała się bardzo dobrze, o czym możemy czytać na skrzydełku okładki: ,,na użytek tej książki oglądała wnętrza z epoki i rycerskie turnieje oraz uczestniczyła w ucztach w stylu elżbietańskim". Trzeba przyznać, że wywarło to wpływ na treść. Dostajemy tu bowiem bardzo dobry obraz epoki elżbietańskiej. Może nie jest on tak genialny, aby się nad nim długo rozpływać, ale na pewno bardzo miło się czytało o ucztach, turniejach, strojach i innych rzeczach towarzyszących tamtym czasom. Późniejsze perypetie miłosne osadzone w XVI-wiecznym klimacie także miały swój nieodparty urok. Dzisiaj miłość wygląda inaczej, a czytanie o ograniczeniach i powinnościach, którym musiano sprostać, było z pewnością bardzo ciekawe.

Książka jest romansem historycznym, więc miłość odgrywa tu główną rolę. Muszę przyznać, że podczas gdy początkowo to zakazane i powoli rozwijające się uczucie bardzo mi się podobało, to już na koniec miałam go dość. Wszechobecnego lukru było zdecydowanie za dużo i trochę szkoda, że ta delikatna miłość gdzieś potem zniknęła. Autorka poświęciła także nieco miejsca na problemy epoki, jak chociażby walka z katolikami czy ukazanie mentalności dworu, więc jeżeli ktoś będzie miał dość miłosnych perypetii z pewnością znajdzie w Alchemii miłości kilka innych ciekawych wątków. Eve Edwards posługuje się bardzo sprawnym językiem. Pisze lekko, przyjemnie i niezwykle obrazowo. Ani na chwilę w książce nie było mowy o sztywności czy niewpasowaniu się w tendencje epoki. Dialogi prowadzone przez bohaterów są pełne prawdziwości, a jeżeli nawet czasem mało prawdopodobne, to i tak autorka sprawiła, że wierzymy jej we wszystko. Książkę czytało mi się niezwykle szybko. Prawdę mówiąc nawet nie zorientowałam się, kiedy ją skończyłam.

Bohaterów polubiłam już od samego początku. Nie byli oni może wielce złożonymi osobowościami, ale mieli w sobie takie wewnętrzne, promieniujące na innych ciepło, które uwielbiam zarówno w ludziach, jak i książkowych bohaterach. Ellie - wykształcona dziewczyna, która musi sprostać naukowemu szaleństwu ojca, Will - na którego barkach spoczywa wiele zmartwień związanych z utrzymaniem rodziny i Jane - pozostająca w sidłach obowiązku małżeństwa i despotycznego brata. Los postanowił połączyć tę trójkę, wytworzył między nimi przyjaźnie i wielkie uczucie. Jak już wspomniałam nie ma w związku z nimi wielkich komplikacji, od początku można się domyślać, jak zakończą się ich perypetie, ale mimo to byli tak sympatycznymi, że z pewności zapamiętam ich na długo.

Alchemię miłości czytało mi się naprawdę świetnie! Co prawda nie jest to jakaś ambitna literatura ukazująca problemy tamtego okresu czy dworskie zawiłości. Nie pozbawiona jest też wad, jak chociażby zakończenie, o którym staram się zapomnieć. Mimo to w opowiadaną przez Eve Edwards historię można się naprawdę wciągnąć. Sprawdzi się bardzo dobrze, jako lekka książka na nudny wieczór, gdzie miłość w elżbietańskiej Anglii odgrywa główną rolę. Ja z pewnością będę tę historię miło wspominać i z chęcią sięgnę po kolejny tom!

Moja ocena: 7/10, 4+/6

Za możliwość przeczytania Alchemii miłości dziękuję Wydawnictwu Egmont!

Read more ...

Saga księżycowa Cinder - Marissa Meyer

11.1.14


Autor: Marissa Meyer
Tytuł: Saga księżycowa Cinder
Tytuł oryginału: Cinder
Liczba stron: 437
Wydawnictwo: Egmont







Każdy z nas kojarzy chyba Kopciuszka. Sama w dzieciństwie wprost go ubóstwiałam. Opowieść o tej niezwykłej dziewczynie doczekała się wielu ponownych adaptacji, bardziej lub mniej uwspółcześnionych, gorszych lub lepszych. Odnowienia tej historii podjęła się także Marissa Meyer i trzeba przyznać, że wyszło jej to naprawdę genialnie.

