Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreams. Pokaż wszystkie posty

Password - Mirjam Mous

14.8.13



Autor: Mirjam Mous
Tytuł: Password
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 327
Moja ocena: 6/10, 3+/6






Mirjam Mous znana jest ze swoim thrillerów młodzieżowych. W Polsce zasłynęła z trzymającego w napięciu ,,Boy-a 7". Czytałam go stosunkowo niedawno i mimo kilku potknięć wciąż uważam tę książkę za bardzo dobrą i zaskakującą. Z tego powodu naprawdę ucieszyłam się z możliwości przeczytania innej książki autorki - ,,Password". Pozostajemy tu również w klimacie thrillera młodzieżowego.

Tym razem poznajemy Micka i Jerro. Chłopcy przyjaźnią się od ponad dwóch lat i są dla siebie wszystkim. Kiedy Jerro traci przytomność, Mick szybko wzywa pogotowie, jednak nie może z nim jechać. Udaje się więc jak najszybciej rowerem do szpitala, a tam zostaje poinformowany, że jego przyjaciela nie przywieziono. Chłopak pojawia się w szpitalu dopiero później. Od tego czasu zaczyna się dziwnie zachowywać. Wszystko to sprawia, że Mick staje się podejrzliwy i rozpoczyna śledztwo na własną rękę, aby pomóc przyjacielowi. Do akcji wchodzi jeszcze jeden chłopak - niejaki Stefan, którego śledzi pewien mężczyzna. Propozycja, którą mu przedstawi będzie naprawdę nie do odrzucenia, a chęć pomocy bezrobotnej matce okaże się dla niego ważniejsza niż uczciwość.

Tak oto rysuje się fabuła w ,,Password". Czy jednak było tak zaskakująco i przerażająco, jak oczekiwałam? Zdecydowanie nie! W klimat książki wprowadza nas fragment na okładce. Naprawdę trzeba przyznać, że stwarza nadzieję, iż książka będzie trzymała w napięciu, niestety wyczekiwanych fragmentów było zdecydowanie za mało. Pomysł na fabułę, jak w większości przypadków jest bardzo dobry, jednak zabrakło mi tej niepewności z ,,Boy-a 7". Tam też nie było idealnie, ale tu, w ,,Password", momentów w których byłabym zaskoczona, było jak na lekarstwo. Do tego zawrotne tempo rozwiązywania zagadki. Aż nie chce się wierzyć, że piętnastolatek byłby zdolny do udaremnienia akcji doskonale przygotowanej przez psychicznego przestępcę. Nie zrobił tego w ,,bohaterski" sposób, jednak prosto, a wręcz dziecinnie łatwo. Nie wiem, czy cieszyć się z tego powodu, czy żałować, że odbyło się to tak szybko i bez większych przeszkód.

Książka napisana jest na naprawdę dobrym poziomie. Czyta się ją bardzo lekko, co umożliwia niezwracanie uwagi na irytujące momenty. Nie podobało mi się natomiast ułożenie całości. Pierwsze trzy części, mimo że rzadko dostarczały mi dreszczyku emocji, to jednak świetnie wprowadziły mnie w historię. Mogłam się zastanawiać i domyślać rozwiązania (przymykam oko, że można było na nie wpaść zdecydowanie za szybko). Później natomiast mamy wałkowaną tę samą historię, lecz z innych punktów widzenia. Kiedy na początku domyśliliśmy się już części faktów, później możemy tylko potwierdzać swoje domysły i częściowo je zmieniać. Byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby historie wszystkich chłopców były pomieszane i serwowane nam w przeplatający się sposób. Dałoby nam to po prostu możliwość na dłuższe dochodzenie do prawdy.

Co do bohaterów, to byli przedstawieni jak najbardziej poprawnie. Mogliśmy przeczytać o punkcie widzenia każdego z nich, poznać ich motywację, sposób widzenia i postrzegania świata. Byli przedstawieni naprawdę dobrze. Mimo to, jakoś z żadnym z chłopaków nie zżyłam się wystarczająco mocno. Średnio szło mi bowiem wczuwanie się w ich sytuację. Mick i Jerro to najlepsi przyjaciele. Pierwszy zmaga się z odrzuceniem z powodu wagi, a drugi z brakiem czasu rodziców i zamknięciem w złotej klatce. Stefan ma problemy finansowe i ponad wszystko chce wieść normalne życie. Los splata ich drogi i stawia przed nimi wielkie wyzwanie. Oprócz nich mamy jeszcze innych bohaterów. Jednych bardziej potrzebnych, innych nieco mniej. Sprawia to, że książka jest bogata pod względem postaci i absolutnie na tym nie traci, mimo, że nie zawsze też zyskuje.

