Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

[PRZEDPREMIEROWO] Księga snów - Nina George

29.12.16


Nina George to autorka Lawendowego pokoju i Księżyca nad Bretanią– książek, za którą pokochało ją wielu czytelników. Teraz wraca na polski rynek z nową pozycją. Czy i ta okaże się bestsellerem?

Na początek muszę zaznaczyć, że nie miałam jeszcze okazji czytać poprzednich książek autorki. Nie będę więc mogła w swojej recenzji porównać tych pozycji i powiedzieć, czy Księga snów im dorówna. Niemotywowana niczym i ze zdecydowanie czystym kontem opowiem Wam, dlaczego tak bardzo urzekła mnie ta pozycja.

Pierwszą rzeczą, która przemawia na plus, jest zdecydowanie sama fabuła. To historia trojga ludzi, których losy w pewnym momencie zostają połączone. Henri to były reporter wojenny, który ulega wypadkowi ratując tonącą dziewczynkę. Zapada w śpiączkę, a każdy dzień staje się dla niego walką o życie. Jego syn – Sam – nigdy go nie poznał, a nie marzy o niczym innym. Odwiedza więc ojca w szpitalu i czeka, aż ten się obudzi. Eddie zaś jest byłą dziewczyną Henriego, którą ten, mimo rozstania, upoważnił do podejmowania wszelkich decyzji w sprawie swojego leczenie.

Tytuł Księgi snów doskonale oddaje istotę samej książki. Akcja właściwa poprzetyka jest sennymi wspomnieniami z przeszłości bohaterów oraz różnymi wersjami danej decyzji. Wszelkie retrospekcje zawsze witam naprawdę entuzjastycznie. Pozwalają one głębiej spojrzeć na daną historię, poznać motywacje bohaterów i to, jak zmienili się na przestrzeni lat. Tutaj te wspomnienia były jeszcze bardziej istotne, bo pozwoliły poznać Henriego – mężczyznę w śpiączce. Bez nich nie wiedzielibyśmy wiele o tej postaci. W tym wypadku dały nam podstawę, aby móc wyrobić sobie o nim zdanie.

I choć taka konwencja łączenia rzeczywistej opowieści ze wspomnieniami w pewnym momencie mogłaby stać się przytłaczająca i zacząć nudzić, tutaj tak się nie dzieje! A wszystko za sprawą talentu pisarskiego autorki. W fenomenalny sposób kreuje świat przedstawiony, w którym każda drobna czynność, każdy opis emocji i każde przemyślenie bohaterów ciekawią. To taki rodzaj książki, która spokojnie płynie do przodu, przedstawia kolejne wydarzenia i kolejne istotne fakty. I właśnie w takim kształcie jest najdoskonalsza.

Wielkie brawa należą się też za kreację postaci. Nie brak im głębi i prawdziwości. Zwłaszcza Sam ze swą inteligencją i niewinnym podejściem do świata chwyta za serce. Jest nieprzeciętnie mądry, pewne fakty rządzące światem rozumie na swój sposób, ale z pewnością nie można mu zarzucić dziecinności. Jego szczerość sprawia, że wręcz trzeba dopingować go w jego działaniach. Również Henri i Eddie otrzymali cechy, które wybijają ich ponad przeciętność, a na dalszy rozwój wypadków z nimi związanych czeka się z niecierpliwością.

Bardzo się cieszę, że mogłam przeczytać Księgę snów. To naprawdę piękna opowieść o zakrętach, na które może zaprowadzić nas życie, o poświęceniu i miłości, która jest w stanie przetrwać naprawdę wiele. I choć może to brzmieć, jak banał, to sposób kreowania świata Niny George sprawia, że nie można nie zachwycić się tą opowieścią.  

Nina George, Księga snów, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, 2017

DATA PREMIERY: 01.02.2017
Read more ...

Całkiem niezła potrawa [Przepisy na miłość i zbrodnię - Sally Andrew]

19.7.16




Ostatnio w moje ręce trafiła pewna książka. Myślałam, że będzie kolejną przyjemną, choć przeciętną powieścią kryminalna-obyczajową. Nie macie pojęcia, jak bardzo pozytywnie się zaskoczyłam!

W Przepisie na miłość i zbrodnię poznajemy Tannie Marię, która pisze przepisy dla miejscowej gazety. Kiedy jednak pojawia się konieczność stworzenia działu porad w zamian za jej rubrykę kulinarną, kobieta postanawia radzić ludziom i tworzyć przepis dla każdego z nich. Pewnego dnia Maria musi pomóc kobiecie bitej przez męża. Kiedy dochodzi do jej zabójstwa, a sprawca nie jest znany, Maria angażuje się w śledztwo, aby sprawiedliwości mogło stać się za dość.

W tej książce jest wszystko, czego szukamy w idealnej powieści na wakacje. Zacznijmy może od wątku kryminalnego, bo to on spaja całą powieść. Kiedy rozpoczynają się poszukiwania mordercy, nie sposób nie zastanawiać się z bohaterami, kto popełnił ten haniebny czyn. Autorka przedstawia nam wiele dróg pełnych podejrzeć i insynuacji, wiele motywów i alibi, które aż chce się śledzić. Może to nie jest najbardziej zagmatwana powieść kryminalna, jaka miała okazję powstać, ale na pewno jedna z takich, które czyta się z najwyższą przyjemnością.

A wszystko za sprawą bohaterów, których lubi się od pierwszej strony. Czy to ciepła Tannie Maria, czy też szalona redaktorka Jessie, o potężnym komisarzu nie wspominając. Nie można się z nimi nie zżyć i nie przeżywać ich losów. Wszystko okraszone jest przepisami kulinarnymi. Czytając o nich aż cieknie ślinka i nachodzi człowieka ochota na gotowanie. Tannie Maria ma przepis na każdą bolączkę. Z pewnością poradzi też coś na Wasze! No i do tego afrykański klimat. Po prostu cudeńko!