Cinder w wieku jedenastu lat miała poważny wypadek. Jej nogi i ręki nie dało się uratować, dlatego zastąpiono je sztucznymi. Teraz, jako cyborg żyje wraz z macochą i dwiema przyrodnimi siostrami w Nowym Pekinie, zdziesiątkowanym przez epidemię. Dodatkowo pracuje jako mechanik, a za przyjaciela ma pewnego sympatycznego androida. Kiedy na stoisku, gdzie świadczy swoje usługi, pojawia się książę Kai, rozpoczyna się seria zdarzeń, które diametralnie zmienią jej życie. Dziewczyna dowie się wielu rzeczy o swojej przeszłości, znajdzie miłość i będzie musiała podjąć decyzję, która zaważy na życiu wielu osób.

Ostatnio jestem dość krytyczna, jeżeli chodzi o fantastykę. Z wyjątkiem Harry'ego Potter'a w ostatnim czasie spotykałam się jedynie z rozczarowaniami w tym gatunku. Dlatego właśnie obawiałam się Cinder. Biorąc pod uwagę wszystkie pozytywne recenzje, naprawdę nie chciałam kolejny raz się zawieść. Moje obawy szybko się jednak skończyły, a zastąpił je zachwyt nad tą pozycją. Jak każdy z Was wie, bardzo trudno jest stworzyć coś niepowtarzalnego i niespotykanego do tej pory, ale pani Meyer, jak najbardziej się to udało. Temat baśni, choć już poruszany, nie jest jeszcze w literaturze dość powszechny. Wykorzystanie Kopciuszka było dla mnie zabiegiem genialnym, bo jak już wspomniałam, uwielbiam tę baśń. Nie dostajemy tu jednak znanej opowieści w nowym wydaniu, bowiem pojawia się wiele różnic, ale sam przekaz jest taki sam - nie ważne, jak wyglądasz, ważne co masz w sobie.

Autorka akcję książki umieściła w zdziesiątkowanym przez zarazę Nowym Pekinie. Muszę przyznać, że właśnie ten fakt wprawił mnie w największe obawy. Nie chciałam kolejnej takiej samej antyutopii, gdzie ludność walczy o życie, a pewna dziewczyna musi ich wszystkich uratować. W jakimś stopniu ten schemat jest i tutaj, ale tak naprawdę na pierwszy plan wychodzą inne rzeczy. Pani Meyer dała swojej wyobraźni olbrzymie pole do popisu. Stworzyła z Kopciuszka coś zupełnie nowego, porywającego i wzruszającego, równie bardzo, jak pierwowzór. O tym ,,nowym" świecie czyta się zdumiewająco dobrze, a umieszczenie akcji w przyszłości wprowadza pewnego rodzaju niepewność, a tym samym magiczny, baśniowy klimat. Autorka nie nudzi swoimi wizjami, opowiada w sposób tak zajmujący, że naprawdę nie sposób się oderwać. Można co prawda zarzucić jej schematyczność, ale przy genialnej reszcie, naprawdę dało się nie zwracać na nią uwagi. W Cinder od początku do końca towarzyszyło mi uczucie z dzieciństwa, kiedy to poznawałam kolejne baśnie i zachwycałam się nimi. Choć w innym przypadku znalazłabym pewnie więcej błędów, tutaj pozwoliłam się w pełni zaczarować historii.

Przedstawienie bohaterów również nie pozostawia nic do życzenia. Główna bohaterka - Cinder - nie ma łatwego życia. Po wypadku w dzieciństwie stała się cyborgiem, pracuje jako mechanik i jest lekceważona przez domowników. Wszystko to sprawia, że zaczynamy jej współczuć równie bardzo, co Kopciuszkowi. Nie tylko jednak z tych powodów dało się ją polubić. Sarkastyczne poczucie humoru, walka o przyjaciół i przetrwanie to kolejne rzeczy, które wzbudziły moją sympatię do niej. Kaia również polubiłam. Nie był typowym przedstawicielem łamacza serc, choć złamał ich wiele, a to, że był rozdarty miedzy krajem, a własnymi pragnieniami sprawiło, że stał się bardziej prawdziwy. Muszę wspomnieć jeszcze o jednej osobie, choć osobą tak naprawdę nie można jej nazwać. Chodzi mi mianowicie o android Iko. Naprawdę nie dało się jej nie lubić. Taki kochany stworek z niej był, że każda scena z jej udziałem wywoływała ogromny uśmiech na mojej twarzy.

Saga księżycowa. Cinder to debiutancka książka Marissy Meyer, otwierająca baśniową sagę osadzoną w futurystycznym świcie. Pierwsza część ogromnie przypadła mi do gustu, może ze względu na to, że tak bardzo uwielbiałam Kopciuszka. Choć zakończenie szczególnie mnie nie zaskoczyło, to jednak pozostawiło niedosyt, dlatego z ogromną chęcią przeczytam Scarlet, aby zobaczyć, czym tam autorka postanowiła nas uraczyć. Jeżeli jeszcze nie czytaliście Cinder nie traćcie czasu i pozwólcie porwać się do tego magicznego świata!

