Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowe weekendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowe weekendy. Pokaż wszystkie posty

Filmowe weekendy: American Hustle (2013)

26.4.14

10 nominacji do Oscarów, 3 Złote Globy i wielki rozgłos. Mowa oczywiście o American Hustle - filmie, w którym David O. Russell zabiera nas w podróż do Ameryki z lat 70-tych. Na pierwszy plan w nim wysuwają się kłamstwa i przekręty. Para kochanków: Irving (w tej roli Christian Bale) oraz Sydney (Amy Adams) zbijają fortunę, trudniąc się oszustwami finansowymi. Dobra passa kończy się, kiedy na ich drodze staje agent FBI Richie DiMaso (Bradley Cooper). Para zostaje zmuszona do wzięcia udziału w operacji antykorupcyjnej, która przez ambicje agenta zaczyna osiągać coraz większe rozmiary.

Długo można się zastanawiać, jakim gatunkiem filmowych jest tak właściwie American Hustle. Znajdziemy tu wątki kryminalne, dopatrzymy się romansu, jak i sensacji, która swoją drogą sprawia, że film nieco traci. Produkcja Davida O. Rusella to jednak przede wszystkim komedia. Ironia i dialogi naprawdę potrafią rozbawić. Bawi sama otoczka filmu. Lata 70-te kojarzą nam się głównie z czasami disco, charakterystycznymi strojami i ogólnym kiczem. Tutaj to wszystko dostaliśmy. I właśnie to w połączeniu z błyskotliwością bohaterów sprawia, że całość nabiera nowego wymiaru. Sama fabuła nie jest wielce rozbudowana. Główne miejsce zajmują pieniądze, klimat tamtego okresu i lekkie niezrównoważenie psychiczne bohaterów. Sama operacja antykorupcyjna nie wciąga tak, jak można by się tego spodziewać. Nie śledzimy tych poczynań z bijącym sercem i wyczekiwaniem na więcej. Obserwujemy coś zupełnie innego.

Bowiem sprawą, która zachwyca najbardziej, są doskonali aktorzy. Zacznijmy może od Christiana Bale, który na potrzeby roli przytył 18 kg. Mówcie, co chcecie, ale mnie naprawdę imponuje takie poświęcenie i podejście do pracy całą swoją osobą. Moim zdaniem świetnie przedstawił postać Irvinga, jego kryzys wieku średniego i rozdarcie między rodziną i kochanką. Miło było także zobaczyć Amy Adams w nieco bardziej poważniejszej produkcji. Do tej pory widziałam jedynie Oświadczyny po irlandzku i Zaczarowaną z jej udziałem, w których wypadła całkiem dobrze, ale w moim odczuciu bez większej rewelacji. Tutaj było zupełnie inaczej. Pokazała swój komediowy talent, którego dowodem może być Złoty Glob. Bradley Cooper także popisał się swym talentem. Świetnie wcielił się w rolę narwanego agenta, w której naprawdę zachwycał. Na deser została niesamowita Jennifer Lawrence. Widziałam ją już w Igrzyskach śmierci, ale prawdę mówiąc dopiero tutaj doceniłam jej umiejętności sceniczne. Ta dziewczyna jest naprawdę genialna! 

American Hustle nie jest do końca takim filmem, jakby się chciało. Czasem możemy doświadczyć lekkiej konsternacji spowodowanej samą akcją, a po kilkudziesięciu minutach oglądania zdamy sobie sprawa, że produkcja jest jakaś zimna. Mimo świetnych aktorów, kostiumów czy otoczki lat 70-tych i wiążącej się z nimi historii, całość zwyczajnie mało porusza. Zabrakło mi tego "czegoś", które sprawiłoby, że czekałabym na więcej. Bez tego American Hustle pozostaje jedynie świetnie stworzoną produkcją, którą wspomina się jako bardzo dobry film, ale jednak bez towarzyszących temu fajerwerków. Mimo wszystko, warto ją obejrzeć chociażby dlatego, aby poznać coś, co zdobyło aż tyle nominacji do prestiżowych nagród.


http://www.filmweb.pl/

Moja ocena: 8/10
Read more ...

Filmowe weekendy: Dwie Audrey

16.3.14
Dawno już nie pisałam dłuższej opinii o filmach. Nie żebym porzuciła ten temat na blogu, po prostu ciągły brak czasu robi swoje. Aby przełamać tę dziurę, przedstawiam Wam dzisiaj dwa filmy z dwiema fantastycznymi aktorkami o tym samym imieniu, które jednak dzieli pół wieku.

Sabrina (1954)


Audrey Hepburn wciela się tu w postać Sabriny - córki szofera. Całe życie podkochuje się w jednym z synów pracodawcy ojca, jednak ten nie zwraca na nią uwagi. Dziewczyna na dwa lata wyjeżdża do szkoły w Paryżu i wraca, jako odmieniona, pełna klasy młoda kobieta. Tym samym rozkochuje w sobie nie tylko swą młodzieńczą miłość - Davida, lecz także jego brata - Linusa.

Filmy lat 50-tych mają w sobie pewien czar. Szczycą widza swą subtelnością, klimatem i swego rodzaju magią. Sabrina jest jednym z takich filmów. Można jej co prawda zarzucić banalność i naiwność czy zbytnie umiłowanie świata materialnego, ale w takich produkcjach przecież właśnie o to chodzi. Reżyser Billy Wilder postawił na bajkowy klimat, co genialnie się sprawdziło. Mówiłam już nie raz, że Kopciuszek to jedna z moich ulubionych baśni, a przedstawienie go z Audrey Hepburn w roli głównej nie mogło nie przypaść mi do gustu. Audrey miała w sobie szyk i klasę, która była, jest i z pewnością będzie podziwiana. W tym filmie zaprezentowała nam to w pełnej krasie, a w połączeniu ze zdolnościami aktorskimi nie można już chcieć niczego więcej. Może jedynie tego, żeby męska część obsady nie pozwoliła się tak przyćmić. Takie komedie romantyczne jak Sabrina, ogląda się z największą przyjemnością, bez większej irytacji czy wrażenia, jakby już się gdzieś to widziało. Jak wspomniałam Sabrinie można zarzucić banalność, ale mnie ona nie raziła, a co więcej, pozwoliłam się jej uwieść.



______________________________________________________________________________

Amelia (2001)

Amelię prezentowałam Wam już przy okazji "Top 10 filmów na walentynki", ale stwierdziłam, że warto poświęcić jej trochę więcej miejsca. W rolę tytułowej Amelii wciela się Audrey Tautou. Dziewczyna w noc śmierci królowej Diany znajduje w swojej łazience pewne pudełko, które postanawia zwrócić właścicielowi. Ten jest niezwykle szczęśliwy z odzyskania zguby. Od tej pory dziewczyna postanawia uszczęśliwiać ludzi.

Kolejny film, którego reżyser postawił na bajkowy klimat. W Amelii dostrzegamy go głównie dzięki malowniczemu ukazaniu Paryża oraz właśnie Audrey Tautou, która genialnie wciela się w swoją rolę. Pokazuje ona złożoność Amelii i trudy, jakim dziewczyna musi sprostać. To pierwsza produkcja z nią, jaką obejrzałam, ale przyznaję, że chcę poznać więcej. Cały film jest przedstawiony w niezwykle subtelny sposób. Tutaj nie ważne są zwroty akcji czy momenty uniesień, a właśnie drobne gesty, które przecież znaczą tak wiele. Dla niektórych, właśnie przez takie ukazanie świata, film może okazać się nudny. Mogę Was jednak zapewnić, że warto odłożyć na chwilę życiowy pośpiech (nawet i w filmach) i pozwolić się uwieść magii Paryża, gdzie pewna dziewczyna postanawia uczynić świat odrobinę lepszym. W Amelii możemy podziwiać genialny scenariusz, a także muzykę, która zachwyca. Tego filmu naprawdę nie da się nie polecić. Niektórym, takie wszechobecne piękno może wydawać się zbyt przerysowane, ale mnie fakt ten urzekł i sprawił, że choć na chwilę uwierzyłam, że ten mały świat każdego z nas może być znacznie bardziej barwny. 


