Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

Zaczarowani Chanel [Czar Chanel - Paul Morand]

2.9.16



O Coco Chanel słyszał chyba każdy. Nawet osoba, która niespecjalnie interesuje się modą wie, kim jest ta wielka osobowość. Krąży o niej wiele historii, które sprawiły, że stała się legendą za życia. Czar Chanel, w którym Coco sama opowiada o sobie, jest świetną okazją, aby ją poznać i wyrobić sobie opinię, czytając relacje z pierwszej ręki.

Żadna biografia nie jest w stanie tak doskonale oddać charakteru Coco Chanel, jak opowieści jej samej o sobie. Dzięki zebraniu ich przez Paula Moranda możemy poznać trudne dzieciństwo Coco u ciotek, jej miłość do pracy i pewnego Anglika i zgłębić tajemnice relacji z przyjaciółmi, których spotkała na swej drodze. Ta intymna opowieść daje nam obraz kobiety, która nie bała się ciężkiej pracy, a to, co osiągnęła, może zawdzięczać swojemu samozaparciu i wysiłkowi. Kobiety, która ponad wszystko stawiała na prostotę, a elegancja dzięki niej zyskała nowe oblicze.

Wielkim atutem tej pozycji jest jej strony wizualna. Nie tylko piękne wydanie i gruby papier, które dodają jej stylu, ale przede wszystkim ilustracje innego mistrza - Karla Lagerfelda. Zdecydowanie oko ma się czym cieszyć!

Ta książka jest jak sama Coco - bezkompromisowa, pełna własnych zasad i prawdziwa do bólu. Jeżeli chcecie poznać tę wielką projektantkę w trochę inny sposób, niż oferuje zwykła biografia, to Czar Chanel jest wyborem idealnym!

Paul Morand, Czar Chanel/L'Allure de Chanel, str. 208, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2016
Read more ...

Piętnaście lat po końcu świata [Stacja jedenaście - Emily St. John Mandel]

9.2.16


Bardzo łatwo przyzwyczaić się do dobrego życia. Nad istnieniem pewnych rzeczy już się niemal nie zastanawiamy. Taki prąd na przykład. Naciskamy włącznik i jest. Albo Internet. Odpalamy komputer a przed nami rozciąga się niczym Ocean Spokojny cały zasób informacji, które aż proszą, żeby z nich skorzystać. Wyobrażacie sobie podróż do obcego miasta bez Google Maps i Jak dojadę? Ja też nie! Albo kultura. Całe zbiory dziedzictwa narodów, z których możemy korzystać i je podziwiać. A gdyby to wszystko miało nagle zniknąć? Gdyby zostało nam odebrane, a cywilizacja cofnęła się o setki lat? Co byśmy zrobili?

Właśnie taki świat pozostawiła przed nami Emily St. John Mandel. Pokazała, że w jednej chwili wszystko może zniknąć. Nasi bliscy mogą odejść, a nam przyjdzie żyć w polowych warunkach, zdobywać rzeczy, które wcześniej były na wyciągnięcie ręki i każdym okruchem silnej woli walczyć o przetrwanie. Historię poznajemy za pośrednictwem kilku osób: Arthura Leandera - aktora, który w dzień katastrofy umiera na zawał serca na scenie, Jeevana Chaudhary - byłego paparazzi, uczącego się teraz na ratownika medycznego, który wbiega na scenę, aby uratować aktora oraz Kirsten Raymonde - dziecięcej aktorki, która piętnaście lat po ataku wirusy grypy gruzińskiej wędruje wraz z Podróżującą Symfonią i wystawia sztuki Szekspira w osadach nowego świata.

To, co najbardziej pokochałam w tej książce, to jej wielowymiarowość. Opowieść nie toczy się w typowy sposób. Autorka skacze pomiędzy wydarzeniami i czasem ciężko rozgryźć, co jest historią właściwą. Tak naprawdę bowiem, świat po ataku wirusa to tylko przykrywka do przedstawienia losów ludzkich. Do zobrazowania blasków i cieni popularności, dylematów moralnych związanych z pracą i wszelkich zakrętów, do których doprowadzi nas życie. Stacja jedenaście ma kilka czasów akcji, które ciągle się przeplatają, a wiadomości, które z nich uzyskujemy, tworzą doskonałą całość. 

Autorka bardzo barwnie maluje rzeczywistość. Czytając książkę, miałam wrażenie, że wszystko mogło się wydarzyć rzeczywiście, a nie, że jest tylko wizją autorki. Nietrwałość świata silnie oddziałuje na emocje czytelnika i zmusza do zastanowienia nad tym, co naprawdę w życiu się liczy. Bo gdyby świat miałby się jutro skończyć, co chcielibyśmy ocalić? Takie tematy pojawiały się już nie raz, ale dopiero ta książka tak realistycznie pokazała mi ten aspekt. W Stacji jedenaście pokazane mamy też próby odbudowy cywilizacji i wszelkie trudy, jakie wiążą się z życiem w zupełnie nowym świecie. W świecie, w którym każda stała została człowiekowi odebrana. Całość wypełniona jest subtelnością i klasą, a z każdą stroną, chcemy więcej!

Stacja jedenaście to po prostu piękna powieść! Wybija się spośród wszelkich książek o zagładzie i końcu świata i pokazuje, co tak naprawdę takie wydarzenie znaczyłoby dla ludzkości. Nie brak tu momentów, które budzą przemyślenia. A wszystko napisane jest z niespotykanym wdziękiem. Takie książki naprawdę chce się czytać!

Emily St. John Mandel, Stacja jedenaście/Station Eleven, str. 400, Wydawnictwo Papierowy Księżyc, Słupsk, 2015

Za możliwość przeczytania Stacji jedenaście dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc!

Read more ...

Kilka słów o duchach [Szamański blues - Aneta Jadowska]

13.1.16



Nie czytam zbyt często twórczości polskich autorów. Zdaję sobie sprawę, że jest to postawa dość typowa i to właśnie my, nałogowi książkoholicy, powinniśmy wspierać polską twórczość na tym polu. Aneta Jadowska to pisarka, której książki chciałam poznać już dawno temu i czułam, że jej pióro przypadnie mi do gustu. Los chciał, że zapoznałam się z nimi dopiero teraz i dopiero teraz mogę się nimi zachwycać. 

Nie znając żadnej innej książki autorki, weszłam w tę powieść z zupełnie świeżym umysłem. Słyszałam jednak, że główny bohater pojawił się już wcześniej w powieściach pisarki. W tej serii poznajemy go jako mężczyznę przed czterdziestką, w którego życiu nie brak monotonii. Duchy, upiory, magia. Któż mógłby narzekać na brak wrażeń? Gdyby tego jednak było mało, na jego progu po wielu latach staje dawna ukochana. Powrót wspomnień to jednak nie najgorsze, co mogło się trafić Witkacemu. Konstancja potrzebuje natychmiastowej pomocy. W szpitalu, gdzie pracuje, umierają noworodki. Jak można się spodziewać, we wszystkim palce mieszał pewien wredny duch.

Niezmiernie się cieszę, że mogę to napisać, bowiem książka Pani Jadowskiej świetnie pokazuje, że polska twórczość w niczym nie ustępuje tej zagranicznej. Autorka pozostawiła przede mną wszystko to, co lubię w fantastyce. Po pierwsze doskonale stworzony świat przedstawiony. Duchy przenikające do świata rzeczywistego, to coś, czemu mówię zdecydowane tak. Do tego motyw szamanów. Moja czytelnicza dusza się raduje! Druga rzecz, która mnie urzekła, to pomysł na fabułę. Wszystko tu ma swoje miejsce. Jedno wynika z drugiego i widać w tym sens. Nie można przestać zastanawiać się nad rozwiązaniem zagadki. I kiedy wydawałoby się, że już uchwyciliśmy koniec nici, po którym szybko już dostaniemy się do meritum sprawy, autorka wyciąga nowe fakty i bardzo sprawnie nam ten koniec wytrąca. Nie mogę też wyjść z podziwu nad technicznymi umiejętnościami Anety Jadowskiej. Od pierwszej strony towarzyszył mi świetny klimat, który porwał mnie do świata opowiadanej historii i nie chciał z niego wypuścić. Sprawny język sprawia, że czytaniu towarzyszy lekkość i ogromna przyjemność. Muszę też wspomnieć o bardzo charyzmatycznych i zapadających w pamięci bohaterach. Wszystko to tworzy mieszankę, której nie mogłam nie polubić.

Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z książkami Anety Jadowskiej. Jeżeli chodzi o Szamańsk blues to myślę, że wszystkie moje zachwyty mówią jedno - to naprawdę bardzo dobra książka! Mnie niesamowicie urzekła. Sprawdźcie, czy Wy też się nią zachwycicie!

Aneta Jadowska, Szamański blues, str. 417, Fabryka słów, Lublin, 2015



Read more ...

W podróży do tajemnicy [Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins]

16.12.15






Dzień, jak każdy inny. Wsiadasz do pociągu, którym każdego dnia dojeżdżasz do pracy. Patrzysz przez okno i obserwujesz. Krajobrazy, mijane domy, a przede wszystkim ludzi w tych domach. Kiedy pociąg zatrzymuje się przed tym semaforem, co zazwyczaj, Ty przyglądasz się parze w domu nieopodal i snujesz historie o ich życiu. Ale dziś, coś się zmieniło. Stało się coś, co zmieni wszystko i przyniesie wielkie konsekwencje.