Moja ocena: 9/10, 5+/6

Książka zaliczana do wyzwań:

Read more ...

Nowa Ziemia - Julianna Baggott

10.12.13



Autor: Julianna Baggott
Tytuł: Nowa Ziemia
Tytuł oryginału: Pure
Liczba stron: 469
Wydawnictwo: Egmont
Moja ocena: 6/10, 4/6





Wielokrotnie już mieliśmy okazję czytać o wizjach świata w przyszłości. Nowoczesne technologie i pełen cyfrowy rozwój z jednej strony, z drugiej zupełne przeciwieństwo - zagłada i apokalipsa. Ten drugi obraz znany jest nam o wiele lepiej. Wszelkiej maści antyutopie przybliżają nam go niemal z każdej strony. W kolejną przygodę z tym gatunkiem postanowiła zabrać nas Julianna Baggott.

Wielka eksplozja zniszczyła świat. Podejrzenie wybuchu istniało już wcześniej, dlatego wybudowano Kopułę, pod którą ludzie mogliby się schronić. Kiedy jednak nadeszła godzina zero, wstęp do niej uzyskali tylko nieliczni. Reszta została skazana na śmierć. Ci, którzy przeżyli ulegli deformacjom, szczepili się z przedmiotami, elementami przyrody, a nawet z innymi ludźmi. Pressia żyje właśnie w takim świecie. Jedną jej ręką jest głowa lalki, na twarzy ma blizny po oparzeniach, jej rodzice zginęli, a jedyną ostoją dla dziewczyny jest dziadek. Zgodnie z rozporządzeniami władz każda osoba, która skończy szesnaście lat musi się do nich zgłosić, aby móc zostać wyszkolona na żołnierza, mogącego w przyszłości walczyć z Kopułą. Pressia wie, że nie może do nich trafić. Na drodze jej ucieczki staje Czysty - chłopak spod Kopuły. Choć wmawiano mu całe życie, że jego matka zginęła ratując ludzi podczas wybuchu, on ma powody by sądzić inaczej. Postanawia postawić wszystko na jedną kartę i uciec, aby ją odnaleźć. Jak można się spodziewać, ta dwójka odkryje wiele faktów, zaskakujących dla nich, a niestety przewidywalnych dla nas.

Dlaczego przewidywalnych, można by zapytać. Ileż to już czytaliśmy podobnych książek, w których świat się wali, przeciętna dziewczyna (która potem gubi przeciętność) wyrusza na misję z tego, czy innego powodu, w której to dowiaduje się, że wszystko nie jest takie, jak jej wmawiano do tej pory. Brzmi znajomo, czyż nie? Może właśnie taki schemat trzeba zachować, ale mnie trochę to już zaczyna męczyć. Nowa Ziemia zapowiadała się na właśnie taką, znaną nam wszystkim pod jakimś innym tytułem historię. Dlatego właśnie początkowe rozdziały czytało mi się tak opornie. Na nasze szczęście autorka postanowiła zaserwować czytelnikom kilka faktów, które odsuwają książkę od kategorii ,,przeciętne".

 Z samym pomysłem Kopuły, spotkałam się już w Przez burzę ognia, więc nie odebrałam tego, jako czegoś nowego. Wiem jednak, że to ja pomyliłam kolejność i Julianna Baggott wpadła na niego wcześniej, więc nie mogę tego zarzucać. Sam świata po wybuchu został przedstawiony w bardzo ciekawy sposób. Autorka wykorzystała szeroką wiedzę z wielu dziedzin, jak chociażby z fizyki, aby precyzyjnie zobrazować nam swoją wizję. Mutacje, deformacje, mieszkanie w skrajnie prymitywnych warunkach to rzeczy, jakie spotkały tych niegodnych znalezienia się w Kopule. Szczęśliwcy wiodą zupełnie inne życie. Każdy ich ruch kontrolowany jest przez władze, jednak warto jest poświęcić niezależność, na rzecz bezpieczeństwa i możliwości ponownego zasiedlenia planety w przyszłości. Właśnie wykreowanie tego obrazu świadczy o tym, że Julianna Baggott stworzyła niezwykle wartościową, a przede wszystką wyróżniającą się na rynku wydawniczym pozycję.

Narracja poprowadzona jest z punktu widzenia różnych osób. Możemy poznać zdanie Presii i Partridge'a, a także chociażby El Capitana czy Lydy. Książka niewątpliwie na tym zyskuje. Przyznam szczerze, że nie potrafiłam zżyć się z bohaterami. Każdy był inny, to prawda. Nie zostali też stworzeni po łebka, nic z tych rzeczy. Po prostu nijak nie mogłam ich sobie wyobrazić, jako rzeczywiste osoby, nie potrafiłam odczuwać ich emocji, czy identyfikować się z nimi, przez co całość wydawała mi się trochę papierowa. Plus jednak należy się za wątek miłosny. Po przeczytaniu opisu chyba każdemu przychodzi na myśl stwierdzenie, że będziemy mieli do czynienia z kolejnym ckliwym romansem. Autorka zaskakuje nas w tej kwestii i stwarza coś zupełnie innego.