Mówcie, co chcecie, ale mnie ta książka bardzo przypadła do gustu. Miło, sympatycznie, z dreszczykiem grozy, no i przepysznie! Lepszej książki na wakacje nie można znaleźć!


Read more ...

Love can be ugly sometimes [Ugly Love - Colleen Hoover]

8.5.16



To nie będzie kolejna recenzja z serii "Uwielbiam książki Colleen Hoover"! To nie będzie kolejne rozpływanie się nad talentem pisarskim i doskonałością kunsztu autorki!To będzie natomiast pełne żalu przekazanie mojego szczerego zawodu. Bo wiecie z pewnością, że uwielbiam pióro Colleen Hoover i cenię ją za to, co pokazuje czytelnikom w swoich powieściach. Nie tym razem, moi mili!

W Ugly Love na warsztat została wzięta pewna brudna miłość dwojga ludzi - Tate i Milesa. Ona przeprowadza się do brata, aby rozpocząć studia i pracę w innym mieście i powoli stanąć na własnych nogach. On to zamknięty w sobie, pełen bólu pilot mieszkający naprzeciwko. Już od pierwszego spotkania coś między zaskakuje, ale droga do szczęścia nie będzie ani przez chwilę prosta.

I właśnie ta droga do happy endu niespecjalnie mnie zachwyciła. To nie tylko to, że nie mogłam zrozumieć zachowania bohaterów. Nie zawsze muszę się z nimi zgadzać. Co więcej, powinni oni podważać mój sposób myślenia i zmuszać do wyciąga jakichś wniosków. Tutaj, ich postępowanie wywoływało mój szczery sprzeciw. Mój system wartości kłócił się ze sposobem, w jaki była traktowana Tate. Bo ja na jej miejscu już dawno trzasnęłabym drzwiami i nigdy nie wróciła. Nikt nie ma prawa być traktowany, jak śmieć! Na żadnych warunkach! Miles powinien chyba złamać moje serce, tak jak to zrobił z wieloma innymi czytelniczkami. Problem w tym, że jego pełne sprzeczności zachowanie wywoływało tylko moją niechęć. Kiedy poznałam całą historię i wszystko nabrało dla mnie sensu faktycznie poczułam tragedię całej tej opowieści. Cały koszmar, który autorka zgotowała dla swoich fanów dotknął i moje serce. Jednak nie mogłam odczuć wcześniejszych momentów, które miały grać na moich emocjach. Niestety, mało mnie ta powieść nie dotknęła, a po Coollen Hoover właśnie tego się spodziewałam.

Ale nie byłabym tak rozczarowana tą książką, gdybym tylko z treścią się nie zgadzała. Tutaj samej jej artystycznej wartości nie mogłam pojąć. Wszechobecną erotykę można uznać za istotę tej powieści i nieodłączny element problemu, który przedstawia, ale dla mnie zaczęło to już zakrawać o powtarzalność i schematyczność. I naprawdę żałuję, że nie mogę uznać za dobry, rozdzierający serce pomysł, że ktoś nieumiejętność miłości zastępuje seksem. To smutny, naprawdę smuty rodzaj cierpienia. I podczas gdy wcześniej autorka zawsze zachwycała mnie formą książki i sposobem pisania, to tutaj dostajemy tylko narrację prowadzoną zarówno w teraźniejszości przez Tate, jak i w przeszłości przez Milesa. Zabrakło mi jakiegoś artystycznego powiewu tak dobrze nam znanego chociażby z Maybe someday czy Pułapki uczuć.

Może źle podchodzę do tej książki. Może te wszystkie moje emocje to objaw, że Ugly Love spełniło swoje zadanie, bo właśnie to miało mi pokazać i takie refleksje miałam wyciągnąć. Może to pokazuje, że tak naprawdę znów jestem zachwycona kolejną powieścią Colleen Hoover. Na dzień dzisiejszy jednak mówię tej książce "nie!". 

Colleen Hoover, Ugly Love, str. 338, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, 2016

Read more ...

W nowym ciele [Chłopak, który stracił głowę - John Corey Whaley]

9.4.16


Jesteś Travis Coates! Facet, który kopnął śmierć w tyłek, jakby była burym kundlem!

Gdybym poprosiła Was o wymienienie książki z motywem raka, każdy zrobiłby to bez zastanowienia. Pozycji tego typu jest bowiem na rynku bardzo wiele. Może i nawet za dużo. Na pierwszy rzut oka Chłopak, który stracił głowę jest kolejną powieścią, którą nic nowego nie wniesie do tematu. Nic bardziej mylnego! To bowiem pozycja, która ze starego tematu wyciąga zupełnie nowy problem.

Autor przedstawia czytelnikom Travisa - szesnastoletniego chłopaka, który zachorował na białaczkę limfoblastyczną. Śmierć wydaje się nieunikniona, Travis jednak decyduje się wziąć udział w eksperymencie. Jego głowa zostaje odcięta od ciała i poddana hibernacji, aby potem móc zostać przymocowaną do innego ciała. Czas oczekiwania na powrót nie wydaje się tak długi, jak początkowo sądzono. Już po 5 latach Travis wraca do żywych i musi nauczyć się żyć w zupełnie nowym świecie.

Chłopak, który stracił głowę właśnie ze względu na fabułę jest pozycją zgoła odmienną. Mam jednak poważne wątpliwości, co do prawdziwości przedstawionego w niej eksperymentu. Wydaje mi się to wszystko naprawdę nieprawdopodobne i trochę naciągane. Nie powiem Wam, jak to wygląda z medycznego punktu widzenia, bo nie mam takiej wiedzy, ale na pierwszy rzut oka utworzyła mi się w głowie wizja swego rodzaju science-fiction. Pomimo tego, właśnie takie ujęcie fabuły zaskakuje czytelników. Bo to naprawdę coś nowego. I chociaż to faktycznie historia o chorobie, to pomysł na opowiedzenie jej jest zupełnie inny, niż dotychczas spotykane. Nie będzie tutaj łzawych historii, pożegnań i pytań o niesprawiedliwość losu. Eksperyment stanowi świetny pretekst do prawdziwej istoty książki - rozważań na temat biegu czasu, przykrych konsekwencji choroby i drugich szans, jakie przed nami stoją. Bo właśnie z taką formą wychodzi ku nam John Corey Whaley.