Tak kreśli się przed nami fabuła Dziewczyny z pociągu. Tajemnica czai się w powietrzu i nie można uniknąć gęsiej skórki. Tytułową dziewczyną z pociągu jest Rachel Watson - kobieta, którą przytłaczają prywatne problemy i dobija monotonne życie. Nic więc dziwnego, że życie innych traktuje jak okazję do uczynienia swojego bardziej ciekawym. Tragedia, którą zauważa pewnego dnia z okna pociągu staje się doskonałym pretekstem, aby los obcych ludzi stał się przez chwilę jej własnym. Przyznam otwarcie, że kiedy tylko przeczytałam opis tej książki, wiedziałam, że będę musiała ją przeczytać. Tajemnica, którą trzeba było odkryć, nie dawałaby mi spokoju tak, jak bohaterce.

Szczerze mówiąc moja wizja tej książki nie do końca odpowiadała temu, co znalazłam w środku. Obraz, który sobie wykreowałam skupiał się bowiem jedynie na uczuciu tajemnicy, wszechobecnej niepewności i niepokoju. Autorka natomiast przedstawiła mi pełną historię. Historię, z doskonałym podłożem sytuacyjnym i świetną kreacją psychologiczną postaci. Oprócz thrillerowego nastroju w książce poruszony jest też problem alkoholizmu oraz problemów małżeńskich. Ale to wszystko schodzi na drugi plan, ustępując miejsca historii. Opowieść przemyślana jest w najdrobniejszych szczegółach i skonstruowana z ogromną precyzją. Zagadka porywa nas już od samego początku. Dzięki realistycznym opisom przeżywamy każdą sytuację razem z bohaterami i ponad wszystko dążymy razem z nimi do rozwiązania. Nie zabraknie tu zwrotów akcji, a zakończenie wbije w fotel. Taki obrót spraw naprawdę ciężko przewidzieć. 

Dziewczyna z pociągu spełniła wszystkie żądania, które wystosowałam względem niej. Mroczny klimat towarzyszył mi od początku do końca, a tajemnica sprawiła, że nie mogłam oderwać się od czytania. Książka jest bardzo dobrą pozycją w swym gatunku i z pewnością warto jej się bliżej bliżej. Dreszczyk emocji gwarantowany!

Paula Hawkis, Dziewczyna z pociągu/The Girl on the Train, str. 328, Świat Książki, 2015

Read more ...

Podaruj mi miłość, Święty Mikołaju!

22.11.15



Szum wokół świątecznych przygotowań ma zarówno przeciwników, jak i zwolenników. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Uwielbiam świąteczne piosenki, dekoracje i tę niezwykłą atmosferę. Naiwne przekonanie, że wszystko się może zdarzyć i jest całkowicie możliwe. Dlatego nie wahałam się ani chwili przed sięgnięciem po Podaruj mi miłość. Wiedziałam, że to będzie wybór idealny na tę porę.

Książka składa się z 12 opowiadań napisanych przez takich autorów, jak: Gayle Forman, David Levithan, Stephanie Perkins czy Rainbow Rowell. Główną tematyką są oczywiście święta i perypetie bohaterów z nimi związane. Mamy elfy, gwiazdę, która uciekła od menedżera, zagubioną studentkę, która niespodziewanie znajduje miłość czy młodocianego przestępcę zmuszonego do przygotowywania jasełek. Będzie śmiesznie, wzruszająco i emocjonująco. Jak widzicie tematyka jest dość różnorodna i każdy znajdzie coś dla siebie.

Nie wiem, czy to magia świąt, czy umiejętności pisarzy sprawiły, że książka tak bardzo przypadła mi do gustu. Nie każde opowiadanie mi się spodobało. Były takie, które strasznie mi się dłużyły, jak chociażby "Dziewczyna, która obudziła Śniącego", czy takie, które zwyczajnie do mnie nie trafiły, na przykład "Dama i lis". W większości jednak prostota historii i ich wszechobecny urok niezwykle mnie urzekły. Jak sugeruje sam tytuł, miłość to temat przewijający się w każdym opowiadaniu. Autorzy pokazują, że szczęście czeka tuż za rogiem, wystarczy tylko dać mu szansę. Słodycz to coś, czego tutaj nie zabraknie, ale nie martwcie się! Ani przez chwilę nie jest zbyt cukierkowo. Może po prostu świąteczna atmosfera sprawia, że zaczęłam mieć większą tolerancję na tego typu historie. Lekkość pióra, sprawne dialogi, charyzmatyczni bohaterowie i magia. Czego chcieć więcej od opowiadań świątecznych?

Jeżeli chodzi o moich ulubieńców, to mam ich kilku. Na samym początku zachwyciła mnie Rainbow Rowell i jej opowiadanie Północ. Potem dałam się porwać Matt de la Pena i Aniołom na śniegu. Bardzo przyjemnie czytało mi się też Cud Charliego Browna i Coś ty narobiła, Sophie Roth? Każde z tych opowiadań w jakiś sposób do mnie przemówiło. Czy to przez przeuroczą sytuację, którą wykreowali autorzy, czy przez tematykę, która w jakiś sposób mnie dotyczyła. Niezależnie od powodów, radość płynąca z lektury towarzyszyła mi od początku do końca.

Zbiór opowiadań Podaruj mi miłość to pozycja, która idealnie sprawdzi się w przedświątecznym okresie. Lekka, przyjemna i wywołująca ogromną radość u czytelnika. Takich historii chciałoby się czytać znacznie więcej. Z pewnością za rok wrócę do opowiadań jeszcze raz. A Wam naprawdę gorąco je polecam! Piękne wydanie sprawi, że książka sprawdzi się idealnie jako mikołajkowy czy gwiazdkowy prezent.

Podaruj mi miłość/My True Love Gave to Me, str. 429, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, 2015


Read more ...

Bądź chic! Tajemnice kobiecej garderoby - Anne Humbert, Émilie Albertini

2.11.15

Ta piosenka jest tak piękna i stylowa, że nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem jej tutaj. 



Każda kobieta, nawet jeśli nie interesuje się modą, stanęła kiedyś przed problemem stworzenia odpowiedniego stroju. Wygląd mówi przecież bardzo wiele o człowieku. Od naszego profesjonalnego ubioru może zależeć bardzo dużo, a czasem pozornie prosta rzecz może przysporzyć sporo problemów. Naprzeciw wychodzą Anne Humbert i Émilie Albertini.

Ich książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza to niezbędniki, czyli informacje o rzeczach, które każda z nas powinna mieć w swojej szafie: dżinsy, koszula, mała czarna, sweter, trencz, marynarka. Część druga to wszelkiego rodzaju dodatki, a trzecia przydatne rady. Myślą główną autorek jest fakt, że nie warto wciąż gonić za nowościami, a stać się mistrzem w wykorzystaniu rzeczy ponadczasowych i to właśnie na nich budować swój styl. Pomagają one czytelniczkom umiejętnie dobierać dodatki, uczą przeróbek, a co najważniejsze, pokazują, co pasuje do danej sylwetki - rzecz niby stale powtarzana, ale wciąż tajemnicza dla niektórych. 

Wśród wielu gatunków literackich po które sięgam, poradniki raczej nie pojawiają się często. Podchodzę do nich z dość dużym dystansem. Kiedy jednak przeczytałam opis Bądź chic! poczułam, że w tym wypadku chętnie zrobię wyjątek. Przemówiła za tym pewna ponadczasowość poruszanych aspektów. Autorki bowiem nie wmawiają nam, jak podążać za trendami i zostać nową ikoną mody. To raczej coś dla nieporadnych laików. Zaopatrzenie się w rzeczy, które każda z nas powinna mieć w swojej garderobie i zabawa z ich wykorzystaniem, to z pewnością świetny krok do zbudowania swojego stylu. Autorki pokazują, jak z wykorzystaniem tych rzeczy wyglądać z klasą i to właśnie główny plus tej pozycji. 

Przedstawienie tych aspektów jest bardzo przystępne i atrakcyjne w odbiorze. A każdym przypadku mamy pokazanych kilka modeli i krótki opis, który model jest odpowiedni dla danej sylwetki. Jest też element historii mody, przekrój przez najsłynniejsze dodatki i porady, m.in. jak posortować garderobę, czy, co zazwyczaj przysparza kobietom problemy, jak się spakować. Z pewnością z nich kiedyś skorzystam. Wszystko to oprawione jest przepięknymi rysunkami, co tworzy niezwykle urokliwą całość. Oko się raduje!

Bądź chic! Tajemnice kobiecej garderoby to bardzo przyjemny w odbiorze poradnik, który niewątpliwie pomoże nam uniknąć modowych gaf i sprawić, aby zawsze wyglądać stylowo i z klasą. Muszę Was jednak ostrzec - wywołuje ogromną ochotę na zakupy!



Moja ocena: 8/10

Anne Humbert, Émilie Albertini, Bądź chic! Tajemnic kobiecej garderoby/So basic, so chic! les indispensables du dressing, str. 217, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2015


Read more ...

Tajemnica Noelle - Diane Chamberlain

7.9.15

Nie wiem, czy ta piosenka dobrze pasuje do powieści, ale nie mogłam się powstrzymać przed wstawieniem jej tutaj. 


Każdy z nas ma jakieś tajemnice. Mniejsze czy większe. Czasem ciężko jest być otwartą księgą i pozwalać światu na pełne przeczytanie siebie. Gdy jednak tajemnice są zbyt duże może pojawić się problem. Może się okazać, że tak naprawdę wcale kogoś nie znamy. Tak było w przypadku Noelle z książki Diane Chamberlain. Kobieta popełnia samobójstwo, które odsłania jej drugą twarz. Twarz, o której nikt nie miał pojęcia. Emerson i Tara będą starały się poznać powody śmierci przyjaciółki, która przecież kochała swoje życie. Te poszukiwania jednak odkryją więcej, niż można się było spodziewać na początku.