Nowa Ziemia nie jest książką, którą czyta się dobrze przed zaśnięciem. Okrutność wydarzeń bardzo często mną wstrząsnęła, bardzo często też stwierdziłam, że nie chciałabym żyć w takim właśnie świecie. Autorka przedstawia nam wszystko w niezwykle obrazowy sposób. Czasem może nawet zbyt obrazowy, bowiem zdarzało się, że opisy nudziły i po przeczytaniu strony zastanawiałam się, co tak naprawdę się tu zdarzyło. Mimo świetnego pomysłu i wykonania go na poziomie, nie obyło się bez pewnej przewidywalności. Niektóre wydarzenia była aż za proste, a każda inicjatywa podążała ku szczęśliwemu wykonaniu. Czy tylko mnie się wydaje, że nie zawsze w życiu jest tak łatwo?

Nowa Ziema jest pozycją naprawdę wyjątkową. Autorka miała świetny pomysł i co więcej, bardzo dobrze go zrealizowała. Mamy tu wiele rzeczy, których nie spotkamy nigdzie indziej. Były jednak sprawy, które mnie irytowały, a największa to chyba nieumiejętność identyfikowania się z bohaterami. Pomysł na książkę, jak już wspominałam jest świetny, ale wydarzenia nijak nie mogły mnie porwać i sprawić, żebym zatraciła się w lekturze, dlatego właśnie ocena taka, a nie inna. Mam nadzieję, że jeżeli dane mi będzie przeczytać Nowego Przywódcę, wciągnę się bardziej. Pierwszy tom zna już pewnie wiele osób. Tych, którzy jeszcze go nie czytali, ani nie namawiam, ani nie odradzam. Decyzja należy do Was!
Read more ...

Magiczna gondola - Eva Voller

7.7.13



Autor: Eva Voller
Tytuł: Magiczna gondola
Tytuł oryginału: Zeiten Zauber. Die magische Gondel
Wydawnictwo: Egmont
Tom: 1
Liczba stron: 464
Moja ocena: 9/10, 5+/6




Wielu z nas lubi dalekie podróże. Odwiedzanie nowych miejsc daje szanse na poszerzenie horyzontów, zmianę postrzegania świata i odpoczynek od otaczającej nas rzeczywistości. Chyba każdy w głębi duszy marzy o wielkich przygodach, które zapamiętałby na całe życie. Nikt z nas chyba jednak nie myślał poważnie o podróży do innej epoki. Zobaczenie danego miejsca sprzed setek lat byłoby z pewnością doświadczeniem szczególnym, ale niestety nierealnym. Co gdyby było to jednak możliwe? Gdybyśmy mogli przenieść się w czasie, gdzie tylko chcemy? Skorzystalibyście z takiej możliwości?

Właśnie w takiej sytuacji znalazła się Anna - bohaterka ,,Magicznej gondoli". Spędzała wakacje wraz z rodzicami w malowniczej Wenecji. Pewnego dnia, podczas pokazów łodzi została wepchnięta do kanału, z którego wyłowił ją na pokład czerwonej gondoli bardzo przystojny chłopak. Sprawiło to, że niespodziewanie przeniosła się w czasie o ponad pięćset lat. Od teraz będzie musiała poradzić sobie w nowym środowisku i sprostać powierzonemu jej zadaniu.

Z pewnością wiecie, że bardzo lubię motyw podróży w czasie. To coś nowego i jeszcze mało popularnego, kiedy zewsząd otaczają nas paranormalne stworzenia. Historia w ,,Magicznej gondoli" toczy się w XV-wiecznej Wenecji, dlatego z tak wielką chęcią po nią sięgnęłam. Eva Voller stworzyła genialny klimat, pokazała nam życie w tamtym miejscu zarówno z perspektywy czasów teraźniejszych, jak i przeszłych. Już ze względu właśnie na ten klimacik książkę czytało się świetnie. Autorka bardzo bardzo konsekwentnie oddała wizję swojej historii. Skonstruowała podróże w czasie z najdrobniejszymi  szczegółami. Nie z nią praca na odwal się, oj nie. Tutaj dało się zauważyć pewien sens i dopracowanie. Zarówno samych podróży, jak i przedstawianej nam opowieści. Było to dla mnie czasem nieco pokręcone. Jak najbardziej dało się zorientować w całości, ale powolne odkrywanie faktów, co gdzie indziej uwielbiam, tu mnie irytowało. Chciałam wiedzieć już i teraz, a że cierpliwość bynajmniej nie leży w mojej naturze, tak więc łatwo nie było.