I gdyby autor zatrzymał się tylko na tych tematach, to wyszłaby z tego naprawdę intrygująca książka. Niestety, całość zdominowała irracjonalna i nielogiczna obsesja głównego bohaterka na punkcie byłej dziewczyny. Nie mówię, że jego działania na początku były niezrozumiałe. W końcu obudził się po pięciu latach w zupełnie obcym świecie. Po pewnym czasie jednak to uparte tkwienie w przeszłości zaczęło nieco przytłaczać, a skupienie się autora głównie na tym temacie zabrało okazję do przedstawienia istotnych aspektów z innych wątków. 

Autorowi nie można odmówić lekkości w tworzeniu historii. Bardzo przypadł mi do gustu zabieg z nazywaniem rozdziałów ostatnimi słowami z poprzedniego. Całość dzięki temu nabrała ciągłości i spójności. John Corey Whaley pisze z wdziękiem i stylem. Dzięki temu, nawet mimo nieco dziecinnego głównego bohatera, czy nadmiernego skupienia się na jednym wątku, nie można nie polubić tej książki.

Chłopak, który stracił głowę to pozycja, która ma swoje wady. Ma też swoje mocne strony, a gdyby nie pewne kwestie wyszłaby z niej naprawdę świetna opowieść. Teraz jest po prostu dobra, a to wystarczające, żeby przyjrzeć się jej bliżej. Bo naprawdę dobrze się ją czyta, a czasem właśnie tego nam trzeba!

John Corey Whaley, Chłopak, który stracił głowę/ Noggin, str. 350, Wydawnictwo otwarte, Kraków, 2016

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte

Read more ...

Podaruj mi miłość, Święty Mikołaju!

22.11.15



Szum wokół świątecznych przygotowań ma zarówno przeciwników, jak i zwolenników. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Uwielbiam świąteczne piosenki, dekoracje i tę niezwykłą atmosferę. Naiwne przekonanie, że wszystko się może zdarzyć i jest całkowicie możliwe. Dlatego nie wahałam się ani chwili przed sięgnięciem po Podaruj mi miłość. Wiedziałam, że to będzie wybór idealny na tę porę.

Książka składa się z 12 opowiadań napisanych przez takich autorów, jak: Gayle Forman, David Levithan, Stephanie Perkins czy Rainbow Rowell. Główną tematyką są oczywiście święta i perypetie bohaterów z nimi związane. Mamy elfy, gwiazdę, która uciekła od menedżera, zagubioną studentkę, która niespodziewanie znajduje miłość czy młodocianego przestępcę zmuszonego do przygotowywania jasełek. Będzie śmiesznie, wzruszająco i emocjonująco. Jak widzicie tematyka jest dość różnorodna i każdy znajdzie coś dla siebie.

Nie wiem, czy to magia świąt, czy umiejętności pisarzy sprawiły, że książka tak bardzo przypadła mi do gustu. Nie każde opowiadanie mi się spodobało. Były takie, które strasznie mi się dłużyły, jak chociażby "Dziewczyna, która obudziła Śniącego", czy takie, które zwyczajnie do mnie nie trafiły, na przykład "Dama i lis". W większości jednak prostota historii i ich wszechobecny urok niezwykle mnie urzekły. Jak sugeruje sam tytuł, miłość to temat przewijający się w każdym opowiadaniu. Autorzy pokazują, że szczęście czeka tuż za rogiem, wystarczy tylko dać mu szansę. Słodycz to coś, czego tutaj nie zabraknie, ale nie martwcie się! Ani przez chwilę nie jest zbyt cukierkowo. Może po prostu świąteczna atmosfera sprawia, że zaczęłam mieć większą tolerancję na tego typu historie. Lekkość pióra, sprawne dialogi, charyzmatyczni bohaterowie i magia. Czego chcieć więcej od opowiadań świątecznych?

Jeżeli chodzi o moich ulubieńców, to mam ich kilku. Na samym początku zachwyciła mnie Rainbow Rowell i jej opowiadanie Północ. Potem dałam się porwać Matt de la Pena i Aniołom na śniegu. Bardzo przyjemnie czytało mi się też Cud Charliego Browna i Coś ty narobiła, Sophie Roth? Każde z tych opowiadań w jakiś sposób do mnie przemówiło. Czy to przez przeuroczą sytuację, którą wykreowali autorzy, czy przez tematykę, która w jakiś sposób mnie dotyczyła. Niezależnie od powodów, radość płynąca z lektury towarzyszyła mi od początku do końca.

Zbiór opowiadań Podaruj mi miłość to pozycja, która idealnie sprawdzi się w przedświątecznym okresie. Lekka, przyjemna i wywołująca ogromną radość u czytelnika. Takich historii chciałoby się czytać znacznie więcej. Z pewnością za rok wrócę do opowiadań jeszcze raz. A Wam naprawdę gorąco je polecam! Piękne wydanie sprawi, że książka sprawdzi się idealnie jako mikołajkowy czy gwiazdkowy prezent.

Podaruj mi miłość/My True Love Gave to Me, str. 429, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, 2015


Read more ...

[PRZEDPREMIEROWO] Tajemny ogień - C.J.Daugherty, Carina Rozenfeld

11.10.15


Z C. J. Daugherty spotkałam się wcześniej przy okazji uwielbianej przez wielu czytelników serii Wybrani. Choć przeczytałam tylko pierwszą część, to przyjemność, która mi towarzyszyła podczas lektury, narobiła mi ochoty na kolejne części. Dlatego też bez najmniejszego zastanowienia postanowiłam sięgnąć po inną opowieść, którą ta Pani stworzyła razem z Cariną Rozenfeld.