Read more ...

Filmowe weekendy: Z wyższej półki

19.1.14
Z pewnością każdy z Was przegląda rankingi. Na najwyższych miejscach widzimy różne pozycje i zastanawiamy się, dlaczego ich jeszcze nie obejrzeliśmy/przeczytaliśmy. Ja tak mam dość często, dlatego więc ostatnio postanowiłam nadrobić część tych haniebnych zaległości. Wynikły z tego dwa obejrzane filmy, które dzisiaj Wam prezentuję.

Forrest Gump


Forrest Gump nie jest mądrym chłopakiem. Jego iloraz inteligencji znajduję się poniżej średniej i chłopak w wielu rzeczach nie jest podobny do rówieśników. Wychowywany tylko przez matkę, zyskał od niej bardzo ważne lekcje, które teraz chętnie "rozdaje" innym. Jego życie to seria niespodziewanych i niezwykłych wypadków, na których tle możemy obserwować historię Stanów Zjednoczonych. Choć Forrest odniósł sukces i stał się ważną osobowością, wciąż czeka na tą jedyną, miłość swego dzieciństwa - Jenny.

W wypadku Forresta Gumpa występuje ten problem, że naprawdę ciężko jest się do czegoś przyczepić. Mamy tu bardzo dobrą obsadę (Tom Hanks, Robin Wright, Gary Sinise) i wprost powalającą rolę, jaką odegrał Hanks. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego zdolności, pracy i wysiłku, jakie włożył w postać Forresta. Dostajemy tu także wspomnianą już przeze mnie historię Stanów Zjednoczonych, możemy obserwować ważne osobistości i kulturę tamtych czasów. Ten film, to naprawdę świetny obraz USA i przyznać musi to każdy, kto go oglądał. Sama fabuła jest niezwykle wzruszająca i chwytająca za serce. Bohater przez swoje upośledzenie umysłowe (bo chyba tak możemy to nazwać) odkrywa przed nami wiele prawd kierujących światem, pokazuje, jacy naprawdę są ludzie i to, co w życiu ważne. Gdyby twórcy filmu postanowili od tak przedstawiać nam te zagadnienia, mogło by to wyjść trochę czerstwe, ale w połączeniu z takim, a nie innym bohaterem film szczerze wzrusza i daje do myślenia.

Jeżeli więc wszystko było takie świetne (co potwierdzają zdobyte Oskary), dlaczego nie dałam się porwać tak, jak myślałam? Doceniam geniusz tej produkcji, przesłanie i wszystko, co w niej urzeka i chwyta za serce, ale jedna rzecz, nie pozwala mi rozpłynąć się nad Forrestem Gumpem w pełni - jego długość. Ponad dwie godziny obserwowania coraz to nowych, zawsze dobrych posunięć bohatera i losu, który w każdym momencie mu sprzyja, w pewnym momencie nudzi. Chciałoby się jakiegoś zwrotu akcji, ale niestety wielkiego zaskoczenia nie doświadczymy, bo tak naprawdę samej końcówki można się łatwo domyślić. Dlatego więc Forrest Gump dostaje ode mnie 7/10.



Nietykalni


Historia oparta na faktach. Sparaliżowany milioner na swojego opiekuna postanowił wybrać chłopaka z niższej sfery, który na dodatek właśnie wyszedł z więzienia. Jego optymistyczne nastawienie do życia sprawia, że chory znów czuje, że żyje. Wspólne chwile połączą ich wielką przyjaźnią, która będzie w stanie pokonać wszystkie przeciwności.

Nie ukrywam, że z francuskim kinem nie mam zbyt wiele wspólnego. Tak naprawdę, o ile mnie pamięć nie myli, to chyba pierwszy film wyprodukowany w tym kraju, jaki oglądałam. Pokazuje on zderzenie dwóch światów, co daje okazję do momentów zastanowienia i wielokrotnie wprowadza okazję do śmiechu. Żarty w Nietykalnych nie należą jednak do tych głupawych, ale bawią swą prawdziwością i inteligencją. Nie jest to typowa komedia, gdzie od początku do końca śmiejemy się do rozpuku, a życiowa historia, niepozbawiona humoru. Bohaterowie poszukują swego miejsca, szczęścia i spełnienia, czyli dokładnie tego, czego szuka każdy z nas. Motyw przyjaźni poruszany był nie raz, ale tutaj został przedstawiony tak jak trzeba - w ciepły, chwytający za serce sposób. Do tego świetna gra aktorska i bardzo dobre wykonanie. Czegóż chcieć więcej?

Można by się długo rozwodzić nad Nietykalnymi, ale wyszedłby z tego taki sam wniosek, co po moich kilku zdaniach - ten film jest po prostu PIĘKNY! Całość zachwyca swą prawdziwością, mądrością i daje nam swego rodzaju pocieszenie, że wszystko tak naprawdę może się zdarzyć i nie warto spisywać życia na straty. Nietykalni otrzymują ode mnie 9/10, a Wam gorąco ten film polecam!  


Read more ...

Filmowe weekendy: The Holiday

21.12.13
Święta tuż tuż. Choinki w galeriach przyciągają nas swymi światełkami już od dobrego miesiąca, gorączka zakupów osiąga apogeum, a w kuchniach zapachy unoszą się już od rana. W tym czasie nasze serca są bardziej skłonne do wybaczania i sięgania po rzeczy, które zazwyczaj nas irytują. Jak chociażby filmy, od których w zwykły, szary dzień wzbranialibyśmy się rękami i nogami.

Produkcji, które poruszają bardziej w okresie świątecznym trochę jest. Chociażby nieoceniony Kevin. Dziś jednak mam dla Was opinię o innym, również pięknym filmie - The Holiday. Opowiada on o dwóch kobietach, z dwóch końców świata. Nie mogą one znaleźć szczęścia w miłości i obie mierzą się ze zdradą partnerów. Połączy je program zamiany domów. Na dwa tygodnie Iris uda się do Los Angeles, a Amanda do wioski pod Londynem. Jak można się spodziewać, odbudują tam swoje życie i znajdą prawdziwą miłość.

Brzmi banalnie, prawda? Typowa komedia romantyczna, można by rzec i z pewnością byłaby to prawda. Dwie kobiety ze złamanym sercem, chęć odbudowy życia plus dowcipy na pokrzepienie serc. Schemat miły i bardzo dobrze znany każdemu, kto oglądał choć jeden film z tego gatunku. Wszyscy się ich wystrzegają, ale i tak każdy raz na jakiś czas obejrzy jakąś lepszą, czy gorszą produkcję tego typu. Sama na co dzień wybieram trochę inne filmy, ale jak już wspomniałam, idą święta, więc nasze serca mają trochę większą tolerancję dla kiczu. Z tego właśnie powodu (a może i nie tylko) The Holiday tak przypadło mi do gustu. Historia może i jest banalna, ale sposób jej opowiedzenia już nie. W filmie odnajdziemy wątki inne, niż tylko miłość, które nie pozwalają nazwać go banalnym. Chociażby historia emerytowanego scenarzysty, czy wszelkie wtrącenia o filmach. Same historie miłosne, nie zostały przedstawione według znanego wszystkim schematu. Nie ma tu jasnych odpowiedzi, górnolotnych wyznań, czy szczęśliwego zakończenia. Wszystko jest, jak najbardziej prawdziwe, a tego przecież szukamy. Każda minuta wypełniona jest ogromnym ciepłem, a żarty naprawdę bawią. Sprawia to, że film ogląda się z największą przyjemnością. 