Pani Voller ma tę umiejętność, że potrafi bardzo barwnie przedstawiać historie. Jej opisy ani przez chwilę mnie nie męczyły. Co więcej, z miłą chęcią czytałam o Wenecji, tamtejszych zwyczajach i całej otoczce. ,,Magiczna gondola" jest książką dowcipną, pozwalającą na wybuch szczerego śmiechu i oderwanie się od rzeczywistości. Wszystko to w aurze tajemnicy i klimacie Wenecji. Co tego zdumiewająca okładka, która kusi swą zagadkową postacią i porywa w magiczny świat, do którego zawieść nas może jedynie czerwona gondola. Czyż nie wychodzi z tego cudeńko?

Bohaterowie stoją na poziomie bardzo dobrym. Jeden lepszy, drugi gorsze, ale wszystko można sprowadzić do średniej i wyjdzie z tego bardzo dobre coś. Każdy z nich był inny, a to chyba najważniejsze. Nie wpisywali się w schematy, a to jeszcze lepiej. Mieli swoją historię do opowiedzenia, a to już genialnie. Przyczepiłabym się jedynie to głównej bohaterki. Polubiłam ją, to prawda. Autorka założyła, że ma być silna, odważna i z poczuciem humoru, lecz niezbyt kategorycznie do tego dążyła. Z tego powodu Anna miejscami była po prostu mdła. Zupełnie jak jej uczucie z Sebastianem, które powiedzmy sobie szczerze było tylko po to, żeby być. A ciekawiej dzięki niemu, na pewno się nie zrobiło.

,,Magiczna gondola" to książka naprawdę na wysokim poziomie. Napisana jest bardzo dobrze, ma swój klimat i przedstawia nam bardzo ciekawą historię. Mimo lekkich poślizgów śmiało mogę ją zaliczyć do grona ulubionych. Nie przespałam przez nią nocy, a to już o czymś świadczy. Polecam ją wszystkim tym, którzy jak ja chętnie skorzystaliby z możliwości podróży w czasie, ale też wszelkim fanom fantastyki, Wenecji albo po prostu chętnym, na ciekawe spędzenie wolnego czasu.
Read more ...

Cienie na księżycu - Zoe Marriott

10.5.13




Autor: Zoe Marriott
Tytuł: Cienie na księżycu
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Liczba stron: 448
Moja ocena: 9/10, 5+/6












Zastanawialiście się kiedyś, jak ważne jest dla Was to co posiadacie? Nie drogi telefon, modne ciuchy czy inne materialne dobra. Myśleliście kiedyś ile znaczy dla Was dom, rodzina i sama przynależność do jakiegoś miejsca? Z pewnością dla każdego z nas są to jedne z najważniejszych rzeczy. Dzięki nim czujemy, że jesteśmy coś warci, wiemy, że jest miejsce i ludzie, do których zawsze możemy wrócić i zawsze poczujemy tam, z nimi, że jesteśmy coś warci. A co by było, gdyby nas tego pozbawiono w jednej chwili? Jakbyśmy się czuli? Czego byśmy w tedy pragnęli?

Właśnie w takiej sytuacji znalazła się Suzume. Jednego dnia wiodła szczęśliwe życie wraz z rodzicami i kuzynką, którą traktowała jak siostrę, a następnego jej ojca oskarżono o zdradę i zabito. W tragedii zginęła także jej kuzynka. Dziewczyna musi zamieszkać w domu ojczyma i udawać, że wszystko jest, jak należy. Pewnego dnia  zdaje sobie sprawę, że to nowy mąż matki stoi za tą tragiczną zbrodnią. Nie pozostaje jej nic innego, jak tylko ucieczka. Od tej chwili każda chwila jej życia będzie przyporządkowana tylko jednej rzeczy – zemście.

W świecie podporządkowanym kulturze amerykańskiej, gdzie większość filmów, restauracji, a także i książek sprowadza się do zachodnich wzorców, miła jest jakaś odmiana. Z wielką chęcią więc, będąc w bibliotece sięgnęłam po „Cienie na księżycu”. Umieszczenie akcji w średniowiecznej Japonii było dla mnie okazją do przeczytania czegoś, co zapoznałoby mnie nieco bliżej z kulturą tego pięknego kraju. Kiedy po dłuższym czasie oczekiwania, w końcu po nią sięgnęłam, zakochałam się w opowiadanej historii już od pierwszych stron.