,,Password" to książka, która sama w sobie nie jest zła. Bardzo szybko i lekko się ją czyta. Historia i życie bohaterów również ciekawią, jednak dreszczyku emocji tu nie znajdziemy. Pod tym względem ,,Boy 7" przedstawia się zdecydowanie lepiej. Mimo wszystko świetnie nadaje się na umilenie czasu i wszystkim tym, którzy szukają lekkiej, czasem zaskakującej książki, serdecznie ją polecam!


Za możliwość przeczytania historii Jerro, Micka i Stefana serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams!


Read more ...

Boy 7 - Mirjam Mous

29.7.13



Autor: Mirjam Mous
Tytuł: Boy 7
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 247
Moja ocena: 7/10, 4+/6





Są  takie książki, które same w sobie mało nas ciekawią. Nie to, że promocja jest zbyt mała, bo czasem jest aż za dużo, ani to, że okładka jakoś nie zachwyca. Wszystko jest ok, ale po prostu średnio nas do niej ciągnie. Potem jednak znajdziemy gdzieś recenzję tej książki, przeczytamy jedynie za sprawą losu, bo wcześniej książka nas w ogóle do siebie nie ciągnęła, nawet do swoich recenzji. Z każdym zdaniem potem jesteśmy coraz bardziej przekonani, że ta pozycja jednak ma coś w sobie i byliśmy zwyczajnie głupi nie dając jej wcześniej szansy. Rozpoczynają się wtedy wielkie poszukiwania danej lektury, aż w końcu ją znajdujemy i ukontentowani delektujemy się czytaniem. Tak było ze mną i z ,,Boy'em 7".

Jego autorką jest 50-letnia Mirjam Mous. Urodziła się w Made w Holandii i zanim zajęła się pisarstwem na poważnie, pracowała jako nauczycielka w szkole specjalnej. Pisze książki dla dzieci i młodzieży i jest szczególnie znana z trzymających w napięciu thrillerów.

W ,,Boy 7 " poznajemy kilkunastoletniego chłopaka, który budzi się pewnego dnia na odludnej łące i zdaje sobie sprawę, że nic nie pamięta. Znajduje obok siebie plecak, a w nim same dziwne przedmioty - woda, piżama, bielizna, pasta i szczotka do zębów, czapka, pieniądze, zdjęcie szarego budynku, rachunek z Pizza Hut, kluczyk i telefon, a na nim dziwna wiadomość, nagrana przez niego samego: ,,Cokolwiek się stanie, pod żadnym pozorem nie dzwoń na policję". Chłopak będzie musiał rozpocząć poszukiwania swej tożsamości i zmierzyć się z wrogiem, aby ocalić siebie i przyjaciół.

Pierwszą rzeczą, która w ,,Boy 7" tak się podoba jest niepewność zaserwowana nam już w pierwszym rozdziale. Chłopak budzi się na odludziu, nic o sobie nie wie, a jedyna pewna wiadomość głosi, aby nie dzwonić na policję - jedyne źródło bezpieczeństwa, które większości z nas przyszłoby na myśl w takiej sytuacji. Strach wypełnia nas już od pierwszej strony. Później rozpoczynamy razem z Boy'em 7 poszukiwania, bo rzeczy, które znalazł, muszę przecież dokądś prowadzić. Wraz z zakończeniem pierwszej części, sytuacja się zmienia. Nie ma już powodów do emocjonowania się czy strachu. Książka nie staje się klapą, jednak ten początkowy entuzjazm nieco zanika. ,,Boy 7" staje się fajną, ciekawą, momentami bardziej wciągającą i wywołującą poruszenie książką dla młodzieży. Sytuacja chłopców w Szarym Budynku była interesująca, to fakt, jednak została nam zaserwowana od razu. Z tego powodu nie mieliśmy powodów na rozmyślanie i tę kochaną niepewność, bo wszystko było nam przedstawione w jednym miejscy. Wystarczyło tylko odwrócić stronę. Dużo lepiej byłoby trzymać się części pierwszej i stopniowo odkrywać fakty.