Obsada aktorka wykonała swoje zdanie naprawdę świetnie. O Kate Winslet nie trzeba chyba nic mówić. Jest genialna i każdy to wie. Początkowo myślałam, że będzie tylko swego rodzaju tłem dla historii Amandy, ale później na szczęście jej postać się rozkręciła i również potrafiła zaciekawić. Towarzyszył jej Jack Black, którego szczerze mówiąc nie kojarzę z innych filmów, ale tutaj stworzył bardzo przyjemną i sympatyczną postać. Nie wiem, co w Cameron Diaz jest takiego, i czy tylko mnie odtrąca na jej widok. Nie kwestionuję jej zdolności aktorskich, a po prostu ogólne wrażenie, jakie we mnie wywołuje. Może to za sprawą sztucznego wyglądu albo ogólnego stylu bycia, ale sprawia to, że filmy z jej udziałem odkładam zwykle na bok. Po The Holiday moja niechęć do niej trochę się zmniejszyła. Cameron stworzyła tutaj bohaterkę z pewną głębią, sympatyczną, a przede wszystkim taką, której historię ogląda się w najwyższym skupieniu i z ogromną ciekawością. Do tej trójki dochodzi jeszcze Jude Law. Przystojniaka nie mogło przecież zabraknąć, a dokładając do jego wyglądu historię pokrzywdzonego przez los faceta, możemy być pewni, że niewieście serca będą zdobyte. 


The Holiday może i jest komedią romantyczną, którą przyjemnie się ogląda w sobotnie wieczory, ale do banalności i przewidywalności naprawdę jej daleko. Wszystko to za sprawą niezapomnianego klimatu i wielu wątków, stworzonych przez Nancy Meyers. Film genialnie sprawdzi się w tym świątecznym okresie. Jeżeli więc szukacie czegoś do obejrzenia, The Holiday czeka!
Read more ...

Filmowe weekendy: Dziewiąte wrota

24.11.13
Roman Polański bez wątpienia jest jednym z lepszych reżyserów, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Burzliwe życie zapewniło mu rozgłos, ale jak najbardziej słuszny, bo nie można odmówić mu kunsztu i przeogromnego talentu. Pokazuje, że jako Polacy mamy z czego być dumni. Do tej pory widziałam zdumiewająco mało filmów, czy to z jego udziałem, czy wyreżyserowanych przez niego. Obiecuję to zmienić, bo obejrzane ostatnio przeze mnie Dziewiąte wrota potwierdzają, że powinnam poważniej zabrać się za jego twórczość już bardzo dawno temu.

Reżyser postawił tu ponownie na swego rodzaju pakty z szatanem. Po Dziecku Rosemary, gdzie mamy motyw narodzenia potomka pana ciemności (filmu nie oglądałam, ale Filmweb to wielka skarbnica wiedzy), teraz przyszła pora na szatańskie księgi. Poznajemy Deana Corso - bibliofila, który odnajduje wartościowe egzemplarze i odkupuje je, często zapominając o zasadach moralnych. Pewnego dnia jeden z wydawców - Boris Balkan pokazuje mu swoją bibliotekę, gdzie gromadzi dzieła poświęcone szatanowi. Niedawno wszedł w posiadanie ,,Dziewiątych wrót królestwa cieni" - księgi, która podobno była pisana przez samego Lucyfera. Na świecie znajdują się jeszcze dwa takie egzemplarze, ale tylko jeden jest autentyczny. Zadaniem Corso'a będzie się dowiedzieć który i zbadać autentyczny, bowiem prawdziwa księga umożliwi jej posiadaczowi przywołanie samego pana ciemności.




Przyznałam ostatnio, że nie oglądałam zbyt wielu horrorów. W opisie filmu figuruje właśnie ten gatunek, łącznie z dramatem i kryminałem. Jeżeli dodamy do tego nazwisko Deppa i Polańskiego to wyjdzie bardzo intrygująca mieszanka. Film jednak nie jest misz-maszem, w którym jest wszystko, ale i nie ma nic. Zaserwowaną tu mamy opowieść o ludziach wielbiących szatana, ludziach, których intryguje zło i zjawiska ponad naturalne. Do opowiedzenia nam o tym, służy poszukiwanie autentycznej wersji ,,Dziewiątych wrót królestwa cieni". W Dziewiątych wrotach nie znajdziemy jednak żadnych fantastycznych zjawisk, duchów czy demonów, które czekają na głównego bohatera. Jego poszukiwania nie będą szły, jak po maśle, jednak nikt z poza światów w wyraźny sposób przeszkadzać mu nie będzie. Nie myślcie, że bez tego film traci, bo według mnie tylko zyskuje. 


Klimat, który stworzył Polański jest po prostu mistrzowski. Nie można go nazwać mrocznym, ale z pewnością był tajemniczy i w jakiś nieznany sposób pociągający. Od początku do końca oglądaniu poświęcamy całą naszą uwagę, a każdy kolejny krok bohatera śledzi się z największym zaangażowaniem (nie tylko dlatego, że gra go Johnny). Historia jest po prostu ciekawa. Było tu kilka momentów grozy, pościg i tajemnica, a właściwie tajemnicza Dziewczyna z pewnym sekretem. Polański nie skupił się jedynie na historii poszukiwań księgi Diabła, ale przedstawił także ludzie emocje i skłonności, które widoczne są niemal na każdym kroku. Jedyną rzeczą, która mi się nie podobała było zakończenie. Nie wyjaśniło się tu tak naprawdę nic i kiedy zazwyczaj lubię tego typu zabiegi, tu posunięcie to mnie wywołało moją irytację. Tak jakby zaraz po punkcie kulminacyjnym ucięto akcję. W tym wypadku moja wyobraźnia prosiła o pomoc w rozwiązaniu zagadki i opowiedzeniu dalszych wydarzeń, a niestety tego nie dostała.



Obsada spisała się naprawdę bardzo dobrze. Nie mówię tylko o Johnny'm, którego uwielbiam i który nie mógł nie wykonać swojego zadania najlepiej, jak potrafił. Jego kunszt aktorski znów się objawił i chyba nikt nie zakwestionuje, że jest jednym z najlepszym aktorów naszych czasów. Na uznanie zasługuje Emmanuelle Seigner, która zagrała tajemniczą Dziewczynę. Kiedy pojawiała się gdzieś w kadrze, nawet na ułamek sekundy patrzyło się tylko na nią. Sama postać, którą stworzyła była bardzo ciekawa i z pewnością zapadająca w pamięci. I to by było chyba na tyle, jeżeli chodzi o wyróżniające się postaci. Wszyscy zagrali naprawdę dobrze, jednak oprócz tej dwójki mało kto objawił geniusz. Może ich zadanie polegało na wtopienie się w tło, żebyśmy się mogli skupić na dwójce głównych bohaterów albo zwyczajnie nie potrafili skupić na sobie uwagi. Odpowiedź znajdziemy chyba dopiero oglądając jakąś inną produkcję z nich udziałem.

Dziewiąte wrota to jeden z lepszych filmów, jakie ostatnio obejrzałam. Polański stworzył pozycję, która naprawdę zapada w pamięci i wyróżnia się wśród innych. Ciekawa fabuła, akcja, która nie nudzi i aktorzy, których po prostu chce się oglądać. Film jest naprawdę godny polecania, więc jeżeli jeszcze go nie oglądaliście, nie traćcie czasu i zróbcie to jak najszybciej!!




Read more ...

Filmowe weekendy: Mój tydzień z Marilyn

19.10.13
Marilyn Monroe zna każdy. Będąc ikoną kina podbiła wiele serc, a jej osoba, nawet kilkadziesiąt lat po śmierci wciąż fascynuje. Przy niej, nie ma mowy o nudzie i powierzchowności. Choć może nigdy nie uwielbiałam jej zbytnio, to jednak muszę przyznać, że jej niewyjaśniona śmierć i złożona osobowość zawsze mnie ciekawiły. Każdy przyzna, że stworzyła taką siebie, jaka na zawsze zapadnie w pamięci ludzkości. Z tych oto powodów byłam bardzo ciekawa filmu Simona Curtisa, który przedstawia nam obraz właśnie tej aktorki.