Albo nawet i wcześniej. Już sama okładka przyciąga na tyle, że obok książki nie możemy przejść obojętnie. Niby nic w niej niezwykłego, ale oczy dziewczyny mają w sobie „to coś”. Hipnotyzują nas i przyzywają do zagłębienia się w opowieść o Suzume. W środku jest równie dobrze. Jak już wspomniałam umieszczenie akcji w średniowiecznej Japonii było genialnym pomysłem. Chciałam czytać dalej choćby ze względu na możliwość dłuższego przebywania (tak, wiem że nie naprawdę) w tym miejscu. Czytając poznajemy wiele warstw społecznych tego kraju w tamtych czasach – bogate rodziny, żebracy, gejsze. Z pewnością wiecie, że książka obyczajowa to nie jest. Historia skupia się wokół magicznych zdolności bohaterki. Nie było to jednak rzucanie zaklęć i parzenie magicznych wywarów. Co to, to nie. Autorka zaserwowała nam coś zdecydowanie innego, tajemniczego i wciągającego. Mowa tu o tkaniu iluzji. Z pewności można było to zepsuć i uczynić nudnym, jak kolejne odcinki „Mody na sukces”. Tak się jednak nie stało. Autorka opisała wszystko w sposób tak ciekawy, że banał stał się mistrzostwem.

Historia podzielona jest na trzy, następujące po sobie wraz z transformacjami głównej bohaterki części. Sprawiało to, że akcja biegła zdecydowanie szybciej, niżbym chciała. Oddałabym bowiem wszystko, żeby spędzić nieco więcej czasu w tym magicznym świecie. Pani Zoe Marriot pisze w sposób tak magnetyzujący, że nie sposób się oderwać. Nie czułam się ani w jednej chwili przytłaczana przez opisy rzeczywistości, a nawet więcej, byłam na nie tak łakoma, jak dziecko na watę cukrową. Widać, że autorka włożyła w książkę wiele pracy i za to właśnie należy bić jej brawa. Na końcu znaleźć możemy słowniczek japońskich wyrazów użytych w książce – rzecz jak najbardziej trafiona i przydatna.

Fabuła toczy się wokół głównej postaci – Suzume . Mam w stosunku do niej mieszane uczucia. Poznajemy ją w dniu czternastych urodzin,  a następnie czytamy o wszystkich okropieństwach, jakie musiała znieść. Ale czy to tak do końca usprawiedliwia jej czyny? A może należy to zrzucić na młody wiek? No ale przecież, dziewczyna potem dorosła. To może na inną kulturę i to, że ludzie w średniowiecznej Japonii mogli się zachowywać inaczej niż my teraz? To wszystko prawda, lecz nie zmienia to faktu, że czyny Suzume mnie niewyobrażalnie irytowały. Wszystko to mogę zrozumieć, a jakże. Jednak jej głupota, chęć zemsty, samo wypieranie się szczęścia sprawiało, że najchętniej wykupiłabym jej pakiet sesji u psychologa. Bogu dzięki, że na koniec się zmieniła i zrozumiała swe błędy. Dzięki temu odzyskała choć trochę szacunku w moich oczach.  W „Cieniach na księżycu” poznajemy też wiele innych, malowniczych bohaterów. Wszyscy są naprawdę bardzo dobrze wykreowani. Każdego z nich autorka dopracowała, jak tylko się da i sprawiła, że zapadną w mojej pamięci na bardzo długi czas.

„Cienie na księżycu” to zdecydowanie nie opowiastka na nudny wieczór. To prawda, że czyta się ją bardzo dobrze, jednak ta książka to zdecydowanie więcej. Porusza pewne problemy i szuka odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Po jej przeczytaniu z pewnością dowiemy się, czym jest prawdziwe piękno, przypomnimy sobie o wartościach, jakie powinny być w naszym życiu najważniejsze, a przede wszystkim dotrze do nas, czym jest prawdziwe szczęście. Pani Zoe Marriott stworzyła historię, która zajmie w mojej pamięci miejsce szczególne. Długo zastanawiam, co w niej jest takiego niezwykłego, co sprawiło, że książka aż tak mi się podobała. Z pewnością wszystkie te rzeczy, które opisałam miały na to wpływ. Pozostaje jeszcze jeden magiczny czynnik, który każe mi z całego serca polecić Wam tę książkę. Nie traćcie żadnej więc żadnej okazji, żeby się z nią zapoznać i dajcie się oczarować, jak ja klimatowi średniowiecznej Japonii!







Read more ...