W Tajemnym ogniu poznajemy Taylor i Sachy. Całkiem różnych, choć tak do siebie podobnych dwoje młodych ludzi. Dziewczyna skupia się na szkole i dostaniu się na wymarzone studia, a chłopak buntuje się przeciw systemowi i zadaje z podejrzanymi ludźmi. W życiu obojga dzieją się jednak rzeczy, których inni ich rówieśnicy nie muszą doświadczać. Taylor w momentach złości i gniewu ma silny wpływ na elektryczność, a Sachy, jako pierwotnego syna, na których w jego rodzinie została rzucona klątwa, czeka śmierć. Kiedy Taylor zostaje wyznaczona przez nauczyciela do pomocy Sachy w angielskim, okaże się, że razem mogą zdziałać więcej, niż w pojedynkę.

Na początku muszę zaznaczyć, że podobnie, jak Wybrani, tak i Tajemny ogień nie jest książką wybitną. Nie znajdziemy tu tematów o problemach świata czy psychologicznych rozważań. Nie znaczy to jednak, że jest to książka zła! To jedna z tych powieści przy których możemy zapomnieć o otaczającym nas świecie i po prostu zrelaksować się będąc w świecie bohaterów. Autorki wykorzystały motywy, które wielokrotnie możemy spotkać w młodzieżówkach. Tajemnicze zdolności, o których bohaterka nie miała pojęcia czy czająca się gdzieś z tyły głowy klątwa. Ugryzły to jednak w tak niewymuszony sposób, że nie ma mowy o irytacji, która w innym przypadku mogłaby towarzyszyć czytelnikom. Te powszechne schematy zostały okraszone wywołującymi ciekawość historycznymi motywami i nieodkrytą tajemnicą, o których czytało się świetnie!

Muszę jednak przyznać, że Tajemny ogień nie wciągnął mnie tak, jakbym chciała. Może trafiło na zły moment, a może po prostu historia mi nie podeszła. Były momenty, które czytałam ze zniecierpliwieniem kolejnych stron, ale były też takie, kiedy chciałam jak najszybciej zakończyć rozdział. Niby wszystko było dobrze. Lekkość pióra i sprawne budowanie akcji przez autorki trzeba uznać za niewątpliwy plus. Podobnie jak mnogość bohaterów o bardzo różnorodnych charakterach. Nic jednak nie mogę poradzić, że oczekiwałam od samej siebie większych zachwytów w stosunku do tej historii.

Tajemny ogień to dobrze skonstruowana powieść młodzieżowa, która niewątpliwie spodoba się fanom gatunku. Lekka, z intrygującą historią i sympatycznymi bohaterami - na odstresowanie idealna! Choć na mnie pierwsza część nie wywarła tak dużego wrażenia, jakbym chciała, to mam szczerą nadzieję, że w przypadku kolejnych już tak będzie.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania Tajemnego ognia dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld, Tajemny ogień/The Secret Fire, str. 392, Wyd. Otwarte, Kraków, 2015

Read more ...

[PRZEDPREMIEROWO] Fangirl - Rainbow Rowell

23.7.15


Zastanawialiście się kiedyś jak to jest mieć siostrę bliźniaczkę albo brata bliźniaka? Taką kopię siebie, którą się zobaczy bez spoglądania w lustro. Ten fakt na pewno bardzo dobrze zna Cath i Wren, bohaterki powieści Fangirl Rainbow Rowell. Dziewczyny oprócz wyglądu nie mają jednak ze sobą wiele wspólnego. Wren lubi korzystać z życia i brać z niego garściami, Cath natomiast jest typem domatorki. Szaleje na punkcie Simona Snowa - bohatera książki, którą pokochał cały świat, a na dodatek pisze o nim fanfik i ma nawet swoich własnych fanów. W college'u jednak dziewczyny postanawiają się rozdzielić i zamieszkać oddzielnie, co dla Cath okazuje się niezwykle trudne. Na jej drodze staną nowi ludzie, a stare problemy poproszą o rozwiązanie.

Ciężko określić w kilku słowach, o czym jest ta książka. Pojawia się tu oczywiście temat fanfików. Nigdy nie pałałam do nich jakąś wielką miłością. Nie pisałam ich ani nie czytałam. Dlatego też fajnie było poznać ten świat i poczuć, na czym to tak naprawdę polega. Mamy też relacje między rodzeństwem oraz matką a córką. Niby tematy wielokrotnie przerabiane, ale jednak ugryzione z innej strony i wnoszące solidny powiew świeżości. Jest tu także dojrzewanie, różne sposoby na radzenie sobie z problemami oraz miłość. Czyli bardzo ciekawa mieszanka. 

Nawet nie macie pojęcia, jak przyjemnie czytało mi się tę książkę! Od początku do końca wypełniało mnie błogie uczucie, które kazało mi czytać kolejny rozdział, a zarazem nie czytać, żeby nie musieć się z nim żegnać. To nie tak, że nie dostrzegałam wad i dosłownie wszystko mi się podobało.  Nie potrafiłam jednak tak bezwarunkowo i w stu procentach pokochać tej książki. Drażniło mnie dziecinne zachowanie Cath i podejście do życia Wren. Niektóre fragmenty historii też raziły swoją naiwnością i aż nierealnością. Mimo to kocham sposób, w jaki ta powieść jest napisana! Lekko, niewymuszenie i z pasją, którą czuć na odległość. To jedna z tych pozycji, które pozwalają się oderwać od świata i zanurzyć w innej rzeczywistości. Rzeczywistości niby zwykłej, w której my sami moglibyśmy się znaleźć, a jednak przedstawionej tak, że tęsknimy do tego miejsca, choć w nim nie byliśmy. A do tego humor, który jeszcze bardziej wzbudza naszą sympatię do książki.