Jak wiemy ,,Mój tydzień z Marilyn" powstał na podstawie książki Colina Clarka o tym samym tytule. Jako młody chłopak przyjechał on do Londynu, aby zacząć pracę w branży filmowym, co od zawsze było jego marzeniem. Zdobywa tam stanowisko trzeciego asystenta reżysera podczas kręcenia filmu ,,Książę i aktoreczka", w którym zagrać ma wielka światowa gwiazda - Marilyn Monroe. Praca z nią jednak nie jest łatwa. Kobieta musi zmagać się z wieloma przeszkodami, w tym ze swoim partnerem filmowym - Laurence Olivier, który jest do niej dość nieprzyjaźnie nastawiony. Colin jednak potrafi dotrzeć do Marilyn, co produkcja postanawia wykorzystać i powierza mu zadanie towarzyszenia aktorce. 

Przyznaję, że nie mam zbyt wielkiego lub ściślej mówiąc prawie żadnego doświadczenia z biografiami. Ten film trochę to zmienił, bowiem oprócz ciekawej fabuły, która wciąga, reżyser postawił na przedstawienie nam samej Marilyn, jej osobowości i tego, że oprócz ikony seksu była zdecydowanie kimś więcej. Rolę tę powierzono Michelle Williams. Wybór nie mógł być lepszy, zrobiła ona bowiem naprawdę porządny kawał roboty. Genialnie przedstawiła rozterki Marilyn, jej potrzebę miłości i dobrze skrywany brak pewności siebie, który wydawać by się mogło, w jej przypadku nie powinien mieć miejsca. Choć może o tej ponadczasowej aktorce nie wiem wiele, to jednak muszę przyznać, że w tym filmie Michelle nie grała Marilyn, a po prostu nią była . Każdy ruch bowiem był tak wyważony, a za razem tak naturalny, że całość świadczy o olbrzymich zdolnościach, którymi ta aktorka dysponuje, a które zaprezentowała nam właśnie w tym filmie.


Do przedstawienia nam właśnie takiej Marilyn służy jej relacja z Colinem Clarkiem. W rolę chłopaka wcielił się Eddie Redmayne i jak dla mnie poradził on sobie bardzo dobrze. Choć jego rola skazana była na pozostanie w cieniu Michelle, to jednak świetnie poprowadził historią, w której odkrywamy Marilyn, nie wybijał się na pierwszy plan, ale też nie dał się stłamsić. Pokazał, jak młody Colin dociera do niej, stara się zrozumieć i pomóc. Nie jest to jednak łatwe, bowiem problemy zakorzenione są naprawdę głęboko. Kobieta potrzebuje nieustannego wsparcia, a przede wszystkim bezwarunkowej akceptacji. Na planie filmowym rozwija się jej konflikt z Laurence'm Olivierem - w tej roli Kenneth Branagh. Cóż mogę powiedzieć? Wieloletnie doświadczenie zaowocowało i wyszła z tego bardzo dobra postać. Jego bohater Sir Laurence Oliver, ma zatarg z Marilyn. Nie rozumie jej problemów i trudów, na które jest skazana. Wszystko to  Kenneth Branagh bardzo dobrze przedstawił. Choć ten film, to nie tylko świetne kreacje aktorskie, to jednak one właśnie sprawiają, że jest on tak dobry. Zrezygnowano bowiem ze wszystkiego, co mogłoby przeszkadzać i postawiono przede wszystkim na przedstawienie kreacji Marilyn, jakiej być może jeszcze nie znaliśmy. Nie powinniśmy szukać tu historii, która pochłonie serca, bo fabuła naprawdę nie jest bogata w zwroty akcji, czy wzruszające momenty. Całość bowiem opiera się właśnie na Marilyn i jej osobowości.

Jeżeli o mnie chodzi film jest naprawdę świetny. Nie ma tu mowy o banalności, czy odwaleniu roboty. Wszystko jest naprawdę tak, jak być powinno, a zjawiskowa Michelle Williams sprawia, że staje się on czymś, co powinni obejrzeć nie tylko fani Marilyn Monroe, czy wcielającej się w nią aktorki, ale wszyscy, którzy nie stronią od dobrego kina. Ja tymczasem śpieszę obejrzeć ,,Księcia i aktoreczkę", który był bazą do ,,Mojego tygodnia z Marilyn". Ten drugi gorąco Wam polecam!


Read more ...

Filmowe weekendy: Przerwana lekcja muzyki

14.9.13
Choroba psychiczna nie raz była już poruszana przez twórców. Pokazywano nam różne jej aspekty, różnych bohaterów i inne środowisko, które wpływało na całość. Kilkanaście lat temu, kiedy temat ten nie był tak popularny, ukazał się film, który wzbudził kontrowersje. A była to słynna już ,,Przerwana lekcja muzyki".

Film opowiada historię Susanny Kaysen, której wielka wrażliwość sprawia, że okres dojrzewania przechodzi dużo bardziej burzliwie, niż reszta ludzi w jej wieku. Ma romans z nauczycielem, postanawia nie iść na studia, a w końcu połyka opakowanie aspiryny i popija je wódką. Po tej nieudanej próbie samobójczej, rodzice wysyłają ją do lekarza, który wysyła dziewczynę do szpitala psychiatrycznego. Tam Susanna staje się ofiarą systemu, musi nauczyć się żyć w zupełnie innym świecie i podjąć decyzję, czy naprawdę chce wyzdrowieć. Zaprzyjaźnia się z socjopatką Lisą i choć ich przyjaźń nie należy do najlepszych, to pozwoli dziewczynie na otworzenie oczu.

Akcja filmu dzieje się w latach sześćdziesiątych, a na jego prawdziwość wpływa fakt, że to autentyczna historia. Dziewczyna po próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Tam zostaje u niej stwierdzona osobowość graniczna. Sam szpital psychiatryczny, mimo że uchodzi za luksusowy, jest prawdziwą szkołą przetrwania. Miejscem, z którym trzeba walczyć, bo oczekuje od Ciebie tylko pozornej poprawy, sprzymierzenia się z nim, gdyż tylko wtedy będziesz mógł wyjść na wolność. Pacjenci nie są chętni do współpracy, bo nieraz to dla nich jedyne miejsce, gdzie warto być. Może to głupie, ale ten szpital stworzył niesamowity klimat filmu. Pokazał, że ludzie chorzy są dużo bardziej tolerancyjni, wrażliwy i otwarci, niż ci ,,na zewnątrz", którzy żyją w szklanych klatkach kłamstw niedomówień i pozorów. Akcja w latach sześćdziesiątych dodaje tylko dramatyzmu, który wpływa tu na plus. ,,Przerwana lekcja muzyki" to nie tylko klimat. To przede wszystkim studium ludzkiej psychiki. Pokazanie ludzi chorych, jako wrażliwych, myślących, a dodatkowo w sposób, który sprawia, że im współczujemy. Na podstawie psychiki ludzi zdrowych możemy zaobserwować olbrzymie różnice pomiędzy nimi, a chorymi. Każdy z mieszkańców szpitala jest inny, bardziej lub mniej szalony, ale mimo tego lubimy tych bohaterów i solidaryzujemy się właśnie z nimi. Według mojej amatorskiej oceny film wykonany jest bardzo dobrze. Całość bardzo przyjemnie się ogląda, nic nie przeszkadza, ani nie zakłóca odbioru. 

Olbrzymią zaletą tej produkcji jest obsada. Zdecydowaną gwiazdą była tu Angelina Jolie, grająca Lisę. Za tę drugoplanową rolę otrzymała Złotego Globa oraz Oskara. Było to jak najbardziej zasłużone. Stworzyła postać, którą się kochało i nienawidziło jednocześnie. Można by odrywać warstwy osoby Lisy, a i tak długo nie doszłoby się do wnętrza. Skrywała swoje tajemnice i mimo że krzywdziła ludzi, to była w tym prawdziwa. Oglądałam już filmu z udziałem Angeliny i podziwiałam ją, jednak dopiero ,,Przerwana lekcja muzyki" sprawiła, że zobaczyłam jej olbrzymi talent. Główną rolę zagrała Winona Ryder, którą chwaliłam za kreację w ,,Edwardzie Nożycorękim". Tutaj również bardzo dobrze sobie poradziła. Oddała dylemat bohaterki nad prawdziwością choroby, chęć buntu i późniejszego wyleczenia z problemów. Choć bardzo bym chciała zachwycać się tu właśnie nad nią, bo zdecydowanie ją lubię, to muszę przyznać, że została stłamszona przez genialną Angelinę. Dotrzymywała jej kroku, a jakże. Pokazała też bardzo dobre zdolności aktorskie, świetnie się wczuła w postać, jednak to właśnie Angelina królowała. W filmie możemy podziwiać też Whoopi Goldberg, która gra ona jedną z sióstr w szpitalu. Nie trzeba zastanawiać się nad jej geniuszem.Tutaj może nie było jej wiele, jednak i tak cieszyłam się z tych kilku minut, kiedy mogłam ją obserwować.