Lubię książki Diane Chamberlain. Kiedy tylko przeczyta się jedno zdanie napisane przez tę autorkę, jest się pewnym, że ta kobieta robi dokładnie to, co powinna. Pasja, klimat i doświadczenie w kreśleniu opowieści to coś, za co ją uwielbiam! I w Tajemnicy Noelle nie mogło tego zabraknąć. Ta autorka naprawdę wie, jak pisać. W jakiej kolejności przedstawiać fakty, z której strony przedstawić wydarzenie, aby wzbudzić zainteresowanie. Powoduje, że nie można nie czytać dalej i nie być ciekawym dalszego ciągu. Tematy, które porusza Diane Chamberlain, to szeroko pojęte tematy życiowe. Takie, które mogą dotyczyć każdego z nas. Właśnie dlatego tak szybko przy czytaniu włączają się nasze emocje. Dlatego tak szybko zaczynamy utożsamiać się z bohaterami. W tej powieści pisarka postanowiła przybliżyć nam życie położnych i wszelkie trudy tego zawodu. Poświęciła dużo miejsca matczynym uczuciom i ich walce o przeżycie dziecka. Ale to tajemnice tu dominują. 

Bo było ich tu naprawdę sporo. I jak dla mnie, szczerze mówiąc, nawet za dużo. Wielokrotnie zastanawiałam się, ile jedna kobieta może mieć sekretów. Ile faktów, może skrywać przed światem. Właśnie taka była Noelle. Pełna tajemnic. Choć chciała czynić dobro, to jednak nie mogła uniknąć błędów. I mimo że tych zawiłości było momentami za wiele, to sposób ich przedstawienia był naprawdę mistrzowski. Autorka wielokrotnie potrafiła mnie zaszokować, wzbudzić podejrzenia i ochotę na rozwiązanie zagadki. Na poznanie wszystkich sekretów Noelle. Ta powieść naprawdę porusza. Mąci w głowie i wywleka z człowieka emocje! Tak bardzo współczułam bohaterom! I choć nie rozumiałam czasem ich wyborów, a wielu nie popierałam, to nad skutkami ich działań nie można było się nie wzruszyć. 

Tajemnica Noelle ma w sobie zgrzyty, które nie pozwalają mi jej w pełni pokochać. Mimo to historia, którą dostałam po otworzeniu książki, umocniła mnie w przekonaniu, że Diane Chamberlain to genialna pisarka! Bo kiedy czuć radość z pisania, a doskonałość w każdym słowie potwierdza umiejętności, to nie można się nie zachwycać. I naprawdę tylko takie obyczajówki chcę czytać!

Diane Chamberlain, Tajemnica Noelle/The midwife's confession, str.470, Prószyński i S-ka, Warszawa, 2012


Read more ...

Love, Rosie - Cecelia Ahern

2.8.15



O Love, Rosie słyszał chyba każdy za sprawą głośnej ekranizacji. Choć powieść wydana była w Polsce już wcześniej, to prawdziwy szum na jej punkcie zrobił się dopiero niedawno w związku z kinową premierą. Sama najpierw obejrzałam film i choć muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś innego, to i tak produkcja narobiła mi ochoty na książkę. W końcu nadszedł czas i na papierową wersję.

Cecelia Ahern opowiada nam historię dwójki przyjaciół. Rosie i Alex znali się od dziecka. Wspierali się, byli ze sobą w trudnych chwilach. Rodzice Alexa postanowili jednak przeprowadzić się z Irlandii do Ameryki, a przyjaciele musieli zmierzyć się z rozłąką. Nie oznaczało to jednak końca ich przyjaźni. Ich relacja stała się nawet silniejsza, a wszystkie kłody, które postawiło przed nimi życie, dzięki niej stawały się łatwiejsze do przeskoczenia.

Na początku warto zaznaczać, że jest to powieść epistolarna. Nie często mam z takim gatunkiem do czynienia i raczej nie jestem tak w stu procentach do niego przekonana, ale muszę przyznać, że nie miałam najmniejszych problemów z przyswajaniem fabuły. Listy pisane były tu nie tylko przez Rosie i Alexa, ale także przez rodzinę Rosie czy znajomych. Dzięki temu można było nabrać szerszego spojrzenia i nie odczuwało się braku aktualnej akcji. Taka forma była z pewnością bardzo pouczająca i odkrywcza. I czytało się świetnie!

W powieści poruszonych mamy kilka wątków. Jest oczywiście przyjaźń. Jest miłość i macierzyństwo. Są więzi rodzinne, ból rozstania i wszelkie trudy, którym człowiek musi sprostać. Sprawia to, że książka jest po prostu o życiu. I dlatego jest tak realistyczna, tak do bólu prawdziwa i szczera. Nie ma mowy o słodzeniu i łatwych happy endach. Każda radość, to radość wywalczona łzami. I właśnie dzięki takim sytuacjom autorka pokazuje, że życie, mimo trudów, może być piękne, a z każdej chwili da się wyciągnąć jakiś pozytywny aspekt. Sama historia nie należy do łatwych i przyjemnych. Jest jednak podana w taki sposób, że nie można oderwać się od lektury. Każdą porażkę przeżywamy razem z bohaterami. Z każdej radości cieszymy się razem z nimi. I właśnie przez te wszechobecne emocje książka jest tak dobra!

Bardzo się cieszę, że miałam okazję poznać Love, Rosie. Cecelia Ahern opowiedziała piękną historię o życiu, trudnych wyborach i konsekwencjach swoich działań. Opowiedziała ją w taki sposób, że czytanie dalej staje się koniecznością. Właśnie takie książki lubię! A ta z pewnością pozostanie ze mną na bardzo długi czas!

Cecelia Ahern, Lovie, Rosie/Where Rainbows End, str. 511, Wydawnictwo Akurat, Warszawa, 2015

Read more ...

[PRZEDPREMIEROWO] Fangirl - Rainbow Rowell

23.7.15


Zastanawialiście się kiedyś jak to jest mieć siostrę bliźniaczkę albo brata bliźniaka? Taką kopię siebie, którą się zobaczy bez spoglądania w lustro. Ten fakt na pewno bardzo dobrze zna Cath i Wren, bohaterki powieści Fangirl Rainbow Rowell. Dziewczyny oprócz wyglądu nie mają jednak ze sobą wiele wspólnego. Wren lubi korzystać z życia i brać z niego garściami, Cath natomiast jest typem domatorki. Szaleje na punkcie Simona Snowa - bohatera książki, którą pokochał cały świat, a na dodatek pisze o nim fanfik i ma nawet swoich własnych fanów. W college'u jednak dziewczyny postanawiają się rozdzielić i zamieszkać oddzielnie, co dla Cath okazuje się niezwykle trudne. Na jej drodze staną nowi ludzie, a stare problemy poproszą o rozwiązanie.

Ciężko określić w kilku słowach, o czym jest ta książka. Pojawia się tu oczywiście temat fanfików. Nigdy nie pałałam do nich jakąś wielką miłością. Nie pisałam ich ani nie czytałam. Dlatego też fajnie było poznać ten świat i poczuć, na czym to tak naprawdę polega. Mamy też relacje między rodzeństwem oraz matką a córką. Niby tematy wielokrotnie przerabiane, ale jednak ugryzione z innej strony i wnoszące solidny powiew świeżości. Jest tu także dojrzewanie, różne sposoby na radzenie sobie z problemami oraz miłość. Czyli bardzo ciekawa mieszanka. 

Nawet nie macie pojęcia, jak przyjemnie czytało mi się tę książkę! Od początku do końca wypełniało mnie błogie uczucie, które kazało mi czytać kolejny rozdział, a zarazem nie czytać, żeby nie musieć się z nim żegnać. To nie tak, że nie dostrzegałam wad i dosłownie wszystko mi się podobało.  Nie potrafiłam jednak tak bezwarunkowo i w stu procentach pokochać tej książki. Drażniło mnie dziecinne zachowanie Cath i podejście do życia Wren. Niektóre fragmenty historii też raziły swoją naiwnością i aż nierealnością. Mimo to kocham sposób, w jaki ta powieść jest napisana! Lekko, niewymuszenie i z pasją, którą czuć na odległość. To jedna z tych pozycji, które pozwalają się oderwać od świata i zanurzyć w innej rzeczywistości. Rzeczywistości niby zwykłej, w której my sami moglibyśmy się znaleźć, a jednak przedstawionej tak, że tęsknimy do tego miejsca, choć w nim nie byliśmy. A do tego humor, który jeszcze bardziej wzbudza naszą sympatię do książki.

Fangirl nie jest powieścią idealną. Nie jest też arcydziełem, które będzie miało specjalne miejsce w mojej pamięci i do którego z pewnością wrócę. To książka, które doskonale umiliła mi czas. Którą świetnie mi się czytało i która pozwoliła zapomnieć o problemach. Nie zawsze musimy szukać geniuszu, czasem wystarczy coś, co urzeka swoją prostotą i co po prostu na kilka godzin sprawi, że znajdziemy się w innym świecie. Fangirl jest potwierdzeniem tego, dlaczego kocham czytać! Jeżeli chcecie poznać, dlaczego tak wiele ludzi zachwyca się Panią Rainbow Rowell, wystarczy wyciągnąć rękę i chwycić po tę powieść.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania Fangirl dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

Rainbow Rowell, Fangirl, str. 464, Otwarte, 2015 

Read more ...

Zaginiona dziewczyna - Gillian Flynn

19.7.15


Dobry thriller nie jest zły. Zgodzicie się chyba ze mną, prawda? Sama nie czytam ich często, ale nie mogłabym powiedzieć, że ten gatunek w zupełności mi nie pasuje. Tajemnica, dreszczyk grozy, ciekawi bohaterowie i historia, która pochłania w całości. Jak tu przejść obojętnie obok takiej mieszanki? Zaginiona dziewczyna jest świetnym jej przykładem.