Fangirl nie jest powieścią idealną. Nie jest też arcydziełem, które będzie miało specjalne miejsce w mojej pamięci i do którego z pewnością wrócę. To książka, które doskonale umiliła mi czas. Którą świetnie mi się czytało i która pozwoliła zapomnieć o problemach. Nie zawsze musimy szukać geniuszu, czasem wystarczy coś, co urzeka swoją prostotą i co po prostu na kilka godzin sprawi, że znajdziemy się w innym świecie. Fangirl jest potwierdzeniem tego, dlaczego kocham czytać! Jeżeli chcecie poznać, dlaczego tak wiele ludzi zachwyca się Panią Rainbow Rowell, wystarczy wyciągnąć rękę i chwycić po tę powieść.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania Fangirl dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

Rainbow Rowell, Fangirl, str. 464, Otwarte, 2015 

Read more ...

Wybrani - C.J.Daughetry

25.5.15

Welcome to the jungle, welcome to the Cimmeria Academy!


Wybrani to dla mnie taka książka widmo. Zainteresowała mnie, już kiedy usłyszałam o planach na wydanie jej w Polsce. Wiedziałam wtedy, że koniecznie będę musiała ją przeczytać. Książka została wydana, zaczęły pojawiać się pierwsze pozytywne recenzje, ale mnie jakoś zaczęło być z nią nie po drodze. Potem kolejne tomy, nieustająca fala zachwytów, a ja wciąż nieuświadomiona, choć bardzo chętna, żeby poznać jej sekret. Aż w końcu nadszedł dzień ostatnich Targów Książki w Krakowie. Spotkałam autorkę, kupiłam książkę, lecz wciąż odkładałam przeczytanie. Na wszystko musi przyjść pora, więc i na moje przeczytanie Wybranych. Czy jednak takie odkładanie wyszło mi na dobre?

Główna bohaterka - Allie, to dziewczyna, która wciąż przeżywa tragiczne wydarzenia z przeszłości i nadal przechodzi fazę buntu. Kiedy trzeci raz w ciągu roku zostaje aresztowana, rodzice postanawiają coś tym zrobić. Decydują o wysłaniu jej do szkoły daleko od domu, o której nawet nigdy nie słyszała. Jak czytelnicy się mogli spodziewać, nie będzie to zwykła szkoła z internatem a niespodziewane wydarzenia szybką zniszczą początkową sielankę.

Akcja książki dzieje się właśnie w szkole z internatem. Wielokrotnie mieliśmy już okazję o tym czytać, ale temat ten chyba nigdy się nie znudzi. W internatach jest coś takiego, co sprawia, że chce się o nich czytać i w nich być. Ja nie jestem wyjątkiem. Akademia Cimmeria jednak to nie taka zwykła placówka oświatowa. Mogą się w niej uczyć tylko wybrańcy z uprzywilejowanych rodzin. Lecz nie to jest takie wyjątkowe. Szkoła osnuta jest wieloma tajemnicami, czasami radykalnymi zasadami i niespotykanymi regułami funkcjonowania. Nie wiadomo, komu ufać, kto mówi prawdę, a kto nie. Całość ta tworzy wyjątkowy klimat i gęsią skórkę przez cały proces czytania.

Muszę przyznać, że cała ta aura tajemniczości, jeżeli czytamy o niej z boku, może się wydać lekko sztampowa. Bo ileż to już razy byliśmy przekonywani takimi opisami? Ileż to razy próbowano przykuć naszą uwagę podobnymi sformułowaniami? Sama mam już dość podobnych frazesów, bo często mało one mają wspólnego z prawdziwą fabułą. Tym razem jest jednak inaczej! Autorka postarała się, żeby sprostać zapowiedziom i zagwarantować czytelnikowi moc rozrywek. Fabuła trzyma w napięciu od początku do końca, a barwny język sprawia, że od książki nie sposób się oderwać. Lubię takie opowieści, które pochłaniają mój czas i zmuszają do czytania kolejnych stron, a Wybrani właśnie tacy byli. Widać na pierwszy rzut oka, że autorka przemyślała całość. Powoli odsłaniała kolejne wątki, aby zmusić czytelnika do dedukcji i zastanawiania się nad tajemnicą, która wciąż pozostaje nieodkryta.

Nie wszystko jednak mi się podobało. Mimo zalet, są i wady. Książka w wielu momentach była niestety bardzo przewidywalna. Wiele ważnych dla fabuły wydarzeń, według mnie, zostały potraktowane po macoszemu. Chętnie przeczytałabym o wielu rzeczach nieco więcej. Czasem miałam wrażenie, że autorka odhacza z listy rzeczy do opisania i szybko przechodzi dalej. Raziła mnie też naiwność bohaterów. Nie mogło się również obyć bez miłosnego trójkąta. Choć nie był on tak denerwujący, jak w innych przypadkach, jednak był.

 Wybrani, mimo wad, to bardzo przyjemna i warta uwagi pozycja. Wyjątkowy klimat, skrywana zagadka i świat, do którego będzie chciało się wracać to rzeczy, które znajdziecie w środku. Kilka godzin przyjemnego spędzenia czasu gwarantowane! C.J. Daughetry stworzyła tajemnicę, którą ja zdecydowanie będę chciała poznać w kolejnych tomach!

Moja ocena: 7/10

C.J. Daughetry, Wybrani/Night School, str.432, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, 2013 


Read more ...

[PRZEDPREMIEROWO] Maybe someday - Colleen Hoover

29.4.15

Do książki powstał specjalny soundtrack, który perfekcyjnie oddaje jej ducha. Utworów najlepiej słuchać w takiej kolejności, w jakiej pojawiają się w książce. Wybrałam dla Was jednak piosenkę ze środka listy o tym samym tytule, co powieść. Maybe someday to doskonały przedsmak tego, co na Was czeka. Posłuchajcie! 