Nie wiem, co w tym filmie jest takiego. Z pewnością istnieją od niego lepsze, dużo bardziej malownicze i lepiej zasługujące na status ulubionego. Ma jednak to ,,coś" co przyciąga i nie pozwala oderwać się od ekranu. Jeżeli jeszcze go nie oglądaliście, wiedzcie, że warto! Ja z pewnością wrócę do niego jeszcze nie raz i będę go uznawać za jeden z moich ulubionych. 

Read more ...

Filmowe weekendy: Zaginiona

27.7.13
Heitor Dhalia przedstawia nam historię Jill - dziewczyny, która przeżyła wielki dramat. Rok temu była więziona przez psychopatę w głębokim dole w lesie. Na szczęście udało jej się uciec, jednak oprawcy ani śladów jego istnienia nie znaleziono. Z tego powodu uznano, że dziewczyna ma kłopoty psychiczne. Kiedy jej siostra zostaje porwana, policja nie chce pomóc Jill, ponieważ uznaje to za nawrót choroby, a zniknięcie siostry tłumaczy imprezą. Jill rozpoczyna śledztwo na własną rękę i robi wszystko, aby jej siostra mogła być znów bezpieczna.

Z pewnością wiecie, że bardzo lubię Amandę Seyfried. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy uważają ją za złą aktorkę, bez większego polotu i posiadającą zaledwie jedną minę. Może i tak jest, ale ja ją lubię, a co! Dlatego więc postanowiłyśmy kiedyś wraz z przyjaciółką obejrzeć film z jej udziałem, a mianowicie thriller lub jak kto woli dramat, pt. ,,Zaginiona".

Fabuła, jak możecie przeczytać przedstawia się całkiem nieźle. Zaginiona siostra i ta, która jej szuka podejrzana o chorobę psychiczną. Z tego powodu otrzymujemy ciągłe okazje do zastanawiania się, czy porywacz istnieje naprawę, czy siostra zaginęła i komu powinniśmy wierzyć. Prawda, że zapowiada się dość ciekawie? Potem jest już gorzej. Poszukiwania głównej bohaterki idą bowiem bardzo szybko. Każde posunięcie, czasem aż nadto żałosne kończy się sukcesem. Po sznurku do kłębka, bez żadnych przeszkód po drodze. Nie dostaniemy tu żadnych zwrotów akcji, bo na dobrą sprawę zaraz wiadomo, że dane przedsięwzięcie skończy się sukcesem. Lekki dreszczyk otrzymamy dopiero na koniec, kiedy to bohaterka udaje się na konfrontację z oprawcą i czeka nas rozwiązanie, czy to ona jest psychiczna, czy policja zbyt rygorystyczna. Pozostaje jeszcze samo wyjście ze wszystkiego i przedostatnia scena, które bardzo przypadły mi do gustu - zabawne i z pewną klasą.


Jak już wspomniałam bardzo lubię Amandę. Może w ,,Zaginionej" nie postawiła wysoko poprzeczki innym, o ile w ogóle, ale myślę, że źle nie było. Sprostała temu, co dawał jej scenariusz i reżyser. Nikt przecież nie umie z niczego zrobić czegoś. Tu to coś, służące jako substrat do reakcji reżyser + scenariusz = gra aktorska było, a Amanda wykorzystała to, na ile się dało i stworzyła taką, a nie inną rolę - lekko szaloną, ale przekonaną o swojej racji i broniącą jej. Co do reszty aktorów, to nie jestem zachwycona. Nikt tak na dobrą sprawę nie zabłysnął szczególnie ani nie wyszedł z odmętów szarości, by zabłysnąć kolorowym światłem. Całość skupiała się na Amandzie, więc jakoś specjalnie to jednak nie przeszkadzało.

Z rozważań tych może wynikać, że film nie należy do najlepszych i tak jest rzeczywiście. Nie dostaniemy tu zwrotów akcji, wielkiego napięcia, czy gry, na podstawie której można się pomału domyślać, co też reżyser nam serwuje. Zastanawiacie się może zatem, czemu wybrałam ten akurat film do tego cyklu, bo przecież powinnam tu Was raczej zachęcać do danej pozycji, która umiliłaby Wam weekend, a nie ją odradzać. Już się tłumaczę. Bo widzicie, mimo tych niedociągnięć i denerwujących rzeczy, film oglądało się całkiem miło. Daje możliwość na leniwy wypoczynek, położenie się na łóżku/kanapie czy co tam każdy preferuje i oglądanie czasem śmiesznych poczynań bohaterki. Jeżeli jesteście bardzo wybredni będzie Was to irytować, jeżeli nie, zwrócicie na to uwagę, a jakże by nie, ale zapomnicie i pozostanie Wam jedynie dość interesujący film na weekendowy wypoczynek. Dla fanów Amandy, czy dla tych szukających czegoś mało zobowiązującego nada się w sam raz. Jeżeli ani do jednych, ani do drugich się nie zaliczacie, potraktujcie proszę ten dzisiejszy odcinek cyklu, jako przestrogę, czego nie oglądać, a nie jako zachętę.


Ocena: 6/10

Pozdrawiam i życzę udanego weekendu!

Read more ...

Filmowe weekendy: Bejbi blues

12.7.13
Młodość ma swoje prawa. Musi się wyszaleć, doświadczyć wielu rzeczy, poznać to, co niepoznane. W każdym nastolatku przez wiele lat trwa burza hormonów, która ani na moment nie pozwala o sobie zapomnieć. W tym czasie ważne jest wsparcie rodziny. Dla każdego bowiem jest ona bardzo ważna, ale doceniamy to dopiero wtedy, gdy jej zabraknie. Właśnie w takiej sytuacji mogą narodzić się wielkie problemy, których skutki będą nieodwracalne.

Katarzyna Rosłaniec, reżyserka kultowych i wielokrotnie nagrodzonych "Galerianek", przedstawia historię niedojrzałej 17-latki, która zostaje matką. Chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają dzieci. Ale dlaczego tak naprawdę Natalia zdecydowała się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Może odpowiedź kryje się w tym co piszą nastolatki na internetowych forach? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania. KINOMANIAK

Ostatnio lubię sięgać po filmy z pewnym przekazem. Takie, które poruszają jakiś ważny temat, wpływają na psychikę i dają do myślenia. ,,Bejbi blues" miałam obejrzeć już dawno, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Wakacje to czas, kiedy wszystko trzeba pouzupełniać, tak więc zasiadłam do nadrabiania zaległości. Przekaz filmu można uznać za lekko drastyczny. Główna bohaterka ma problemy i momentami ciężko patrzeć, jak wpływa to na dziecko. Moja babcia zawsze powtarza: ,,Najgorzej, kiedy dzieci, mają dzieci" i ,,Bejbi blues" doskonale to potwierdza. Możemy wyciągnąć jasny przekaz, że dziecko to nie zabawka i nie pomoże, kiedy czujemy się samotni. Jakbyście jeszcze nie wiedzieli, mogę to zaznaczyć: dziecko to odpowiedzialność, żywa istota, a nie lalka. Następnym ważnym, poruszanym już wiele razy problemem są oczywiście narkotyki i to gdzie mogą nas zaprowadzić. Zakończenie filmu chyba najbardziej wstrząsnęło mną pod tym względem i z pewnością takie właśnie było zamierzenie.