Gorączka - Dee Shulman

9.2.13
Każdy z nas ma jakieś marzenia. Mniejsze, większe, do zrealizowania lub nie? Przypominasz sobie może Drogi Czytelniku te najbardziej niezwykłe marzenia, choćby o podróżach w czasie. Myśleliście kiedyś o magicznym wehikuł, które przeniosłoby Was do momentów, w których zawsze marzyliście się znaleźć. Kto by nie chciał wyjechać do starożytnego Rzymu albo wiktoriańskiej Anglii. Ja na pewno. A co, jeżeli byłoby to możliwe? Gdyby istniał sposób na zrealizowanie tych pragnień.

Ewa jest niepokorna. Nie potrafi znaleźć sobie miejsca w zwykłej szkole. Kiedy zostaje wyrzucona z kolejnej placówki, trafia do St. Magdalene's - szkoły dla wybitnie uzdolnionej młodzieży. Po zajęciach w laboratorium przez nadmierną ciekawość, niezaspokojony głód wiedzy i sekundę nieostrożności Ewa zostaje zaatakowana przez tajemniczy wirus wywołujący groźną gorączkę. Umiera, ale po kilku minutach wraca do życia. Wkrótce w szkole pojawia się tajemniczy Sethos Leontis, przystojny i mroczny nowy uczeń. To nieustraszony rzymski gladiator z II wieku naszej ery, który próbując rozwiązać zagadkę śmiercionośnego wirusa, przeniósł się w czasie do współczesności. W dziewczynie Sethos rozpoznaje swoją ukochaną Livię, zamordowaną prawie dwa tysiące lat temu. Ewa jednak go nie pamięta...

Do sięgnięcia po tę książkę przekonał mnie motyw podróży w czasie, który w erze wampirów, wilkołaków i upadłych aniołów jest dość nietypowy. Magnetyzująca okładka i masa zapowiedzi tej książki, które można było zobaczyć wszędzie również zrobiły swoje, dlatego moja osoba pewnego dnia dzierżąc w ręce "Gorączkę" pobiegła do empikowej kasy. Książka odstała na półce swoje, aż w końcu postanowiłam ją przeczytać. A że trafiło na okres, kiedy czasu nie miałam za wiele męczyłam się z ją prawie dwa tygodnie, co u mnie jest rzeczą niespotykaną i podchodzi wręcz pod absurd. Przechodziłam od stanów uwielbienia do postanowienia, że za chwilę wyrzucę ją przez okno. Dalej ciężko mi zdecydować, czy mam książkę wyzwać od najgorszych czy rozpływać się nad nią.

Jak już wspomniałam pomysł podróżowania w czasie jest naprawdę trafiony. Sama fabuła też nie byłaby najgorsza, gdy nie pomysł z "nowym chłopakiem", w którym główna bohaterka się zakochuję albo inaczej mówiąc zaczyna płaszczyć się pod jego stopami. Umieszczenie akcji w czasach starożytnych było świetnym pomysłem. Miło się czytało o życiu gladiatrów, o Londinium i o tamtych, jakże odległych od naszych czasach. Tak jakby autorka wiedziała, że epokę starożytną wprost uwielbiam. Część z XXI wiekiem już tak bardzo nie przypadła mi do gustu, chyba ze względu na swoją  przewidywalność. Autorka zaczęła kilka różnych wątków, jednych ciekawych, innych nieco mniej, jednak prawie żadnego z nich nie skończyła. To świetny zabieg, który skłania do sięgnięcia po następną część, ale mnie denerwowało to, że przeczytałam te ponad 400 stron, a tak naprawdę oprócz wprowadzenia w fabułę, nie dowiedziałam się niczego. Styl pisania pani Dee Shulman jest w porządku. Łatwo można się wciągnąć w opisywaną historię, język jest przyjemny i niemęczący. Znalazłam co prawda kilka powtórzeń, ale to raczej wina tłumaczki niż autorki.

Jeżeli chodzi o bohaterów, to byli naprawdę dobrze wykreowani. Dało się zauważyć, że mają jakąś tam głębię. Nie byli idealni, ale to dobrze, bo przecież nikt nie lubi wyidealizowanych postaci. Wszystko to wpływa jak najbardziej na plus, co jednak nie zmienia faktu, że ich zachowanie mnie drażniło. Ewa to geniusz w każdym calu, który ma problemy z aklimatyzacją w normalnej szkole, a jej rodzina jej nie rozumie. Nie wie czemu, ale przyciąga do siebie mężczyzn jak magnes, co również przysparza jej kłopotów. Po wyrzuceniu z kolejnej szkoły udaje się do St. Magdalene's, szkoły w której w końcu czuje się dobrze, ale i tam nie zaznaje spokoju. Nie ukrywam, że nie polubiłam Ewy. Mogę zrozumieć jej bóle i troski, ale denerwowała mnie jej nieporadność. Dała się poniżać i za wszelką cenę pragnęła zostać niewidzialną. Miałam ochotę nawrzeszczeć na nią i sprawić, aby się w końcu ogarnęła. Seth - rzymski gladiator, który zapłacił życiem za swoją miłość do pewnej dziewczyny imieniem Livia - był już mniej denerwujący. Polubiłam go, jednak jego niedorzeczność i uciekanie w momentach zagrożenia również doprowadzało mnie do szału.