Długo zastanawiałam się, w jaki sposób oddać wszystkie emocje, które towarzyszyły mi podczas czytania. Jak przedstawić tę gamę wrażeń, które autorka pozostawiła przed czytelnikiem. I stwierdziłam, że nie potrafię. Nie potrafię w kilku słowach wytłumaczyć, jak piękna i do głębi przejmująca jest ta powieść. Colleen Hoover bardzo lubi pogrywać sobie z uczuciami czytelników, to fakt niezaprzeczalny. Postaram się jednak nieco naświetlić Wam, co czeka na Was w środku. 

Główną bohaterką powieści jest Sydney, której w dniu dwudziestych drugich urodzin wali się cały świat. Dowiaduje się, że chłopak, z którym była od dwóch lat, zdradza ją z najlepszą przyjaciółką a zarazem współlokatorką. W jednej chwili pozostaje też bez dachu nad głową. Przez ostatnie dwa tygodnie dziewczyna obserwowała balkonowe próby gry na gitarze swojego sąsiada Ridge'a . Napisała nawet do jednej piosenki słowa. To właśnie u niego Sydney postanawia się zatrzymać na jakiś czas, a przy okazji pomóc przy tekstach dla jego zespołu. Ten układ nie pozostanie jednak taki prosty. Rodzące się uczucie będzie dla bohaterów prawdziwym sprawdzianem siły woli.

Autorka w Maybe someday poruszyła bardzo wiele tematów i przedstawiła całość w taki sposób, że zyskała mój szczery szacunek. Kolejny raz nie unikała trudnych kwestii i trudnych sytuacji. W książce znajdziemy między innymi problem niepełnosprawności i tego, jak wygląda życie z nią. Po raz kolejny możemy się utwierdzić w przekonaniu, że każdy ma prawo do szczęścia i nie ważne, jakie widmo nad nim wisi i tak może żyć pełnią życia. Na kartach powieści będziemy obcować z ludźmi, dla których pasja - w tym wypadku do muzyki - jest nieodłącznym elementem istnienia. Ja jestem wręcz zakochana w umiejętności bohaterów do odzwierciedlania swych przeżyć w muzyce. Sama kreacja świata przedstawionego jest świetna! W zwykłych czynnościach autorka przemyca tyle uroku, że aż ciężko to opisać. Codzienność bohaterów należy do tych, której zdecydowanie chciałabym być częścią. Mogę nawet spać na wycieraczce! 
   
Jednak to, co najbardziej uderza w strukturze książki, to potrzeba zrobienia tego, co właściwe. Konieczność wywiązywania się z obietnic i pozostania po lepszej, bardziej moralnej stronie. Walka między tym, czego się pragnie, a tym, co powinno się zrobić. I właśnie to tak bardzo zniewala czytelnika. Bowiem czujemy się rozdarci wraz z bohaterami. I przeżywamy wszystko razem z nimi. Można by pewnie powiedzieć, że Maybe someday, to romans. Ale porównywanie powieści do innych, przeciętnych pozycji z tego gatunku, byłoby olbrzymim minięciem się z prawdą. Bo Maybe sameday tak naprawdę nie można przypisać do żadnego gatunku. W każdym bowiem będzie się wybijać i w każdym będzie znaczyć o wiele więcej od swoich koleżanek po fachu. Romans oczywiście pełni tu ważną rolę. Autorka umiejętnością doskonałego posługiwania się językiem sprawiła, że nie można nie pokochać uczucia, które połączyło bohaterów.

Muszę też jeszcze raz wspomnieć o soundtracku do książki. Muzyka w powieści to bardzo ważny temat. Bez niej Maybe someday byłoby zupełnie inną pozycją. Dlatego też możliwość słuchania utworów wykonywanych przez Griffina Petersona było świetnym dopełnieniem lektury. Sama lubię łączyć muzykę z książkami, więc fakt, że Maybe someday ma własny soundtrack cieszy mnie niezmiernie!

Wiem, że wszystko to, co napisałam, nie odda klimatu i piękna tej powieści. Żadne słowa nie odzwierciedlą emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury. Nie wiem, jak Colleen Hoover to robi, ale jej słowa docierają do najgłębszych zakamarków mojego serca i zostawiają w nim trwały ślad. Nie jestem w stanie udowodnić Wam, jak cudowna jest ta książka! Żeby się o tym przekonać, trzeba po prostu ją przeczytać! Nie ma innego wyjścia!

Moja ocena: 10/10

Colleen Hoover, Maybe someday, str. 389, Otwarte, Kraków, 2015

Za możliwość poznania Maybe someday serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

Read more ...

Szukając Kopciuszka - Colleen Hoover

18.3.15


Kojarzycie scenę z filmu The Holiday, w której emerytowany reżyser mówi do Kate Winslet, że w życiu są główne bohaterki i przyjaciółki i poucza ją, żeby nie zachowywała się jak przyjaciółka? W Hopeless i Losing Hope poznaliśmy Six właśnie jako przyjaciółkę i powierniczkę głównej bohaterki - Sky. Colleen Hoover pokazuje jednak, że każdy odgrywa pierwsze skrzypce we własnym życiu i kreuje z Six piękną główną bohaterkę.

Każdy z nas zna historię o Kopciuszku. Pokazuje ona to, co tak piękne w baśniach - że każde marzenie może się spełnić, dobro zawsze zwycięży, a piękno czeka na nas tuż za rogiem. Taką współczesną historią o Kopciuszku jest właśnie Finding Cinderella, o czym sugeruje nam sam tytuł. Pod uwagę wzięci są tym razem najlepsi przyjaciele bohaterów znanych nam z Hopeless i Losing Hope. Autorka pokazuje, jak krótka chwila w szkolnym schowku zmienia życie bohaterów na zawsze. Choć początkowo nie było im dane być razem, to jednak los postanowił mimo wszystko ich połączyć. Colleen Hoover przybliża relacje między tym dwojgiem i między śmiechem a łzami pokazuje, że każdy zasługuje na szczęście.