Nick i Amy to małżeństwo z pięcioletnim stażem. Dzień rocznicy ślubu nie będzie jednak pełen sielanki. Kiedy Amy znika w tajemniczych okolicznościach, głównym podejrzanym staje się Nick. Okazuje się, że małżeństwo tych dwojga wcale nie było idealne. Kłamstwa coraz trudniej jest oddzielić od prawdy, a ustalenie faktycznego stanu rzeczy staje się niemal niemożliwe. Na jaw wyjdą rzeczy, o których nikt nie miał pojęcia, a o odkrytej prawdzie można niemal zapomnieć.

Kilka miesięcy temu widziałam ekranizację tej książki, więc historia była mi już jako tako znana. I choć w innych przypadkach oglądanie filmu najpierw jak najbardziej mi odpowiada, tak w przypadku Zaginionej dziewczyny trochę popsuło mi to czytanie. Nie pamiętałam wszystkich faktów, ale te najważniejsze pozostały w mojej pamięci, co sprawiło, że nie byłabym już tak zaskoczona. A w tego typu książkach motyw zaskoczenia to bardzo ważna rzecz. Muszę zapamiętać, że moja zasada "Najpierw film, potem książka" nie dotyczy thrillerów. 

Mimo tego faktu, jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu autorki. Stworzyła tak zawiłą, złożoną i dopracowaną historię, że to aż nieprawdopodobne. Każdy fakt ma tam znaczenie, każdy liczy się dla opowieści, choć dowiadujemy się o tym dopiero później. Autorka odkrywa je stopniowo, rysuje pewną wizję, która potem i tak zostaje zburzona. Czytając nabrałam przeświadczenia, że Gillian Flynn to nieprzebrana skarbnica pomysłów. Kiedy już coś zaczęło się krystalizować, autorka znów wyskakiwała z nowym faktem i snuła sobie intrygę, jakby nigdy nic. Ach! Tego się nie da opisać w kilku zdaniach!

Świetny pomysł został poparty równie świetnym wykonaniem. Historia pisana jest z punktu widzenia Nicka, jak i w formie pamiętnika Amy, dzięki czemu możemy nabrać szerszego pojęcia o wszystkim. Autorka doskonale wie, jakiego języka użyć, o czym powiedzieć nam teraz, a o czym później, żeby wzbudzić ciekawość i wywołać gęsią skórkę. Do tego kreacja postaci. Nie mogę wyjść z podziwu! Amy jest chyba najbardziej zagadkową postacią z jaką miałam do czynienia. Ta kobieta to taka bomba, nawet nie zdajemy sobie sprawy, co ma w środku. Teraz dopiero podziwiam Rosamund Pike, bo zagranie jej to z pewnością nie była bułka z masłem.

Zaginiona dziewczyna to książka, która ze strony na stronę odkrywa przed nami swoje tajemnice, a na koniec i tak mamy wrażenie, że nie wszystko zostało powiedziane. Że gra wciąż się toczy. Takie książki chciałabym czytać zawsze! Na pewno jeszcze wrócę do pióra autorki. A Wam gorąco polecam Zaginioną dziewczynę!

Gillian Flynn, Zaginiona dziewczyna/Gone Girl, str.648, Wydawnictwo Burda Książki, Warszawa, 2014

Read more ...

Sekretne życie pszczół - Sue Monk Kidd

10.4.15

I drift slowly
Out of time

And I say some things out of line
So I say nothing, I just hide

Tak śpiewa Morning Parade w utworze Born Alone. Tymi słowami i piękną melodią świetnie wprowadza nas w klimat Sekretnego życia pszczół i lata Karoliny Południowej z lat 60. XXw.



Lily nigdy nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Od bardzo dawna dręczyło ją poczucie winy, że przez nią zginęła jej matka. Na dodatek po tym feralnym wydarzeniu przyszło jej żyć z apodyktycznym ojcem, który nigdy ani przez moment nie okazał córce miłości. Pewnego dnia dziewczynka postanawia wyrwać się z okrutnego położenia. Razem ze swoją nianią, korzystając ze wskazówki zostawionej przez matkę, ucieka do małego miasteczka - Tiburon w Karolinie Północnej. Tam pozna, co znaczy rodzinne ciepło, spotka miłość i zakocha się w zawodzie pszczelarki.

Jakiś czas temu zachwycałam się Czarnymi skrzydłami tej autorki - książcą o niewolnictwie, uprzedzeniach i walce o siebie. Nie powinna zatem nikogo dziwić moja wielka ochota, aby zapoznać z kolejnym dziełem pisarki wydawanym w Polsce. Sekretne życie pszczół, choć w podobnym klimacie i z podobnymi odniesieniami, jest książką zdecydowanie inną. Sama tematyka nie skupia się tu na problemach segregacji rasowej, jak w Czarnych skrzydłach. I tu ten temat ma duży wydźwięk i odgrywa swoją rolę, jednak pierwsze skrzypce przekazane są innym sprawom. Autorka pisze w tej powieści o próbach odnalezienia własnego miejsca na ziemi. Pokazuje, jaki wpływ na człowieka mają wyrzuty sumienia, podkreśla rolę rodziny i opowiada o dojrzewaniu. Taka mieszanka tworzy naprawdę wciągającą powieść.

Nie można też nic zarzucić zdolnościom pisarskim autorki. Kocham jej pióro i sposób, w jaki przenosi nas do innego świata. Tym razem była to Karolina Południowa z lat 60. XX w. Miasteczko Tiburon żyło nie tylko na kartach powieści, ale i w mojej głowie, gdy o nim czytałam. Czułam zapach pasieki i wszechobecny miód. Widziałam różowy dom, gdzie mieszkały bohaterki. Wszystko kreowało się w mojej wyobraźni bardzo łatwo i w najdokładniejszych szczegółach. Z czytaniem samej historii jest podobnie, jak było z Czarnymi skrzydłami. Nie można z nią gonić i pochłonąć w kilka godzin. Takimi powieściami się po prostu delektuje i przeżywa każde wydarzenie w spokoju. Bardzo podobało mi się też zamieszczenie na początku każdego rozdziału cytatu z książek o pszczelastwie, które odzwierciedlały samą akcję, Przy okazji miałam okazję dowiedzieć się czegoś o tej dziedzinie.

Piękny w tej książce jest również fakt, że wypełniona jest nadzieją. Nadzieją na lepszą przyszłość, na to, że wszystko może się kiedyś ułożyć. Pokazuje, że choć teraz jest źle, że choć dręczą nas nasze własne demony, to nic nie jest jeszcze przesądzone i każdy z nas może znaleźć swoje szczęście. I choć przez to książka staje się momentami lekko przewidywalna, a szczęśliwe zakończenie jest z góry przesądzone, to właśnie w takiej formie staje się najdoskonalsza i właśnie z takiego obrotu wydarzeń cieszymy się najbardziej. 

Gdybym miała się do czegoś przyczepić, byłaby to kult Czarnej Madonny w łańcuchach. Zgadzam się z twierdzeniem, które pojawiło się w powieści, że każdy potrzebuje takiego Boga, z którym może się utożsamiać, jednak przeszkadzały mi formy kultu, sprawowane przez bohaterki - smarowanie figury miodem czy własne obrządki. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że momentami przypominało to sektę, którym, jako osoba wierząca, mówię stanowcze nie!

Mimo to Sekretne życie pszczół to kolejna książka autorki, którą pokochałam całym sercem. I chcę przeczytać zdecydowanie więcej jej powieści! Ważne tematy, świetne wykonanie i historia, która zostawia ślad w pamięci. O takich książkach trzeba mówić i trzeba je czytać!

Moja ocena: 8/10

Sue Monk Kidd, Sekretne życie pszczół/The Secret Life of Bees, str. 347, Kraków, 2015

Za możliwość przeczytania Sekretnego życia pszczół serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu!




Read more ...

Losing Hope - Colleen Hoover

22.2.15

Po genialnym Hopeless nie mogłam otrząsnąć się z emocji. Autorka rozbiła moje serce na drobne kawałeczki i potem pozostawiła z koniecznością pozbierania ich znowu do kupy. Nie było łatwo. Kiedy jednak dowiedziałam się, że na polskim rynku zostanie wydana kontynuacja powieści, wiedziałam, że będę ją musiała jak najszybciej przeczytać. Losing Hope to w zasadzie nie kontynuacja, ale ta sama historia opowiedziana z punktu widzenia Holdera. Pokazuje nowe spojrzenie na całość i przybliża niektóre fakty. 

Z reguły nie lubię za nadto wgłębiać się w opisy książek. Czytam oczywiście opisy nowo wydawanych pozycji, ale jeżeli chodzi o kolejne części, to unikam tego, jak ognia. Nie chcę bowiem zaserwować sobie jakiegoś soczystego spojleru i potem przez to cierpieć. Nie wgłębiałam się też zanadto w tematykę Losing Hope. Wiedziałam, że będzie to kontynuacja z punktu widzenia Holdera. Nic ponadto. Dlatego, gdy przyszło co do czego, zirytowałam się nieco na sposób reklamowania tej powieści, bo kontynuacji tu w sumie żadnej nie ma. Jest to świetne uzupełnienie serii, ale nie kontynuacja. 