 Katarzyna Rosłoniec postawiła na młodych, nieznanych aktorów. Jak sama mówi, nie chciała, aby było sztucznie i zbyt doskonale, a aktorzy-amatorzy mieli to zapewnić. W jej filmie oglądamy historię Natalii - nastolatki, która czuła się odepchnięta przez matkę i dlatego postanowiła mieć dziecko. Wcieliła się w nią Magdalena Borus, którą śmiało mogę mianować moim odkryciem tego roku. Aktora genialnie oddała rolę, pokazała lęki i wątpliwości bohaterki i według mnie zrobiła wszystko, co mogła, aby jej postać wyglądała prawdziwie. Co więcej, podołała tym zamiarom. Reszta młodych aktorów również sprawdziła się nieźle, jednak bez większego zachwytu. Oprócz Danuty Stenki oczywiście.

Nie będę wypowiadać się pod względem wykonania, bo znam się na tym tyle, ile na lotach kosmicznych. No dobra, może ciut bardziej. Moje mało znawcze oko może stwierdzić, że obraz nie jest zły. Nie zachwyca może szczególnie, ale nie sprawia też, że chcemy wyłączyć oglądany film. Co sprowadza się do tego, że warto włączyć i obejrzeć.

Film porusza problemy i silnie oddziałuje na emocje, wiec jeżeli lubicie takie produkcje, to z pewnością będzie to coś dla Was. Kreacje bohaterów Was nie zawiodą, jak wspomniałam przekaz też nie. ,,Bejbi blues" należy do tych polskich filmów, którymi zdecydowanie możemy się pochwalić i naprawdę warto w wolnej chili się z nim zapoznać. Polecam!

Moja ocena: 8/10


 

Read more ...

Filmowe weekendy: Idealne matki

29.6.13


Plakat ,,Idealnych matek" mówi nam, że otrzymamy coś prowokującego (to na pewno), zmysłowego (zależy, jak kto to rozumie) oraz fascynującego (no może).Wywołuje to w nas wygórowane oczekiwania, prawda?

Lil i Roz znają się od dziecka. Obie mieszkają w sąsiadujących ze sobą domach położonych nad samym oceanem. Lil od niedawna jest wdową, a mąż Roz wyjechał na południe do pracy. Każda z kobiet ma syna. Obaj są atrakcyjnymi młodymi mężczyznami o perfekcyjnych sylwetkach, którzy całymi dniami surfują i opalają się na niewielkiej plaży. Ten sielankowy spokój już wkrótce zostanie zburzony przez huragan emocji i pożądania. Wszystko zacznie się od namiętnego pocałunku jednego z synów z matką drugiego.

Opinie co do filmu są podzielone. Jedni się zachwycają, drudzy wyśmiewają. Mnie jest o nim ciężko mówić. Dramat ma wywoływać w widzu emocje i tu z pewnością tak było. We mnie po obejrzeniu go kotłowało się i kotłuje nadal. Sama nie wiem tylko, czy z powodu oburzenia, czy zachwytu, choć tego drugiego bym raczej nie podejrzewała. Z jednej strony bowiem ,,Idealne matki" poruszają pewien ciężki temat. Odkrywają społeczne tabu i wyjmują na światło dzienne pewne problemy. Film na pewno też prowokuje. Nie tylko momentami ostrymi scenami, ale samą tematyką. Bo powiedzcie, czy sytuacja, kiedy dwie matki, które zamieniają się synami, żeby stworzyć z nimi, jakąś namiastkę związku jest normalna? Dla mnie to patologia, jak i cała reszta poczynań bohaterów. Myślę jednak, że takie było założenie. Szokować, przekroczyć granicę i wywołać coś w rodzaju pozytywnego oburzenia.  Pozytywnego dlatego, że przecież często czegoś takiego szukamy. Czegoś, co poruszy nas wewnętrznie i pokaże, że nie jesteśmy robotami w dobie komputerów i przypomni, ze coś jeszcze może wywołać w nas oburzenie, nie sprawiając za razem, że zostaniemy uznani zbyt pruderyjnych. 



W głównych rolach obsadzono dwie utalentowane aktorki - Naomi Watts i Robin Wright. Według mnie poradziły tu sobie całkiem nieźle, ale co ja, nieznająca się osóbka mogę o tym wiedzieć i zarazem oceniać dwie poważane autorki. Nie mogę tego robić, a jedynie wypowiadam swoje skromne zdanie, pamiętajcie. Dla filmu owe panie pozbyły się maski makijażu, odsłaniając zmarszczki. Pokazały też, że mimo upływających lat, trzymają się całkiem dobrze. Partnerowali im piękni i młodzi: Xavier Samuel i James Frecheville. Świecili klatami, pokazywali mięśnie, a grać też źle nie grali. Może bez wielkiego zaskoczenia, ale w każdym razie nie najgorzej. Jak już wspomniałam ich sytuacja była patologiczna i chora. Ciężko jest więc oczekiwać takiego, a takiego zachowania, kiedy nawet nie wiemy, jakie ono powinno być. Czy aktorzy sprostali powierzonej im roli? Wierzę, że tak.

,,Idealne matki" można zaliczyć do kina ambitnego. Mają zaskakiwać i dawać do myślenia. Tematyka będzie prowokować, wywoła oburzenie i z pewnością nie wszystkim się spodoba. Ten film jest trochę jak koło fortuny, które nie wiadomo, co dla Was przygotuje. Może będziecie się zachwycać trudnym tematem i poruszonymi kwestiami, a może wyśmiejecie głupotę twórców. Ja uważam, że ,,Idealne matki" reprezentują obecnie w kinie, pozycję odchodzącą od płytkości i pozostającą w gronie tych bardziej ,,mądrych". Mimo tego, że produkcja nie do końca wywołała we mnie pozytywne emocje, to i tak uważam, że warta jest obejrzenia i wydania pieniędzy na bilet. A z powodu tych sprzecznych refleksji, pozwólcie, że powstrzymam się od wydawania oceny.





Read more ...

Filmowe weekendy: Śniadanie u Tiffany'ego

14.6.13

Ze starym kinem jest tak, że albo się je lubi albo nie. Do niedawna pozostawałam gdzieś pośrodku ani go nie uwielbiając, ale też w żadnym razie nie nienawidząc. O ,,Śniadaniu u Tiffany'ego" słyszałam już nie raz, dlatego więc drogą nadrabiania filmowych zaległości postanowiłyśmy wraz z przyjaciółką go obejrzeć. Nie będę Was wprowadzam w aurę początkowej niewiedzy i powiem już teraz, że film znalazł się bardzo wysoko na liście moich ulubionych, a do starego kina mam zamiar jeszcze wrócić i zdecydowanie bliżej go poznać.

,,Śniadanie u Tiffany'ego" to opowieść o dziewczynie - Holly, która pewnego dnia postanawia porzucić swoją szarą codzienność i udać się na podbój Nowego Jorku. Od tej pory zaczyna żyć na koszt bogatych adoratorów, pozostając przy tym niezależną (tak, to jest możliwe), pełną sprzeczności i wewnętrznego uroku kobietą. Pewnego dnia jej sąsiadem zostaje pisarz Paul, z którym szybko się zaprzyjaźnia.


,,Śniadania u Tiffany'ego" nie da się nie pokochać. Pierwszą rzeczą, która na to wpływa jest tak bardzo uwielbiana przeze mnie oprawka. Przepiękny miejski krajobraz, dekoracje wnętrz i stroje aktorów, od których nawet przez monitor komputera czuć taką klasą, stylem i elegancją, że nie można wyjść z podziwu. Do tego klimatyczna muzyka Henrego Mancini, genialnie dopasowana do całej historii. Film oglądałam już jakiś czas temu, ale pisząc tę opinię nadal mam ogromną ochotę przenieść się w czasie do Nowego Jorku z lat 60- tych, pójść na jedno z przyjęć Holly i pospacerować ulicami w płaszczu i szpilkach (a musicie wiedzieć, że noszę je tylko na specjalne okazje). Tak oto znowu potwierdza się moje przekonanie, że gdyby nie oprawka i stworzony klimat, to coś, czy to książka czy film, nie mogłoby być genialne, podziwiane i niepowtarzalne. Będę się tej teorii trzymać na wieki.