Lekkość i doskonałość piórka Hoover już wielokrotnie ustalaliśmy. Istnieje jednak taka niepisana zasada, że dodatki czy uzupełnienia do serii nie dorównują samej serii. Niestety w tym przypadku nie będzie inaczej, bo genialnemu Hopeless naprawdę ciężko dorównać. Szukając Kopciuszka nie jest jednak jednym z tych dodatków, który spokojnie mógłby nie powstać. Wywołuje bowiem uśmiech już od pierwszej strony. Spotkanie w schowku ani przez chwilę nie było przerysowane czy denerwujące. Choć takie pseudo romantyczne momenty często mnie wkurzają, to tu na szczęście tak nie było. Co więcej, pomysł autorki naprawdę mi się spodobał. Potem niestety pojawił się problem, który popsuł efekt już w Losing Hope. Chodzi mi o wszechobecny lukier, którym związek bohaterów aż ociekał. W pewnych momentach można sobie było spokojnie darować te wszystkie zachwyty. 

Szukając Kopciuszka, podobnie jak inne książki autorki, nie mogło zostać pozbawione trudnych tematów. Choć bomba emocjonalna nie jest tak wielka, jak poprzednimi razy, to i tak nie można przejść przez lekturę bez momentów na zastanowienie. Ważny aspekt stanowią tu pozory. O Six krążyło wiele opinii i pewnie też część była prawdą. Pozory mają jednak to do siebie, że często nie chce nam się przyjrzeć im bliżej i odkryć prawdę. Tak było właśnie z Six. Pod przykrywką wyluzowania ta dziewczyna skrywała wiele tajemnic, a fakt, że poradziła sobie z nimi sama, wzbudza wielki podziw. 

Na atrakcyjność Szukając Kopciuszka wpływa fakt, że narratorem jest tutaj Daniel. Poznaliśmy go, jako niezwykle zabawnego i pełnego dystansu do siebie i świata chłopaka. Takie podejście udziela się czytelnikowi i sprawia, że książkę czyta się niezwykle lekko i szybko. W Losing Hope niestety nie mogliśmy się dowiedzieć wielu faktów z dalszego życia bohaterów. Rekompensuje nam to Szukając Kopciuszka, która to historia dzieje się nieco później, niż wydarzenia z poprzednich książek. Sky i Holder nie są teraz na pierwszym planie, ale fakt, że pojawiają się gdzieś w tle i mamy okazję obserwować ich życie z boku, może być prawdziwą gratką dla fanów - ja byłam zachwycona. 

Choć Szukając Kopciuszka nie zachwyca tak, jak poprzednie autorki z tymi bohaterami, to z pewnością stanowi bardzo przyjemną opowieść, którą czyta się z pełnym zaangażowaniem i nieodłącznym uśmiechem na ustach. Historia Six i Daniela, podobnie jak w przypadku Kopciuszka, pokazuje, że szczęście czeka na każdego z nas i z pewnością wcześniej czy później nas znajdzie. 

Moja ocena: 7/10

Colleen Hoover, Szukając Kopciuszka/Finding Cinderella, Otwarte, Kraków, 2015
Read more ...

Losing Hope - Colleen Hoover

22.2.15

Po genialnym Hopeless nie mogłam otrząsnąć się z emocji. Autorka rozbiła moje serce na drobne kawałeczki i potem pozostawiła z koniecznością pozbierania ich znowu do kupy. Nie było łatwo. Kiedy jednak dowiedziałam się, że na polskim rynku zostanie wydana kontynuacja powieści, wiedziałam, że będę ją musiała jak najszybciej przeczytać. Losing Hope to w zasadzie nie kontynuacja, ale ta sama historia opowiedziana z punktu widzenia Holdera. Pokazuje nowe spojrzenie na całość i przybliża niektóre fakty. 

Z reguły nie lubię za nadto wgłębiać się w opisy książek. Czytam oczywiście opisy nowo wydawanych pozycji, ale jeżeli chodzi o kolejne części, to unikam tego, jak ognia. Nie chcę bowiem zaserwować sobie jakiegoś soczystego spojleru i potem przez to cierpieć. Nie wgłębiałam się też zanadto w tematykę Losing Hope. Wiedziałam, że będzie to kontynuacja z punktu widzenia Holdera. Nic ponadto. Dlatego, gdy przyszło co do czego, zirytowałam się nieco na sposób reklamowania tej powieści, bo kontynuacji tu w sumie żadnej nie ma. Jest to świetne uzupełnienie serii, ale nie kontynuacja. 

Autorka pokazuje nam fakty z Hopeless, które przedstawione z punkty widzenia Holdera, nabierają nowego sensu. Po przeczytaniu książki widzę, jak niepełna byłaby ta historia, bez uzupełnienia jej przeżyciami naszego męskiego bohatera. Dopiero teraz, wszystko jest przedstawione w odpowiedni sposób, bez niedopowiedzeń i niewyjaśnionych kwestii. Obawiałam się trochę, że książka będzie mnie nudzić, bo już przecież znam tę historię. Tak się na szczęście nie stało. A co więcej, przeżywałam ją na nowo. I na nowo zakochiwałam się w każdym słowie, które autorka postanowiła przelać na papier. Na nowo czułam też ból, który towarzyszył bohaterom. Trudne tematy nie mogły tu zostać pominięte. Colleen Hoover przedstawiła wiele tragedii i pociągnęła tym za najczulsze struny czytelników. Bardzo podobały mi się też listy Holdera do siostry. Przybliżały one więź, która ich łączyła i podkreślały ból po stracie. Naprawdę bardzo trafiony zabieg. Jeżeli chodzi o bohaterów, to ze względu na narrację, postać Holdera zostaje nam przybliżona znacznie bardziej, niż w Hopeless. Nie da się nie docenić jego wrażliwości i nie cierpieć razem z nim. Jeżeli chodzi o jego związek ze Sky, to podobnie jak poprzednio jest pełen fajerwerków. Muszę napisać jednak, że ta słodycz i uwielbienie, którą Holder prezentował, momentami zaczęła mnie irytować. Niestety.