Kolejną rzeczą, do której pragnę się przyczepić, jest umieszczenie akcji w Stanach. Autorka jest Holenderką, więc miałam nadzieję, że akcja zostanie umieszczona właśnie w Holandii, przez co będę mogła się nieco oderwać od wszechobecnych Stanów Zjednoczonych w literaturze. Myślę, że autorka chciała zrobić z ,,Boy-a 7" książkę bardziej światową, a niestety przez to jej powieść tylko straciła. Pozostaje jeszcze długość, albo i jej brak. Książka ma zaledwie ponad 200 stron. Mimo tych mankamentów, czytało się ją dobrze, więc te dokładnie 247 strony, to dla mnie absolutnie za mało. Gdyby dodać choć 100, czyż nie byłoby zdecydowanie lepiej?

Wspomniałam, że książkę się świetnie czytało. To absolutna prawa. Mimo zaserwowania nam rozwiązania zbyt szybko, mimo umieszczenia akcji w Stanach, mimo zbyt małej liczby stron ,,Boy 7" mnie wciągnął. Pierwsza część zmroziła krew w moich żyłach, a później mimo ostudzenia entuzjazmu również było bardzo dobrze. Każde wydarzenie śledziłam z miłą chęcią, ani razu nie miałam ochoty odłożyć książkę na półkę, ani wyśmiać autorkę. ,,Boy 7" bowiem świetnie spełnia rolę thriller-u dla młodzieży i gdy tylko nie pokładamy w nim zbyt wielu nadziei, może naprawdę być zachwycającą lekturą. Mirjam Mous świetnie kreuje świat przedstawiony i mimo, że do wywoływania w czytelniku dreszczyku emocji od pierwszej strony do ostatniej jeszcze nieco brakuje, to naprawdę czyta się świetnie.

Do bohaterów również nie można się przyczepić. Byli wykreowani dobrze, ale nie bardzo dobrze. Mieli to, co potrzeba, ale bez dodatkowych biegów. Z nikim się nie zżyłam, tak na dobrą sprawę, ale nikogo też nie znienawidziłam. Nie było nikogo niepotrzebnego, jedynie Ci, bez których akcja by się nie obyła. Wszystko pod tym względem było tu ok. Co do tytułowego Boy-a to wolałabym, żeby był nieco starszy. Tak chociaż z rok albo dwa. Nie dlatego, że potrzebny był tu silny, męski charakter, ale przeszkoda w postaci: ,,Nie mam prawa jazdy, nie umiem prowadzić. No i jak ja teraz dojadę na miejsce?" była ciut żenująca. A skoro akcja była już w tych Stanach, to autorka mogła zaserwować tak w ramach dobrego serca prawo jazdy swojemu bohaterowi. Ogólnie Boy 7 to bardzo mądry chłopak. Czasem aż za mądry. Każda zagadka była przez niego rozwiązana w zawrotnym tempie. Trochę więcej potknięć, owocowałoby większą liczbą stron, a ja byłabym szczęśliwa, co nie miara.

,,Boy 7" jest dobrą książką na jeden wieczór. Czyta się ją w zawrotnym tempie, a ciekawość kolejnej strony nie pozwala odłożyć książki na bok. Akcja nie jest w stu procentach taka, jakbym chciała. Pojawiają się niedoskonałości i rzeczy, które czasem mogą bawić. Mimo to, cieszę się, że w końcu ją przeczytałam i poznałam tę historię. Było warto, bo spędziłam bardzo miło czas. Na początku zaznałam niepewności, a potem dostałam dobrą, ciekawą książkę. Myślę, że lektura spodoba się młodzieży, bo to do nich jest głównie skierowana. Starsi może nie będą w pełni zachwyceni, ale książka powinna być dla nich świetnym czytadłem na nudny wieczór. Także zachęcam do sięgnięcia!
Read more ...