Autorka pokazuje nam fakty z Hopeless, które przedstawione z punkty widzenia Holdera, nabierają nowego sensu. Po przeczytaniu książki widzę, jak niepełna byłaby ta historia, bez uzupełnienia jej przeżyciami naszego męskiego bohatera. Dopiero teraz, wszystko jest przedstawione w odpowiedni sposób, bez niedopowiedzeń i niewyjaśnionych kwestii. Obawiałam się trochę, że książka będzie mnie nudzić, bo już przecież znam tę historię. Tak się na szczęście nie stało. A co więcej, przeżywałam ją na nowo. I na nowo zakochiwałam się w każdym słowie, które autorka postanowiła przelać na papier. Na nowo czułam też ból, który towarzyszył bohaterom. Trudne tematy nie mogły tu zostać pominięte. Colleen Hoover przedstawiła wiele tragedii i pociągnęła tym za najczulsze struny czytelników. Bardzo podobały mi się też listy Holdera do siostry. Przybliżały one więź, która ich łączyła i podkreślały ból po stracie. Naprawdę bardzo trafiony zabieg. Jeżeli chodzi o bohaterów, to ze względu na narrację, postać Holdera zostaje nam przybliżona znacznie bardziej, niż w Hopeless. Nie da się nie docenić jego wrażliwości i nie cierpieć razem z nim. Jeżeli chodzi o jego związek ze Sky, to podobnie jak poprzednio jest pełen fajerwerków. Muszę napisać jednak, że ta słodycz i uwielbienie, którą Holder prezentował, momentami zaczęła mnie irytować. Niestety.

Losing Hope to doskonałe dopełnienie Hopeless. Obie pozycje po prostu nie istnieją bez siebie. Nie muszę więc chyba pisać, że każdy kto czytał Hopeless, powinien czym prędzej sięgnąć i po Losing Hope. A tym, którym historia jest nieznana powiem po prostu: przeczytajcie ją! Przeczytajcie, aby zmiażdżyła Wam serce, bo dla takich opowieści warto je znów składać w całość!

Moja ocena: 8/10

Colleen Hoover, Losing Hope, str. 355, Otwarte, Kraków, 2015
Read more ...

Czarne skrzydła - Sue Monk Kidd

17.2.15

Musisz zrozumieć, którym końcem igły chcesz być. Tym przywiązanym do nici czy tym, który przebija tkaninę.

Niewolnictwo to temat, który boli. Boli przyznanie się do faktu, że jeszcze w XIX wieku, a nie w starożytności, było zjawiskiem powszechnym w Stanach Zjednoczonych. Równie bardzo boli czytanie o takiej sytuacji i pogodzenie się z zaściankowym sposobem myślenia ówczesnych ludzi. Tym bardziej należą się hołdy dla autorki, że postanowiła poruszyć ten temat.

Sara Grimke pochodzi z bogatej rodziny w Karolinie Południowej. Na jedenaste urodziny dostaje swoją własną niewolnicę. Nie chce jednak takiego prezentu. Nie godzi się z możliwością posiadania drugiego człowieka. Dziewczynka ma niecodzienne marzenia - chce zostać prawnikiem, podobnie jak ojciec i bracia. Kiedy dowiaduje się, że jako kobieta, nie będzie mogła go zrealizować, jej świat rozpada się. Te wydarzenia będą miały wielki wpływ na jej późniejsze życie. Przyjaźń z niewolnicą Szelmą i niecodziennie bliska wieź z siostrą Niną pokierują losem Sary w sposób, którego nikt by się nie spodziewał.

Autorka w swej powieści poruszyła kilka bardzo ważnych tematów. Nie tylko niewolnictwo i segregacja rasowa mają tu coś do powiedzenia, choć to one odgrywają pierwsze skrzypce. Autorka włożyła wiele pracy, aby zobrazować tę sytuację jak najrealniej. Pokazała różne jej aspekty i różne poglądy, które się kształtowały. Widać, że nie chciała poruszać jedynie losu głównych bohaterkek, ale i dotknąć problemu znacznie szerzej. Pani Kidd poświęciła też czas sytuacji kobiet w tamtym czasie i ich próbom dążenia do równouprawnia. W jej powieści znajdziemy także problemy dojrzewania, zawiedzione dziecięce marzenia, jak i chęć walki o siebie i zachowanie swojej osobowości. 

Narracja powieści prowadzona jest przez dwie osoby - Sarę i Szelmę. Dzięki temu mamy możliwość poznawania historii zarówno z punktu widzenia osoby, która walczy, jak i tej, o którą się walczy. Wolnej i uciśnionej. Sprawiało to, że historia stawała się o wiele ciekawsza. Mieliśmy też okazję obserwować wiele różnych wątków, których jedna narratorka wprowadzić by nie mogła. Autorka zdecydowanie wie, jak stworzyć pasjonującą powieść. Nie czytałam jej jednak z zapartym tchem. Ale wyjaśnijmy coś sobie. To nie jest książka, którą powinno się tak czytać. To książka, którą się delektuje. Podziwia historię, zastanawia nad nią i coś z niej wyciąga. Autorka opisuje życie dwóch kobiet, które czasem pędzi galopem, czasem wolno kroczy. Ani na chwilę jednak nie nudzi. Dodatkowy zachwyt nad książką pojawił się u mnie kiedy przeczytałam dodatek od autorki na końcu powieści. Dowiedziałam się, że Sara i jej siostra Nina były postaciami autentycznymi. Ich dom istniał naprawdę i wiele faktów z życia naprawdę się wydarzyło. To sprawiło, że podziwiam je nie jak wymyślone postaci, ale prawdziwych ludzi, z których powinno się brać przykład.

Czarne skrzydła to książka, o której zdecydowanie powinno być o wiele głośniej. Pokazuje piękną, nieraz niezwykle okrutną historię. Porusza ważne tematy, a co więcej, zostawia ślad w pamięci. Więcej takich powieści poproszę!

Może i ciałem jestem niewolnicą, ale nie umysłem. Z tobą jest na odwrót.

Moja ocena: 8/10

Sue Monk Kidd, Czarne skrzydła/The Invention of Wings, str. 472, Wyd. Literackie, Kraków, 2014

Za możliwość przeczytania Czarnych skrzydeł serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu!




Read more ...

Drzewo migdałowe - Michelle Cohen Corasanti

22.7.14

Chwytliwa okładka, ciekawy opis i przyciągająca siła - to powody, dzięki którym zwróciłam uwagę na Drzewo migdałowe. Czasem tak się dzieję, że jesteśmy niemal pewni, że dana opowieść będzie niezwykła. Tak było właśnie ze mną i debiutem Michelle Cohen Corasanti.

Ahmadowi przyszło żyć w czasach wojny. Wszystko zaczyna się sypać, kiedy jego siostra umiera. Potem, w dwunaste urodziny chłopca, jego ojciec trafia do więzienia z jego winy. Wkrótce ich dom zostanie zniszczony, a rodzina będzie musiała zamieszkać w namiocie. Od tej pory każdy dzień Ahmada wypełniony będzie strachem o bliskich i naglącą potrzebą zapewnienia im przetrwania. Ponadprzeciętna inteligencja jednak da mu szansę na lepsze życie.

Rzeczą niezwykle ważną w tej książce jest przedstawiony konflikt izraelsko-palestyński. Autorka ukazuje życie mieszkańców i w pewnym sensie otwiera oczy tych, którzy ignorowali tamtejszą sytuację. Żyjemy sobie bezpiecznie i bardzo często nawet się nie zastanawiamy, jak to wygląda w rzeczywistości. Michelle Cohen Corasanti nie unika trudnych tematów. Nie stroni też od polityki. W książce pełno jest grozy i cierpienia, które nie raz sprawiają, że łzy stają w oczach. Drzewo migdałowe to piękna opowieść, lecz wcale nie lekka. Mamy tu przekaz, który skłania do myślenia. Widzimy bardzo wyraźnie, jak ważne jest, by każdy dzień miał znaczenie, by cieszyć się z tych prostych, małych rzeczy i uświadamiamy sobie wpływ jednej decyzji na naszą przyszłość. Można też przyznać, że jest to opowieść o przebaczeniu, więzach rodzinnych, przyjaźni i prawdach, które możemy odnaleźć w życiu każdego z nas.

Nie myślcie sobie, że w książce jest tylko wiedza i morał. Autorka posiada naprawdę dobry warsztat, dzięki któremu bardzo umiejętnie wplotła w przesłanie opowieść o pewnym chłopcu. Czytając Drzewo migdałowe nie miałam wrażenia, że czytam książkę polityczną, a autorka zbyt moralizuje. Otrzymałam piękną i mądrą historię, gdzie życie głównego bohatera zmuszało do refleksji i podziwu. Nie powiem, że zawsze się ją lekko czytało, ale za to w opowieść można się niewyobrażalnie wciągnąć. Wędrujemy strona za stroną przez życie Ahmada i choć mogłoby się wydawać, że nie może się zdarzyć więcej nic interesującego, to jesteśmy ciekawi każdego kolejnego dnia, miesiąca i roku. Trzeba też wspomnieć o samym tytule, który stanowi jakoby hołd dla niezwykle ważnego dla rodziny Ahmada drzewa.

W książce ukazaną mamy również bardzo bogatą kreację bohaterów. Główna postać - Ahmad - to mądry, skłonny do poświęceń chłopak. Jego zachowanie często może budzić podziw, a dążenie do celu stanowi w pewnym sensie natchnienie dla nas. Na uwagę zasługuje profesor Szaron czy Baba - ojciec chłopaka. Ten drugi dostarczał wielu mądrości i mimo problemów, z którymi się musiał zmierzyć, wnosił pozytywną energię do tej opowieści. Mamy także Abbasa - brata Ahmada, będącego symbolem nienawiści i stanowiącego kontrast dla głównego bohatera. Przy postaciach muszę wspomnieć o jednej rzeczy, która mnie irytowała. Chodzi mi o fakt, że prawie każdy odniósł życiowy sukces. Mimo trudnych warunków i konieczności podjęcia ciężkiej pracy, aby utrzymać rodzinę, nie tylko mądry Ahmad zdobył profesorskie wykształcenie, ale też jego rodzeństwo, a później wnuki. Nawet żona, która początkowo nie potrafiła sama zrobić zakupów, stała się kobietą biznesu. Może się czepiam i jestem tak okrutna, że nie pozwalam bohaterom na to szczęśliwe zakończenie, mimo trudów, które przeżyli, no ale...