Kolejną rzeczą jest sama historia na podstawie opowiadania Trumana Capote - niepowtarzalna, intrygująca i przepełniona głębią. Bez niej reszta byłaby nic nie warta. Bowiem ,,Śniadanie u Tiffany'ego" to nie tylko dobrze zrobiony film, ale też historia pewnej kobiety, która pod maską doskonałości i perfekcji skrywa problemy i zawiedzione nadzieje. Pokazana jest tu też miłość, której się boimy i czasem pozwalamy uciec. Najważniejsze jednak, aby walczyć do samego końca.




Najlepsze naturalnie na koniec. Chodzi mi o genialną rolę Audrey Hepburn. Każdy przyzna, że ma w sobie coś magicznego i przyciągającego wzrok, co w połączeniu z talentem sprawiło, że odniosła sukces. Została osobą podziwianą przez tłumy, jednak nikt inny nie mógłby jej zastąpić i to właśnie można uważać za przejaw geniuszu. W ,,Śniadaniu u Tiffany'ego" pokazała, swoją doskonałą grę aktorką. Przedstawiła nam głębię Holly, jej problemy i lekką naiwność. Ktoś inny mógłby sprawić, że znienawidzilibyśmy bohaterkę, a ona wykreowała postać tak, że ją uwielbiamy. Nie tylko Audrey grała w tym filmie. George Peppard jako Paul Varjak - pisarz i "kochaś" również sprawdził się świetnie. Pokazał przewrotność ludzkiego losu i wystąpił w roli swego rodzaju nauczyciela i opiekuna. Wielkie brawa należą się Mickey'owi  Rooney'owi za rolę Mr. Yunioshi. Początkowo myślałam, że będzie mnie irytował, nie lubię bowiem tego typu humoru. Tu jednak bawił mnie on i o irytacji nie było mowy.

,,Śniadanie u Tiffany'ego" pewnie wielu z Was już widziało. Tym, na których ten film wciąż czeka, polecam go całym sercem. Tak pięknej historii, nastrojowej muzyki i wciągających ról aktorskich długo nie zapomnicie. Odrzućcie więc na bok wszelkie obawy i szybciutko zagospodarujcie dwie godzinki, które spędzicie w nastrojowym Nowym Jorku z lat 60-tych. Dla mnie, to niewątpliwie jeden z lepszych filmów i wiem, że jeszcze nie raz do niego wrócę.


Moja ocena: 10/10

A na koniec zwiastun:


Read more ...

Filmowe weekendy: O północy w Paryżu

31.5.13

Paryż jest niewątpliwie wyjątkowym miastem. Kojarzy się z idyllą zakochanych oraz przystanią dla artystów. Malownicze uliczki, piękne zabytki i przepyszne jedzenie przyciągają do siebie turystów. Paryż też bardzo klimatycznie wygląda w deszczu. Taki spacer porusza zmysły romantyków i dodaje weny do twórczej pracy. W mieście tym jest jeszcze inna, magiczna rzecz. O północy bowiem dzieją się tam rzeczy, o których nawet nie zdajecie sobie sprawy...

Pewna dwójka narzeczonych: Gila i Inez pojechali tam, aby zaplanować ślub. Miasto zakochanych nie podziała jednak dobrze na ich relację. Uświadomią sobie, jak bardzo się od siebie różnią, a ich miłość zostanie wystawiona na próbę. Na ich drodze staną ludzie, którzy pokarzą im, czy ich związek ma naprawdę sens.



Woody Allen został okrzyknięty jednym z najoryginalniejszych artystów współczesnego kina. Ma na swoim koncie wiele filmów, a jego nazwisko przewija się wszędzie. Zaskakuje wielu, czy to pozytywnie czy negatywnie. Ostatnimi czasy stwierdziłam więc, że to niewyobrażalny wstyd nie zapoznać się z ani jednym jego dziełem. Tak oto zasiadłam przed laptopem i rozpoczęłam oglądanie ,,O północy w Paryżu".




Pod banalnym opisem Woody Allen ukrywa prawdę zdecydowanie głębszą. Pokazuje jedną ważną rzecz, a mianowicie, że żadne życie nie jest tak do końca beznadziejne. Z ową beznadziejnością każdy musi się mierzyć, ale tylko od nas zależy, czy ją zaakceptujemy i uczynimy z niej coś wyjątkowego, czy pogrążymy się w smutku i będziemy egzystować bez celu z dnia na dzień. Motyw niezwykle pocieszający na gorszy dzień. Po obejrzeniu filmu z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Allen jest mistrzem w tworzeniu klimatu. Już od pierwszych minut oglądania zostajemy wrzuceni w charakterystyczną dla Paryża atmosferę, która nie opuszcza nas ani na chwilę. "O północy w Paryżu" jest filmem w dosłownym znaczeniu magicznym. To zdecydowanie uczta dla romantyków i marzycieli. Nie znajdziemy tu szybkich zwrotów akcji czy rozlewu krwi. Z pewnością też nie wzruszymy się do łez, ale nie na tym to ma polegać. Malowniczy obraz, który został wykorzystany sprawia, że możemy poznać magiczne zakątki Paryża (nie tylko tego współczesnego, bowiem ten z lat 20-tych jest znacznie bardziej ciekawy) oraz poznać historię pokrzepiającą serca. 

Woody Allen zaprosił do współpracy znamienitych aktorów, którzy nie mogli nie spełnić powierzonego im zadania. Jestem pod wielkim wrażeniem Marion Cotillard, którą pokocham po obejrzeniu ,,Incepcji". Ma w sobie olbrzymie pokłady klasy i wdzięku, co w tym filmie sprawdziło się genialnie. Każdy przyzna, że piękna z niej kobieta, a i aktorką też jest bardzo dobrą. Owen Wilson świetnie przedstawił nieporadnego, romantycznego, pozostającego pod wpływem narzeczonej Gila. Nie powiem, trochę mnie tym irytował, ale jestem w stanie mu wybaczyć. Moja ukochana Rachel McAdams, jako władcza narzeczona również bardzo dobrze się sprawdziła. Do tego dodajmy Kathy Bates, Adriena Brosy i Carle Bruni i mamy warstwę aktorską światowej klasy.

Jak już wspominałam filmów Allena nie zmam i ten był moim pierwszym spotkaniem z reżyserem, więc dobrego porównania do poprzednich dzieł nie mam. Mogę mimo wszystko zapewnić, że ,,O północy w Paryżu" Was nie zawiedzie. To bardzo ciepły, wykonany na wysokim poziomie film. Gorąco polecam! 



Moja ocena: 9/10
Read more ...

Filmowe weekendy: Listy do Julii

17.5.13
Pierwszą rzeczą, jaka przychodzi nam na myśl, kiedy usłyszymy słowo Verona jest najsłynniejszy dramat Szekspira ,,Romeo i Julia". Każdy kojarzy tych dwoje zakochanych, dla których miłość była ważniejsza niż śmierć. Nie ważne, jak się do nich odnosimy. Czy uważamy ich uczucie za piękne, czy tragiczne i tak tworzą oni klasykę i są swego rodzaju ponadczasowością, a każdy z nas musi to przyznać. Julia natomiast traktowana jest, jako bogini nieszczęśliwej miłości. To do niej kobiety z całego świata składają swe prośby i proszą o rady, kiedy mają złamane serce. A ona odpisuje... 

Po przyjeździe do Verony, domu słynnej kochanki Julii Kapulet z „Romea i Julii”, młoda Amerykanka przyłącza się do grupy ochotników, którzy odpisują na listy z zapytaniem o miłosne porady do Julii. Odpowiadając na pewien list wysłany w 1951 roku, dziewczyna inspiruje jego autorkę do podróży do Włoch w poszukiwaniu dawno zaginionej miłości i zapoczątkowuje łańcuch wydarzeń, dzięki którym zupełnie niespodziewana miłość zawita w ich życiu.