Tam, gdzie śpiewają drzewa - Laura Gallego

22.3.13




Autor: Laura Gallego
Tytuł: Tam, gdzie śpiewają drzewa
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 399
Moja ocena: 9/10









Świat jest pełen różnic. Niby każdy równy, a tworzą się grupy „lepszych” i „gorszych”. Nie jest tak od wczoraj. Zaczęło się to już dawno temu. Wyobraź sobie Drogi Czytelniku życie na dworze królewskim. Rycerskie turnieje, wielkie uczty, wydawanie dziewcząt za mąż przez rodzinne ustalenia. Pomyśl o czasach, kiedy jedno hipnotyzujące spojrzenie spod rzęs poruszało zmysły i dawało nadzieję na możliwe względy danej damy. Widzisz te piękne suknie i zbroje rycerzy? Czujesz ten klimat? Dobrze, a teraz pomyśl o brutalności. O ludziach, którzy nie mają uczuć i nic nie stanie im na drodze do spełnienia swojego celu. Ludziach, którym władza przesłania pole widzenia i nie są w stanie kierować się ludzkimi emocjami. Nie jest już tak pięknie, czyż nie? A wyobrażasz sobie, że te dwa światy z dnia na dzień się ze sobą spotykają. Nie może wyjść z tego nic innego, jak tylko wielki ból dla jednych i radość dla drugich. Co by było, gdybyś był wśród tych pokrzywdzonych i jakimś niewyjaśnionym sposobem udało Ci się znaleźć sposób na zakończenie tych wszystkich ludzkich cierpień? Byłbyś na tyle odważny, żeby podołać zadaniu?


Viana jedyna córka księcia z Rocagrís wraz z nadejściem wiosny planuje swój ślub z ukochanym Robianem z Castelmar, któremu przyrzeczona została jeszcze gdy byli dziećmi. Jednak podczas święta zimowego przesilenia na zamek przybywa Wlik, rycerz z gór, aby ostrzec króla Nortii o zbliżającej się inwazji stepowych barbarzyńców. Robian, książę, jak i pozostali rycerze, zmuszeni są bronić swojego króla i ziem. Większość z nich ginie w walce i królestwo zostaje podbite przez barbarzyńców. Pozostałymi przy życiu rebelianci wraz z Vianą postanawiają uwolnić królestwo Nortii spod panowania okrutnego i pozornie nieśmiertelnego króla Haraka. Aby zwyciężyć, muszą poznać tajemnicę Wielkiego Lasu i dotrzeć tam, gdzie śpiewają drzewa...

„Tam, gdzie śpiewają drzewa” to książka, w której nie tylko treść jest magiczna. Ma w sobie jakiś magiczny składnik, który do niej przyciąga. Czy to za sprawą intrygującego opisu? A może okładki, która cieszy oko? Nie wiem, czego to zasługa, w każdym razie ta magia przyciągnęła i mnie. Kiedy tylko dowiedziałam się o tej książce czułam, że mi się spodoba. Czy dałam się zwieść zatrutemu jabłku?

Zdecydowanie nie! Świat przedstawiony był bardzo dobrze skonstruowany. Oddać klimat czasów, w których się nie żyło jest bardzo trudno, ale pani Laurze Gallego świetnie się to udało. Ze zdumiewającą łatwością mogłam wciągnąć się w ówczesne życie i poczuć, jakbym również tam była. „Tam, gdzie śpiewają drzewa” to połączenie książki fantastycznej, baśni, a także historii o walce z niesprawiedliwością i niechęcią podporządkowania się narzuconemu schematowi. Sprawienie, aby historia wyglądała realistycznie jest nie lada wyczynem, a tutaj właśnie tak to wygląda.  W książce mamy do czynienia z narratorem trzecioosobowym, co według mnie świetnie pasuje do przedstawionej historii. Akcja pędzie ze strony na stronę. Co chwila doświadczamy jakichś emocjonujących wydarzeń. Książkę czytało mi się ją niezwykle szybko. Nawet nie zdałam sobie sprawy, kiedy ją skończyłam. Czytam sobie i mam wrażenie, że minęło może  15 minut, patrzę, a tu minęły 2 godziny. Szukacie czarnej dziury w kosmosie? Nie szukajcie dalej. Sięgnijcie po „Tam, gdzie śpiewają drzewa”! Przepadniecie! Ja nie mogłam się oderwać od przedstawionych wydarzeń. To swego rodzaju baśń, która wciąga, daje przesłanie i pozostaje w pamięci.