Drzewo migdałowe to opowieść, której naprawdę warto poświęcić czas. Pokazuje ona izraelsko-palestyński konflikt i ważne w naszym życiu wartości. Choć wypełniona cierpieniem, daje też nadzieję na lepsze jutro. Autorka wykorzystała swoje umiejętności, aby stworzyć piękną historię, która z pewnością pozostanie ze mną na długo. Polecam gorąco!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania Drzewa migdałowego dziękuję Wydawnictwu SQN!

Michelle Cohen Corasanti, Drzewo migdałowe/The Almond Tree, str. 386, SQN, 2014
Read more ...

Anioły i demony - Dan Brown

20.7.14

Moje pierwsze spotkanie z Aniołami i demonami miało miejsce kilka lat temu, kiedy to na jednym z kanałów była emitowana ekranizacja. Zauroczona od pierwszej chwili postanowiłam kiedyś sięgnąć po książkę. Trochę czasu musiało minąć, nim to uczyniłam, ale w końcu lepiej późno niż wcale. W tym wypadku to stwierdzenie jest o tyle dobre, bo gdybym jednak nie przeczytała książki, popełniłabym tragiczny błąd.

Główny bohater tej historii to Robert Langdon - profesor Harvardu, znawca symboliki religijnej. Zostaje on wezwany do centrum badań jądrowych CERN, gdzie zamordowano jednego z fizyków. Na jego klatce piersiowej wypalono tajemniczy symbol, który profesor identyfikuje jako znak należący do nieistniejącego już bractwa iluminatów. Ta powstała z martwych organizacja postanowiła wykraść antymaterię z CERN-u i z jej pomocą zniszczyć Watykan. Chcąc zdobyć należyty rozgłos, na zlecenie bractwa porwani zostają czterej kardynałowie, którzy powinni w tym czasie wybierać nowego papieża. Aby było ciekawiej zabójca morduje co godzinę jednego z ich na Ołtarzu Nauki - miejscu na Ścieżce Oświecenia, które prowadzi do tajemniczej kryjówki iluminatów. Czy Robertowi i towarzyszącej mu Vittorii uda się ocalić Watykan? 

Nie da się ukryć, że książka napisana jest naprawdę genialnie. Chociażby sama akcja, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Pełno tu momentów zaskoczenia i walki z czasem. Autor dostarczył wielu, bardzo często sprzecznych emocji, a to wszystko przez całe może zagadek i tajemnic, które domagają się rozwiązania. Przyznaję, że nie pamiętam już wielu rzeczy z filmu i dzięki temu mogłam odkrywać tę historię ponownie z autorem. Wielokrotnie udało mu się wyprowadzić mnie w pole i sprawić, że zmieniałam obiekty moich podejrzeń. Trzeba podkreślić naukową stroną tej książki. Dostajemy tu wiele informacji o bractwie iluminatów czy sztuce Rzymu. Podoba mi się ten fakt nie tylko dlatego, że mogłam dowiedzieć się nowych rzeczy, ale też, ponieważ dzięki temu czytana historia była o wiele bardziej prawdziwa i trzymająca w napięciu. Wymienione w książce miejsca nie są zwykłymi miejscami akcji. To jakoby kolejni bohaterowie, którzy żyją własnym życiem i właśnie świadomość, że możemy je znaleźć w Watykanie, czyni tę historię tak wyjątkową.

Na przyjemność z czytania wpływa sposób stworzenia książki. Mamy tu krótkie rozdziały, zmieniającą się narrację i piękny styl Dana Browna. Autor wie, jak zaciekawić czytelnika i porwać jego uwagę na kilka godzin. W Aniołach i demonach użył bogatego słownictwa i pisarskich umiejętności, aby przyczynić się do kunsztu całości. Zmiana narracji umożliwia nam spojrzenie na opowiadaną historię z kilku różnych punktów widzenia, krótkie rozdziały przyspieszają czytanie, a pojawiające się symbole iluminatów jeszcze bardziej wpływają na realizm opowieści. Nie można też niczego zarzucić bohaterom. Skonstruowani z najwyższą starannością i rozwagą genialnie komponują się z resztą książki. Robert Langdon szokuje swoją wiedzą, Vittoria stanowi świetną żeńską towarzyszkę, a kamerling zaskakuje. Czego chcieć więcej?

Strasznie się cieszę, że w końcu mogłam przeczytać Anioły i demony. Z powodu braku czasu nie byłam w stanie połknąć tej książki tak szybko, jakbym chciała, co strasznie mnie irytowało. Nie zmienia to faktu, że Dan Brown zachwycił mnie swoją twórczością. Muszę szybko zaopatrzyć się w inne jego książki i sprawdzić, czy i one przypadną mi do gustu. Jeżeli szukacie opowieści, która Was zaskoczy, będzie trzymać w napięciu, a do tego będzie napisana z polotem i sensem, możecie uznać poszukiwania za zakończone. Anioły i demony to pozycja dla Was!

Moja ocena: 8/10

Dan Brown, Anioły i demony/Angels and demons, str.560, Sonia Draga, 2013
Read more ...

Po drugie dla kasy - Janet Evanovich

14.7.14

Wiecie pewnie, jak bardzo lubię serię o Stephanie Plum. Nie jestem w tym uwielbieniu odosobniona, bo Śliweczka zyskała sobie całe morze fanów. Po ostatnim przeskoku od pierwszej do jedenastej części wspomniałam, że chcę nadrobić zaległe tomy. Przed Wami jeden z nich.

W kolejnej odsłonie Stephanie poluje na niejakiego Kenny'ego Mancusa, który postrzelił swojego przyjaciela. Nie tylko ona chce go odnaleźć. Jest jeszcze Morelli, który zamierza wyciągnąć ze Stephanie wszystkie informacje. I to wszelkimi dostępnymi sposobami. Śledztwo coraz bardziej się gmatwa, a sprawy nie ułatwia fakt, że kobiecie podsyłane są odcięte części ciała. Do tego lokalny przedsiębiorca pogrzebowy prosi ją o odnalezienie dwudziestu czterech zagubionych trumien. Jaki będzie skutek tego wszystkiego?

Jakże ja lubię perypetie ukazywane przez Janet Evanovich. Nie da się ukryć, że ta seria należy do tych lekkich, przy których można się odprężyć i zapomnieć o rzeczywistości, ale sposób jej stworzenia jest dla mnie mistrzowski. W tym tomie mamy zdecydowanie więcej wątku kryminalnego. Zawiązuje się on powoli i stopniowo nabiera rozpędu. Czytelnik razem z bohaterką może odkrywać kolejne sekrety i sam dochodzić do rozwiązania. Nie jest ono wielce skomplikowane, ale też nie rozczarowuje banalnością. Akcja serii rozgrywa się w Grajdole, który wydaje się miejscem dla niej idealnym. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, każdy ma własną broń, a do tego pełno tam zdarzeń, które wzbogacają nam nasze historie. Jak tu nie polubić Grajdoła? Seria o Śliweczce nie byłaby taka sama bez humoru. I w Po drugie dla kasy go nie zabrakło. Choć może wybuchałam śmiechem trochę rzadziej, niż poprzednio, to i tak uważam, że autorka nie zawiodła pod tym względem. 

Kocham bohaterów wykreowanych przez panią Evanovich. Uwielbiam Stephanie z jej skłonnością do wpadania w tarapaty i intuicją, jak się z nich wydostać. To jedna z tych bohaterek, które bawią samym swym istnieniem, jednak nie w sposób, który wzbudza politowanie, a jedynie rozbawienie. Mamy też przystojnego policjanta, którego w tym tomie jest naprawdę sporo. Przez niego umyka gdzieś na drugi plan Komandos. Przyznaję, że mi go brakowało i mam nadzieję, że w trzeciej części autorka nie odsunęła go tak, jak tutaj. Trzeba też wspomnieć o mamie Stephanie, która na siłę próbuje ją zeswatać. Pewnie będąc na miejscu naszej bohaterki, taka sytuacja strasznie by mnie irytowała, ale tutaj sprawiła, że polubiłam panią Plum. Nie wolno też zapomnieć o babci Mazurowej. Ubóstwiam tę kobietę! Z każdej opresji potrafi wyjść z twarzą, dostarczając przy tym solidnej dawki humoru.

Myślę, że o kolejnej części tej serii nie trzeba się wiele rozpisywać, aby pokazać, co nas w niej czeka. Po drugie dla kasy nie odbiega poziomem od tomu pierwszego. Dalej bawi, wciąga dzięki wątkowi kryminalnemu, pozwala na odprężenie, a co więcej, ma to "coś", czego tak zawzięcie szukamy w literaturze. Jeżeli jeszcze nie czytaliście przygód Stephanie Plum, wierzcie mi, że nie będziecie zawiedzeni, a jest to niemal pewne, że polubicie je tak, jak ja.

Moja ocena: 8/10

Janet Evanovich. Po drugie dla kasy/Two for the Dough, str. 415, Fabryka słów, 2012
Read more ...

Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón

6.7.14

O książce Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafóna słyszał niemal każdy. Powieść przez wielu uważana jest za arcydzieło i za coś, co trzeba znać. Dlatego właśnie, już prawie dwa lata temu, postanowiłam ją niezwłocznie przeczytać. Kupiłam ją i odstawiłam na półkę, na której stała sobie cierpliwie aż do niedawna.

Autor zabiera nas tu w podróż do malowniczej Barcelony z połowy XX-ego wieku. Dziesięcioletni Daniel Sempere pewnej nocy zostaje zaprowadzony przez ojca do tajemniczego miejsca, znanego jako Cmentarz Zapomnianych Książek, o którym wiedzą tylko przez nieliczni. To właśnie tam zgromadzone są wszystkie porzucone książki. Zgodnie ze zwyczajem chłopiec musi wybrać jedną powieść, aby ocalić ją od zapomnienia. Wybór pada na Cień wiatru Juliana Caraxa. Chłopiec jest pod olbrzymim wrażeniem dzieła. Z tego powodu stara się odnaleźć inne książki autora i dowiedzieć więcej o nim samym. Poszukiwania te przeobrażą się w wielką przygodę, w której Daniel weźmie udział.

Nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa, co też w tej książce jest takiego niezwykłego. Odkryłam, że na jej olbrzymi sukces składa się przede wszystkim fabuła. Autor stworzył powieść wielopoziomową, gdzie mnogość wątków zachwyca. Każda czynność jest na miejscu i każdą z nich śledzimy z najwyższą uwagą. To swego rodzaju książka w książce. Poszukiwania Daniela przyjmują różną postać. Chłopak nieraz musi się mierzyć z grozą sytuacji i niebezpieczeństwem, o czym czyta się z wypiekami na twarzy. Autor przygotował dla czytelników zagadkę, którą pragnie się odkryć wraz z bohaterami. Akcja płynie tu bardzo powoli i choć w innych przypadkach mogłoby to być minusem, tutaj wypada jak najbardziej korzystnie. Muszę przyznać, że mnie trochę to utrudniało czytanie. Musiałam robić sobie przerwy w poznawaniu tego dzieła, bo czułam, że na ten moment to już za wiele. To nie to, że książka mnie irytowała czy nudziła. Wciąż byłam pod wrażeniem, ale jednak coś uniemożliwiało mi połknięcie jej od razu za jednym zamachem.

Rzeczą, którą uwielbiam w powieści Zafóna, jest klimat, który autor wykreował. W jego dziele Barcelona to tak malownicze miejsce, że niemal wydaje się nierealne. Cmentarz Zapomnianych Książek z pewnością byłby rajem dla każdego czytelnika i aż serce się kraje, że istnieje tylko na stronach książki. Autor postarał się też o element grozy i romans. Całość wzbogacona jest urokliwymi fotografiami Fransesca Catala-Roca. Wszystko to w połączeniu z fabułą i wolną akcją tworzy coś niespotykanego nigdzie indziej. Nie da się tego opisać we właściwy sposób. Ten klimat trzeba poczuć na własnej skórze czytając tę historię, bo w innym wypadku będzie to wrażenie niepełne.

Nie brak tu też bohaterów, którzy zachwycają swą prawdziwością. Nie są pozbawieni wad, popełniają błędy, ale mają też cechy, które możemy podziwiać. Rozpoczynając od Daniela, który momentami strasznie irytował, poprzez genialnego Fermina, czarny charakter w osobie Fumero, aż do naszego tajemniczego Juliana Caraxa. Jednym słowem galeria osobowości, które zachwycają na każdej stronie. Wykreowanie ich nie byłoby możliwe bez bogatego języka pana Zafóna. Jestem pod olbrzymim wrażeniem jego zdolności. Jeżeli jeszcze nie czytaliście Cienia wiatru, wierzcie mi, jest on naprawdę świetnie napisany.

Książka Carlosa Ruiza Zafóna to pozycja na naprawdę wysokim poziomie. Zachwyca w wielu momentach, pozwala na przyjemność płynącą z lektury i przeniesienie się na chwilę do Barcelony z przeszłości. Z czystym sumieniem stwierdzam, że jej popularność jest jak najbardziej uzasadniona. Kiedyś z wielką chęcią sięgnę po inne książki tego autora, a Was, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, namawiam do zapoznania się z Cieniem wiatru! 

Moja ocena: 8/10

Carlos Ruiz Zafón, Cień wiatru/La Sombra del Viento, str. 512, Muza, 2005
Read more ...

Saga księżycowa. Scarlet - Marissa Meyer

2.5.14


Autor: Marissa Meyer
Tytuł: Saga księżycowa. Scarlet
Tytuł oryginału: Scarlet
Tom: 2
Liczba stron: 494
Wydawnictwo: Egmont






Po wielkim sukcesie opowieści o Kopciuszku, Marissa Meyer postawiła tym razem na historię Czerwonego Kapturka. Jeżeli jednak myślicie, że w tej części spotkacie się z dobrze znaną, grzeczną dziewczynką z koszyczkiem, która zgodnie z poleceniem mknie do domu chorej babci, to czeka Was zaskoczenie. Tak jak w tomie pierwszym, tak też tutaj, autorka wychodzi poza utarte schematy i przedstawia nam zupełnie nową, równie zaskakującą wersję znanej historii.

W drugiej części Sagi księżycowej obok Cinder, pojawia się druga główna bohaterka - Scarlet. Dziewczynie cyborg zgodnie z planem udaje się uciec z więzienia. W drodze dołącza do niej skazany kadet sił powietrznych - Carswell Thorne. Razem wyruszają ku Francji, gdzie planują znaleźć kobietę, która w przeszłości mogła mieć związek z ucieczką Cinder z Luny. Tymczasem nasz Czerwony Kapturek - Scarlet Benoit - wiodący do tej pory spokojne życie na farmie, za wszelką cenę pragnie odnaleźć zagubioną babcię. Na jej drodze staje Wilk, zdający się znać miejsce pobytu poszukiwanej. Tych dwoje połączy wiele, ale też wiele będzie dzielić. Dodając do tego problem królowej Levany powstanie mieszanka, z którą tylko Marissa Meyer mogła sobie poradzić.

Jak mogliście już czytać w mojej recenzji Cinder, Saga księżycowa zawładnęła moim sercem. Zarówno stworzony przez autorkę świat, bohaterowie, jak i sama akcja zapisały się głęboko w mojej pamięci, dlatego więc niecierpliwie czekałam na okazję, by móc w końcu zapoznać się z drugą częścią. Kiedy już rozpoczęłam czytanie, zdałam sobie sprawia, że będzie to zupełnie inna przygoda. Nie tylko z oczywistego powodu skupienia się na losach innej bohaterki. Przesądziło o tym kilka innych czynników. Jednym z nich jest świat przedstawiony. W Scarlet odchodzimy od zdziesiątkowanego przez zarazę Nowego Pekinu, by udać się do Francji. Nie zostajemy tam jednak w jednym miejscu. Całość bowiem to jedna wielka podróż, zarówno Cinder, jak i Scarlet. Autorka z pewnością tak zaplanowała akcję książki, aby nawiązać do wędrówki Czerwonego Kapturka, jednak nie zmienia to faktu, że właśnie chyba przez to podróżowanie uleciał gdzieś klimat pierwszej części.

Muszę przyznać, że brakowało mi Cinder. Autorka poświęciła jej kilka rozdziałów, ale jak dla mnie było to zdecydowanie za mało. To nie tak, że nie polubiłam Scarlet. Zarówno ona, jak i Wilk zostali wykreowani naprawdę w doskonały sposób. Byli dokładnie tacy, jacy być powinni - zachowujący cechy baśniowych pierwowzorów, ale też odznaczający się indywidualizmem. Naprawdę ich polubiłam, ale jednak to nie to samo, co Cinder i Kai. To tamtą dwójkę pokochałam, to im kibicowałam. Dlatego właśnie te kilka rozdziałów z ich udziałem wydawało mi się tak szczątkową ilością.

Muszę docenić autorkę za precyzyjnie zaplanowaną akcję. Lubię to wrażenie przy końcu lektury, kiedy zdaję sobie sprawę, że twórca doskonale wiedział, co pisze i miał całość już z góry zobrazowaną w głowie. Marissa Meyer zalicza się do tych twórców, a fakt przemyślenia całości świetnie widać w drugiej części jej sagi. Autorka bardzo zgrabnie pokierowała akcją, tak aby doprowadzić do spotkania naszych dwóch bohaterek. Jeżeli chodzi o samo nawiązanie do Czerwonego Kapturka, to tak jak i w przypadku Cinder, pani Meyer świetnie sobie poradziła. Zaczerpnęła w wielu momentach ze znanej opowieści, ale też dodała własne szczegóły, a całość umieściła w antyutopijnym klimacie. Takie połączenie naprawdę bardzo przypada mi do gustu. Samą baśń o Czerwonym Kapturku nie darzę taką sympatią, jak tę o Kopciuszku, może więc dlatego nie pokochałam Scarlet, tak jak Cinder. To była naprawdę świetna książka, ale moje serce będzie należeć do jej poprzedniczki.

Przed przeczytaniem Scarlet miałam małe obawy, bo każdy z nas wie, jak to z kontynuacjami bywa. Choć druga część Sagi księżycowej umiliła mi czas i pozwoliła na powrót do znanego świata, to jednak zabrakło mi klimatu, Nowego Pekinu i głównej bohaterki z części pierwszej. Mimo wszystko, nie mogłabym bardziej złorzeczyć na Scarlet. Głęboko wierzę, że w tomie trzecim powróci magia Cinder. Wam gorąco polecam całość! Tę serię naprawdę warto poznać!

Moja ocena: 8/10, 5/6


Książka zaliczana do wyzwania


Read more ...

Lśnienie - Stephen King

16.11.13



Autor: Stephen King
Tytuł: Lśnienie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 515
Moja ocena: 8/10, 5/6






Stephen King to chyba jeden z najbardziej popularnych pisarzy. Nazywa się go królem horrorów, prawie każda z jego książek została zekranizowana, a miliony ludzi zaczytuje się w jego dziełach, które mimo upływu czasu nie tracą na autentyczności. Wszystko to świadczy o tym, że jest to autor, obok którego nie można przejść obojętnie. Do niedawna z wielkim wstydem przyznawałam, że nie znam żadnej z jego książek. Każda próba podejścia do jego twórczości kończyła się fiaskiem, aż w końcu, kiedy tylko w moje ręce wpadło ,,Lśnienie", wiedziałam, że tę książka jednak przeczytam.