Tak oto prezentuje się fabuła, którą przeczytać możemy na Kinimaniaku. Ktoś powiedzie, że to zwykły, niczym nie wyróżniający się film na miłe spędzenie wieczoru, a ja w stu procentach się z nim zgodzę. Do obejrzenia go przekonały mnie dwa powody: umieszczenie akcji w Veronie i Amanda Seyfried. Nie oczekiwałam, powiewu geniuszu czy powalenia mnie na kolana. Dzięki temu się nie zawiodłam, a czas spędziłam jak najbardziej miło.

Warstwa aktorska sprawdziła się całkiem dobrze. Amanda to aktorka, którą bardzo lubię. W tym filmie również poszło jej bardzo dobrze - taka miła, podchodząca do ludzi z sercem pełnym miłości doskonale wpasowała się we włoski klimat. Nie wiem czemu, ale właśnie tak wyobrażam sobie Julię z dramatu Szekspira. Vanessa Redgrave, jako starsza pani szukająca utraconej miłości podnosiła ten film na wyższy poziom. Zawsze gdy widzę takie postaci - starsze, lekko szalone i pełne dobroci na mojej twarzy gości wielki uśmiech. Jestem jedynie nieco zawiedziona Christopherem Eganem, który grał naszego amanta. Może dlatego, że jakoś specjalnie przystojny nie jest i nie miałam do kogo wzdychać, a może dlatego, że jego postać była jakaś taka... niedorobiona, to chyba dobre słowo. Może miało wyjść inaczej, ale ja właśnie tak to odebrałam.


Dobrzy aktorzy i piękne krajobrazy to chyba wszystko, co w tym filmie jest niepowtarzalnego. Nie mówię, że reszta była jakoś kompletnie zła. Co to, to nie. Było miło, sympatycznie i tak dalej. Zawsze jednak tak nie może być, wiec muszę napisać, że fabuła była po prostu nudna. Fajny pomysł, wykonanie też nie najgorsze, ale na dłuższą metę nie zaciekawi nas to jakoś specjalnie. Przysypiać nie przysypiałam, bo jak powiedziałam miło się oglądało, moje serce jednak nie zabiło mocniej, nie poczułam dreszczyku emocji, a moje już i tak nadwyrężone nerwy, nie postrzępiły się bardziej. Dla nich to dobrze, ale gdyby ktoś (jak ja wtedy) potrzebował emocjonalnego zastrzyku, to nie specjalnie się go tutaj doczeka. Pozostaje jeszcze zakończenie, które lekko mówiąc wywołało u mnie obłąkańczy śmiech. Było tak durne i zrobione na odwal się, że nawet Amanda mnie w nim irytowała. No ale nie można mieć przecież wszystkiego.


Mimo wad ,,Listy do Julii" z czystym sercem mogę zaliczyć do filmów, z których obejrzenia jestem zadowolona. Przez półtorej godziny pozachwycałam się pięknymi widokami i poczułam włoski klimat, za co dziękuję twórcom. Mogę go Wam śmiało polecić. Będzie z pewnością miłą rozrywką na nudny wieczór i sprawdzi się, gdy będziecie potrzebować trochę niewinności i miłej atmosfery.



Moja ocena: 6/10


Jak widzicie postanowiłam dodawać opinie filmów. Stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie to robić w weekendy, kiedy jest więcej czasu na oglądanie i kiedy szuka się czegoś do obejrzenia. Jak się Wam podoba ten pomysł?
Kończę właśnie ,,Genezę", jednak ze względu na to, że w weekend wybieram się na Komunię, recenzja dopiero w poniedziałek. Między obiadem a deserem też planuję coś przeczytać, także w przyszłym tygodniu recenzji będzie więcej.

Pozdrawiam!
A.
Read more ...

Sala samobójców

24.2.13
NICK TO NIE IMIĘ. 

ŚWIAT TO NIE MATRIX. 

ŻYCIE TO NIE GRA, NIE DAJ SIĘ WYLOGOWAĆ!


Dominik to zwyczajny chłopak. Ma wielu znajomych, najładniejszą dziewczynę w szkole, bogatych rodziców, pieniądze na ciuchy, gadżety, imprezy i pewnego dnia jeden pocałunek zmienia wszystko. "Ona" zaczepia go w sieci. Jest intrygująca, niebezpieczna, przebiegła. Wprowadza go do "Sali samobójców", miejsca, z którego nie ma ucieczki. Dominik, w pułapce własnych uczuć, wplątany w śmiertelną intrygę, straci to, co w życiu najcenniejsze… [źródło]

Film Jana Komasy chodził za mną już od dłuższego czasu. Wszyscy go zachwalali, dziewczyny szalały za głównym bohaterem, a nauczyciele stawiali go za przykład, aby nas wychowywać. Mnie zawsze było z nim nie po drodze. A to brak czasu, a to coś innego (czytaj inny film) do obejrzenia. Ostatnio jednak postanowiłam się za siebie wziąć i nadrobić zaległości. Chęć sprawdzenia, co się kryje pod owym tytułem i czy swego czasu fenomen kina spodoba się i mnie przeważyła szale. I tak oto zasiadłam dzisiaj przed ekranem komputera i obejrzałam ten wychwalany przez wszystkich film. I powiem już teraz, że również i ja jestem nim zachwycona.

Film porusza problem dość ważny dla młodzieży, a mianowicie samotności i ewentualnych konsekwencji, do których może ona prowadzić. Każdy z nas ma problemy, mniejsze lub większe. Czasem może się zdarzyć, że nie umiemy sobie sami z nimi poradzić. Ludzie wrażliwi odczuwają to głębiej. W "Sali samobójców" widzimy, jak pewnemu chłopakowi z dnia na dzień załamuje się życie, przez co ucieka w świat wirtualny. Tam znajduje pocieszenie, którego nie mogą mu dać wiecznie zapracowani rodzice. Jednak, jak można się tego spodziewać nie kończy się to dobrze. Wyraźnie widzimy wiele innych alternatywnych zakończeń. Wiele furtek, które Dominik mógł wybrać, aby zmienić swoje życie. Nie zrobił jednak tego, i właśnie to tak nas porusza.

"Sala samobójców" stoi naprawdę na wysokim poziomie. To pierwsza produkcja w Polsce, gdzie akcja dzieje się częściowo w świecie awatarów. Dla mnie, jako dla antyfanki gier mógłby to być problem, jednak było wprost przeciwnie. Momenty "komputerowe" były nagrane bardzo dobrze. To swego rodzaju film w sieci, a akcja tam jest równie ważna, a czasem nawet ważniejsza niż w realu. Nie mogę też nic zarzucić grze aktorów. Doborowa obsada zrobiła swoje. Jakub Gierszał doskonale wywiązał się z postawionego mu zadania. Roma Gąsiorowska jak zwykle mnie zachwyciła. Śmiało mogę stwierdzić, że to jedna z lepszych polskich aktorek. Jej osoba hipnotyzuje chyba każdego. W tym filmie również tak było.

"Sala samobójców" to może nie idylla, którą ogląda się na poprawę humoru ani nie dobra opcja na nudę. To film, który porusza pewien problem, daje przestrogę na przyszłość, a nawet w pewnym stopniu uczy nas życia. Zakończenie wyciska łzy z oczu. Ja ciągle miałam nadzieję, że wszystko się jeszcze jakoś ułoży. Większość z z Was pewnie ma ten film już za sobą. Jeżeli jednak ktoś, tak jak ja, jeszcze go nie widział, to zdecydowanie go Wam polecam. 



I znowu muszę przeprosić za długo nieobecność. Powody chyba zna każdy. Książki się czytają, a recenzje piszą, także już niedługo coś się powinno pojawić. To moja pierwsza recenzja filmu. Nie mam za bardzo wprawy, bo jestem przyzwyczajona do recenzowania książek. Mam nadzieję, że nie wyszła strasznie źle.
Tymczasem pozdrawiam Was ciepło. Miłej niedzieli.
 A.

Read more ...