Nie mogę też nic zarzucić bohaterom. Ich kreacje były przedstawione bardzo realistycznie, a to dla mnie jest najważniejsze. Każdy z ich miał swoją osobowość i żył własnym życiem. Główna bohaterka – Viana w trakcie wydarzeń przeszła przemianę. Z damy, której głównym zmartwieniem jest suknia na zbliżający się ślub, staje się banitką. Będzie musiała walczyć o wyzwolenie kraju, bo tylko ona zna sposób, żeby pokonać barbarzyńców. Zapewne wiecie, że lubię bohaterki, które mają własne zdanie i umieją postawić na swoim. Viana taka była, tylko że niestety aż za bardzo. Podejmowała lekkomyślne decyzje, które czasem mnie irytowały. Ciekawą postacią był dla mnie Wilk. Polubiłam jego nastawienia, wolę walki i poczucie humoru. Był postacią niewątpliwie bardzo intrygującą.

Rzeczą, która mi zdecydowanie nie przypadła do gustu był wątek miłosny. Piękny, to fakt, jednak ja za nic nie mogłam się w niego wciągnąć. Był dla mnie nieco sztuczny i jakiś taki niemrawy. Może dlatego, że i nasz amant – Uri był dla mnie zbyt fantastyczny, żeby traktować go jako obiekt westchnień.

„Tam, gdzie śpiewają drzewa” ma naprawdę świetną oprawę graficzną. Nawet jeżeli książka byłaby tragiczna, to mogłabym się zakochać w samym jej wykonaniu. Okładka jest piękna, każdy rozdział zaczyna się pięknym wzorem, a całość idealnie leży w ręce. Czegóż chcieć więcej?

Po „Tam, gdzie śpiewają drzewa” spodziewałam się bardzo dobrej książki, która mnie zaciekawi i porwie swoją historią. Co otrzymałam? Otrzymałam książkę rewelacyjną, od której nie sposób było się oderwać. Znów czułam się jak mała dziewczynka w świecie baśni i zdałam sobie sprawę, jak bardzo tęskniłam za tym uczuciem.  Czytając ją byłam w innym, magicznym świecie, w którym z chęcią bym została, gdybym mogła. „Tam, gdzie śpiewają drzewa” jest pozycją jedyną w swoim rodzaju. Niezwykła, magiczna i zaskakująca. Możecie śmiało po nią sięgać i nie żałować pieniędzy na jej kupno.

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu Dreams!
Read more ...

Winter - Asia Greenhorn

28.1.13
Od zawsze było jej ciężko. Los jej nigdy nie oszczędzał. Będąc dzieckiem straciła rodziców. Mieszkała z babcią, ale opieka społeczna siedziała im na karku, dlatego często musiała zmieniać miejsce zamieszkania. Za każdym razem zaczynała od nowa, w nowej szkole, z nowymi znajomymi. Czy może być jeszcze gorzej? Uwierzcie mi, że tak.

Życie młodziutkiej Winter Starr wywraca się do góry nogami, kiedy babcia, jej jedyna bliska osoba, ulega dziwnemu wypadkowi i zapada w śpiączkę. Dziewczyna zostaje odesłana z Londynu do Cae Mefus, małego miasteczka na północy Walii, gdzie czekają na nią nowi opiekunowie – państwo Chiplinowie. Cae Mefus powoli staje się dla Winter domem. Najstarszy syn Chiplinów, Gareth, nie odrywa od niej wzroku. W nowej szkole Winter poznaje tajemniczego i szalenie przystojnego Rhysa. Gareth próbuje ostrzec dziewczynę przed tą znajomością, ale ona nie jest w stanie oprzeć się nagłej namiętności, która bierze we władanie parę młodych kochanków. Niebezpieczeństwo przestaje mieć dla nich znaczenie. W hrabstwie dochodzi do niewyjaśnionych ataków, sama Winter też zostaje napadnięta. Przerażająca prawda powoli zaczyna wypływać na powierzchnię. Winter odkrywa nieznany świat, w którym prastare obyczaje przekazywane są z pokolenia na pokolenie, a tajemny pakt strzeże życia milionów ludzi. Odkrywa prawdę o śmierci swoich rodziców i o jedynym dziedzictwie, jakie jej pozostawili: kryształowym amulecie, który ją chroni. Musi wybierać między Rhysem, chłopakiem, którego kocha, a swoim własnym życiem.