Wątek miłosny między głównymi bohaterami był mdły i można powiedzieć, że trochę wyjęty z niczego. Miałam wrażenie, że powstał tylko po to, aby fabuła z podróżami w czasie się kleiła. Seth spotyka Livię, jest nią zainteresowany, ulega wypadkowi, po którym dziewczyna się nim opiekuje i... Zakochuje się w niej, jak można się było spodziewać. Co z tego, że był nieprzytomny prawie zawsze, gdy przy nim siedziała i rozmawiali może tylko ze dwa razy, to przecież i tak dużo. Kiedy Livia zostaje zmuszona do poślubienia innego mężczyzny, spotykają się potajemnie i wymieniają liściki. Ich nagłe zakochanie się w sobie w nowożytności już mogę zrozumieć, bo przypisuję to magicznemu przyciąganiu płynącemu z dawnych czasów.


Najdroższy
Łąka za świątynią Apolla
Jutro o zmroku
Tęsknię za Tobą
Na zawsze Twoja
L

Kończąc moje rozważania mogę powiedzieć tyle, że "Gorączka" ma naprawdę ciekawą fabułę, motyw podróży w czasie jest czymś mało spotykanym w dzisiejszej literaturze, a akcja w czasach starożytnych podnosi poziom książki. Uważam, że śmiało można przymknąć oko, na denerwujące zachowania bohaterów w pewnych momentach i na niedopracowany wątek romantyczny. Książkę mogę polecić wszystkim tym, którzy mają już dość wampirów i wilkołaków i naszła ich ochota na coś nowego. Warto po nią sięgnąć ze względu chociażby na sam pomysł.

Moja ocena: 6/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:
Pod hasłem
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (2,8cm)
Wyzwanie - paranormal romance
Wyzwanie - czytam fantastykę
Read more ...

Dzikie róże - Deb Caletti

27.6.12
,,Dzikie róże" Deb Caletti to na pewno nie kolejna książka w stylu paranormal romance. To zdecydowanie coś więcej. Jeżeli szukacie, czegoś mądrego, skłaniającego do przemyśleń, zdecydowanie powinniście po nią sięgnąć. 

Siedemnastoletnia Cassie Morgan ukrywa pewną tajemnicę: mieszka pod jednym dachem z bombą zegarową (czyli swoim ojczymem Dinem Cavallim). Publiczność zna go jako światowej sławy skrzypka i kompozytora. Natomiast dla Cassie jest nieobliczalnym egocentrycznym tyranem. Dino zawsze był niezrównoważony, gdy jednak rozpoczyna przygotowania do koncertu, mającego stanowić jego powrót na estrady po latach nieobecności, coś w nim zaczyna niepokojąco narastać. Przestaje spać, pali jednego papierosa po drugim i popada w coraz większą paranoję. Cassie, pogrążona w coraz większym chaosie, zakochuje się całym sercem w studencie Dina. Ich trudny związek będzie miał nieobliczalne konsekwencje. Gdy akcja powieści dociera do dwóch nieodwracalnych wydarzeń i zmierza coraz szybciej do przejmującego finału, jedno staje się jasne: w świecie obłędu nic nie jest święte.

Książka ta pokazuje, jak wygląda życie od kulis ze sławną, a jednocześnie chorą psychicznie osobą. Ukazuje losy dzieci, po rozwodzie rodziców i skutki nieprzemyślanych decyzji.  Głowna bohaterka jest inteligentną osobą, pałającą nienawiścią do swego ojczyma. Jej życie nie jest proste, ale sprawia to, że staje się ona bardziej realna. Również postać Iana jest niezwykle dobrze dopracowana. Czytając byłam spragniona większej liczby informacji o nim. Niewątpliwie najbardziej charakterystyczną postacią tej książki jest oczywiście Dino Cavalli. Jego charakter, jak i nastawienie do niego głównej bohaterki sprawiło, że również go nie polubiłam. Jakim zaskoczeniem wiec było dla mnie to, czego dowiedziałam się pod koniec lektury.

Według mnie okładka jest świetna. Oddaje charakter książki i skłania do zastanowienia, co też może się w niej dziać. Niewątpliwie dzięki niej sięgnęłam po tę książkę i nie żałuję.

Pani Deb Caletti stworzyła coś przejmującego, ekspresyjnego i pasjonującego zarazem. Od książki nie sposób się oderwać i nie sposób nie wynieść z niej jakichś przemyśleń. Należy do jednej z moich ulubionych.



Read more ...