Poznajemy tu Jacka Torrance'a. Mężczyzna przez problemy z alkoholem doświadczył wielu problemów. W końcu, w związku z pewnym wydarzeniem postanowił wyjść z nałogu, choć mimo to i tak stracił posadę nauczyciela. Dostał jednak propozycję nowej pracy, jako dozorca hotelu Panorama. Hotel ten położony wysoko w górach, zamykany był dla gości na czas zimy. Zadaniem Jacka miało być przeprowadzenie się tam z rodziną na ten czas i pilnowanie, czy wszystko jest, jak być powinno. Jego syn jednak posiada pewien dar. Widzi i czuje rzeczy, których nie doświadczają inni. Jedną z nich było przeczucie, że w Panoramie czai się zło. Zło, które chce jego rodziny i którego nie da się tak łatwo wyeliminować. Jak można się spodziewać bohaterowie przeprowadzają się do hotelu. Na Jacka zaczynają polować duchy, a z każdym dniem mężczyzna coraz bardziej traci panowanie nad sobą.

Nigdy nie uwielbiałam horrorów. Nie obejrzałam ani nie przeczytałam ich wiele w swoim życiu, a te które poznałam, częściej uważałam za kiczowate, niż straszne. Może po prostu trafiałam na złe albo ten gatunek zwyczajnie nie jest dla mnie. Byłam jednak ciekawa, czy King będzie potrafił mnie wystraszyć. Gdy w końcu zaczęłam czytać ,,Lśnienie" zdałam sobie sprawę, że tu nie będzie kiczu. Może i wątek nawiedzonego hotelu/domu jest dość powszechny, ale trzeba pamiętać, że książka nie została wydana tydzień temu, więc nie możemy tego zarzucać autorowi. King nie skupia się tutaj tylko na nawiedzonym hotelu. Co to, to nie. W ,,Lśnieniu" można zgłębić nieco problem alkoholizmu, trudów dzieciństwa czy rodzin patologicznych. Jeszcze do tego wątek parapsychologiczny, który naprawdę ciekawił.

Całość została poprowadzona w sposób, który sprawia, że książkę uważamy za niepowtarzalną i niezwykłą. Autor potrafi bawić się językiem. Wie, jak wzbudzić w czytelniku grozę i niepewność,  jak wywołać gęsią skórkę i podnieść poziom adrenaliny. Nie ma tu mowy o jakimś niedopracowaniu czy odwaleniu roboty, co przecież zdarza się bardzo często. Czytając ,,Lśnienie" nie nudzimy się ani przez chwilę. Opisy nie sprawiają, że chce się je omijać, a dygresje ciekawią równie bardzo, co sama akcja. Muszę przyznać, że mimo wszystko nie bałam się tak, jak oczekiwałam. Jestem bardzo strachliwą osobą, ale że tak powiem ,,sztuczne zjawiska" bardzo trudno wywołują we mnie lęk. Trudno, ale nie w ogóle. Czytając ,,Lśnienie" były chwile, kiedy naprawdę się bałam. Choćby przy końcowej części, kiedy żona Jacka - Wendy schodzi w nieznane. Takie momenty zdarzył się wcześniej i później jeszcze kilka razy, ale nie ukrywam, myślałam, że będę się bała wyjść spod kołdry albo przez kolejne dni, będę spała przy zapalonym świetle. Niestety tak nie się stało.

W ,,Lśnieniu" mamy naprawdę bardzo dobrze skonstruowanych bohaterów. Począwszy od Jacka, który staje się ofiarą hotelu, przez jego żonę Wendy - kobietę niezwykle silną, potrafiącą sprostać wielu życiowym przeciwnością. Tak naprawdę jednak najbardziej wybijał się tu ich syn Danny. Był to chłopiec naprawdę inteligentny, aż chyba za bardzo, jak na swój wiek. Od początku wiedział więcej, niż jego rodzice, a to, że sprostał tej wiedzy budzi dodatkowy podziw. Nie wiem dlaczego, ale Danny naprawdę dał się lubić. Uwielbiałam fragmenty z nim i kiedy Jack i Wendy od czasu do czasu mnie irytowali, on pozostał bez skazy. Polubiłam również pana Holloranna. Według mnie była to naprawdę bardzo ciekawa osobowość i trochę szkoda, że tak mało go tutaj było.

,,Lśnienie" to moja pierwsza książka Kinga, jednak jestem przekonana, że nie ostatnia. Całość jest wykonana niemal perfekcyjnie, wielowątkowość sprawia, że książka nie nudzi, a fabuła wywołuje w czytelniku wielkie emocje. Nie bałam się tak, jak tego oczekiwałam, ale mam nadzieję, że przy innych książkach Kinga będę. Tych, którzy jeszcze nie czytali ,,Lśnienia" gorąco do tego zachęcam!


Read more ...

Simon i dęby - Marianne Fredriksson

14.10.13


Autor: Marianne Fredriksson
Tytuł: Simon i dęby
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 396
Moja ocena: 9/10, 5+/6







Każdy z nas bardzo dobrze wie, że można spotkać różne książki. Niektóre z nich na pozór nic w sobie nie mają, a potem dopiero odkrywają przed nami swój geniusz. W innych pokłada się olbrzymie nadzieję, by się następnie zawieść lub zachwycić. Ja takie nadzieje pokładałam w ,,Simonie i dębach", a to za sprawą słynnego ,,Chłopca w pasiastej piżamie", bo właśnie do niego ,,Simon..." był porównywany.

Opowieść przedstawiona nam przez Marianne Fredriksson to historia niejakiego Simona Larssona. Chłopiec żyje wraz z rodzicami w Szwecji, w czasach wojennych. Choć jest to kraj neutralny, to jednak strach i bieda dotykają ludzi. Rodzice Simona - Karin i Eryk, adoptowali go, kiedy ten był mały. Wiedzą, że jest on najprawdopodobniej Żydem i obawy z tego powodu ich paraliżują. Simon poznaje w szkole pewnego żydowskiego chłopca - Izaaka. Pochodzenia nie staje jednak na drodze, do wielkiej przyjaźni, jaka się między nimi tworzy. Przeżyją oni wiele wzlotów i upadków, chwil trudnych i wymagających wzajemnego wsparcia, które otrzymają on siebie i swych rodzin.

Przyznaję, że ,,Chłopiec w pasiastej piżamie" jest mi znany jedynie z wersji filmowej i dlatego nie chcę tu zbytnio porównywać jego i ,,Simona i dębów". Nic jednak nie poradzę, że takie porównania same przychodzą na myśl. W tej pierwszej historii wrażliwość i końcowa tragedia przytłaczały odbiorcę i wyciskały łzy z oczu. W ,,Simonie..." nie znajdziemy już tego samego, ale sądzę, że nie powinniśmy też zbytnio szukać, bo dwóch takich opowieści nigdy nie znajdziemy. Nie myślcie jednak, że ,,Simon i dęby" to niewypał i kompletna porażka. Co to, to nie! Ta książka to niewątpliwie coś innego. Ma w sobie prawdziwość, która wylewa się z każdej strony i przejmuje do głębi. Całość dzieje się na tle wojennym, ale nie na tym głównie skupiła się autorka. Mamy tu oczywiście motyw żydostwa i ich ogromnej tragedii, jaką musieli przeżyć, jednak wojna to tylko tło. Ta książka to tak naprawdę powieść o dojrzewaniu i szukaniu siebie, tylko że oczywiście w czasach wojennych. Autorka przedstawia nam długą drogę, jaką człowiek musi przejść, aby w końcu doświadczyć spokoju. Pokazane są tu wszelkie życiowe rozterki, a także więzy, które łączą na pozór zupełnie obcych sobie ludzi.

Marianne Fredriksson poprowadziła to naprawdę mistrzowsko. Nic na dobrą sprawę nie nudziło. Powiedzieć, że książkę czytało się przyjemnie byłoby chyba nieodpowiednie do opisywanej historii, ale tak właśnie było. Momenty, które miały służyć zadumie, wywoływały ją. Te, które miały bawić, bawiły, a reszta stwarzała okazję do po prostu przyjemnej lektury. Wszystko na swoim miejscu, można by rzec. Jedyną tylko rzeczą, która mnie nie tyle irytowała, ile wydawała mi się niepotrzebna, były wątki metafizyczne. W innym wypadku może i by się sprawdziły, ale tu tylko zaśmiecały historię. Choć potem było naukowe wytłumaczenie, to i tak, jakoś mi ten motyw nie podszedł.

Bohaterowie również stoją na wysokim poziomie. Powierzchowność absolutnie nie wchodzi tu w grę. Nie tylko znamy dokładną historię każdego z nich, ale widzimy wiele warstw ich osobowości, które stopniowo możemy odkrywać. Na pierwszy plan wychodzi obserwacja. Patrzenie, na ich zachowanie, współodczuwanie problemów, szukanie przyczyn i skutków. Wszystko to wpływa na ich niesamowitą prawdziwość. Główny bohater Simon - to przykład postaci nie pozbawionej wad, ale takiej, którą lubimy pomimo nich. Chłopak nie jest wyidealizowany i to jak najbardziej punktuje. Na jego przykłądzie pokazana jest nienawiść, jaka często się rodzi w okresie dojrzewania, poszukiwanie siebie i problemy, które towarzyszą nam przez całe życie. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie również jego przybrana mama - Karin. Ta kobieta mogłaby przenosić góry.

,,Simon i dęby" to naprawdę piękna książka. Ma w sobie to ,,coś", czego często szukamy, a nie zawsze udaje nam się to znaleźć. To przede wszystkim opowieść o przyjaźni, która łączy ludzi, ale także o trudach, które na nas czekają. Prawda przepływa z niej na nas. Jeżeli się nad nią zastanawiacie, nie róbcie już tego! Gorąco ją Wam polecam!

Za możliwość przeczytania tej pięknej historii dziękuję portalowi Sztukater.pl!

Read more ...