Ile to już książek o wampirach przeczytałam? Ile razy mówiłam, że ta jest już absolutnie ostatnią? Z pewnością nie raz, a i tak, moje postanowienia wzięły w łeb. Tak oto sięgnęłam po kolejną historię z naszymi krwiopijcami w rolach głównych. Tym razem wampiry mamy ukazane na tle paktu z ludźmi. Może się to wydawać trochę dziwne, bo zwykle istoty te polują na ludzi, a nie zawierają z nimi pokoje. Jednak tym razem mieli powód, żeby to zrobić. Ogólny spokój był ważniejszy, niż przelew krwi. To właśnie różni tę książkę od innych. Pomysł na całą historię jest niebanalny. Autorka chciała zrobić coś nowego, wprowadzić nutkę grozy i na pewno jej się to w pewnym stopniu udało, ale...

No właśnie, ale... Mimo, że pomysł był naprawdę dobry, to jego wykonanie już nie do końca. Fabuła wydała mi się nieco poplątana, tak że trudno było mi się w niej odnaleźć. Autorka chciała wprowadzić nieco zawiłości i tajemnic, a zamiast tego wyszło coś na kształt poplątanej włóczki, którą ciężko rozplątać. Krótkie rozdziały może innym przyspieszają czytanie, ale mi dały tylko pretekst do lenistwa i odliczania rozdziałów do końca. To nie tak, że się nie wciągnęłam. Nie, byłam ciekawa, co naszym bohaterom przydarzy się dalej. Jednak obecność aż 101 rozdziałów trochę mnie przygniotła, co nie zdarza się często. "Winter" czytało się lekko, bez zbytniego myślenia, a co za tym idzie również bez wniosków, które mogłabym z tej lektury wyciągnąć. Styl pisania pani Greenhorn jest w porządku, ale tak jak pisałam wcześniej, lekko zawiły. 


Sprawą, która mnie najbardziej irytowała w bohaterach, było podawanie ich imion i nazwisk, za każdym razem, gdy się tylko pojawiali. Ich "godności" były dość pokręcone, co nie ułatwiało mi zapamiętania, kto jest kim i jeszcze bardziej gubiłam się w fabule. Jeżeli chodzi o samo dopracowanie bohaterów, to tylko tytułowa Winter wydała mi się godna uwagi oraz kolega Gareth. Winter, to postać, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Umie postawić na swoim i robić to, co chce. Właśnie takie bohaterki lubię. Gareth natomiast był według mnie znacznie bardziej ciekawy niż miłość Winter - Rhys. Gareth miał w sobie, to coś, mogłam go zrozumieć, podczas gdy Rhysa odbierałam, jako wyidealizowanego przystojniaka. Kogoś na kształt Edwarda Cullena. Dlatego też sam wątek miłosny między nim i Winter wydał mi się sztuczny i nic nie wart.

Jeżeli chodzi o okładkę to prawdę mówiąc, nie wiem, co o niej myśleć. Z jednej strony coś w sobie ma. Jakoś tajemnicę, mroczny element, który jak najbardziej do niej pasuje. Z drugiej  strony jednak wydaje mi się trochę kiczowata i zrobiona na odwal się. Chyba najlepiej będzie, jak połączę te dwa wrażenia i wyjdzie nam jej pełen obraz.

"Winter" do dość dobra pozycja. Lekko się ją czyta, można się wciągnąć i być ciekawym dalszych losów bohaterów. Nie jest też pozbawiona błędów i niedociągnięć. Gdyby tak popracować nad nią jeszcze z miesiąc, dostałaby na pewno ode mnie ze dwie gwiazdki więcej. Nie jest jednak zła i mam nadzieję, która chwilami przechodzi w cichą pewność, że druga część losów Winter będzie jeszcze lepsza. Ja po nią sięgnę na pewno. Czy warto ją czytać? Sami musicie zdecydować, ale jeżeli macie wolną chwilę, nic nie szkodzi się z nią zapoznać.

Moja ocena: 5/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Read more ...