Losing Hope to doskonałe dopełnienie Hopeless. Obie pozycje po prostu nie istnieją bez siebie. Nie muszę więc chyba pisać, że każdy kto czytał Hopeless, powinien czym prędzej sięgnąć i po Losing Hope. A tym, którym historia jest nieznana powiem po prostu: przeczytajcie ją! Przeczytajcie, aby zmiażdżyła Wam serce, bo dla takich opowieści warto je znów składać w całość!

Moja ocena: 8/10

Colleen Hoover, Losing Hope, str. 355, Otwarte, Kraków, 2015
Read more ...

Julia. Trzy tajemnice - Tahereh Mafi

14.12.14

Seria o Julce i jej przygodach wielokrotnie przewijała się już na tym blogu. Kiedy w czerwcu przeczytałam ostatnią część trylogii, bardzo trudno było mi się z nią pożegnać. Na szczęście Wydawnictwo Otwarte postanowiło wydać nowelki do serii, dzięki czemu wielu fanów, w tym ja, miało okazję na ponowne spotkanie z genialnym piórem autorki.

Nowelki to już jednak nie kolejny tom serii. Akcja nie kroczy do przodu, nie pokazuje nowych wydarzeń. W książce znajdziemy uzupełnienie tego, co już miało miejsce. Zdarzenia przedstawione są z innych punktów widzenia niż dotychczas - Warnera i Adama. W pierwszej nowelce narratorem jest właśnie Warner, który przybliża wydarzenia, które działy się pomiędzy pierwszym a drugim tomem. W drugiej nowelce Adam przedstawia akcję pomiędzy drugą a trzecią częścią. 

Fakt, że są to krótkie nowelki, a nie kolejna książki autorki widać na każdym kroku. Objawia się to chociażby w języku, który pozbawiony jest typowej dla pisarki zabawy słowem, czy chociażby dopasowywania ustawienia wyrazów do danej sytuacji. Autorka ma już chyba taką nadprzyrodzoną zdolność do pięknego pisania, więc i te opowiadania zostały napisane niezwykle chwytliwe, bardzo przystępnie dla czytelnika. Nie ukrywam jednak, że brakowało mi stylu typowego chociażby dla części drugiej. Jako, że opowiadania mają na celu uzupełnienie znanej akcji, a nie kreowanie nowej, mało rzeczy zaskakiwało. Więcej uwagi zostało poświęconej bohaterom.

Właśnie dzięki Destroy Me Warner zyskał nową twarz. Wiecie pewnie, że jak bardzo uwielbiam tego bohatera, dlatego też wydarzenia z jego punktu widzenia czytało mi się po prostu genialnie. Jego osobowość mogliśmy stopniowo odkrywam przez trzy tomy serii, ale w całości poznajemy go chyba dopiero tutaj. Jako narrator przedstawia przed czytelnikiem wszystkie zakamarki swojej duszy i sprawia, że niewieście serca zaczynają go kochać jeszcze bardziej. Zupełnie inaczej sytuacja ma się z Adamem, będącym narratorem Fracture Me. Podczas gdy wcześniej udawało mi się jeszcze jakoś hamować z moją niechęcią do niego, teraz już zapałałam czystą nienawiścią. Egoizm i fałsz bił od niego na kilometr i to właśnie tak bardzo nie pozwalało mi czytać drugiej nowelki w spokoju. Może nawet bym mu współczuła, bo cała sytuacja bardzo się na nim odbiła i zmieniła go zdecydowanie na niekorzyść, ale cóż, jakoś nie potrafię być dzisiaj taka miłosierna. Na koniec możemy poznać Dziennik Julii, o którym już wielokrotnie była mowa. Ci, którzy czytali serię, wiedzą, jak piękne potrafią być przemyślenia głównej bohaterki. Teraz jest okazja, aby przeczytać ich więcej.

Nie da się ukryć, że nowelki to nie to samo, co genialna seria. Nie zachwycają już tak bardzo, ani nie wyrywają serca, jak to miało miejsce poprzednio. Bardzo dobrze jednak sprawdzają się w roli uzupełnienia znanych wydarzeń. Dla wszystkich fanów serii będzie to z pewnością świetne kolejne spotkanie.

Moja ocena: 7/10

Tahereh Mafi, Julia. Trzy tajemnice/Unite Me, str. 199, Otwarte/Moondrive, Kraków, 2014
Read more ...

Niezbędnik obserwatorów gwiazd - Matthew Quick

23.8.14

Na Niezbędnik obserwatorów gwiazd czaiłam się już od jego premiery. Prawie wszyscy go zachwalali, a autor był porównywany do niezastąpionego Johna Greena. Choć planowałam sięgnąć najpierw po pierwszą książkę autora wydaną w Polsce - Poradnik pozytywnego myślenia - to splot wielu różnych czynników sprawił, że zaczęłam w końcu czytać Niezbędnik...

Życie w Belmont nie jest łatwe. Czarne gangi i irlandzka mafia wcale nie są tam jakąś abstrakcją. Co więcej, sprawiają, że strach wychodzić z domu po zmroku. Dla mieszkającego tam Finley'a nie jest to jednak jedyny problem. Jego matka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, dziadek został pozbawiony nóg, a ojciec pracuje na nocną zmianę. On sam woli nic nie mówić, niż powiedzieć za dużo. Pocieszeniem jest dla niego dziewczyna i koszykówka. Pewnego dnia jego trener - mentor i osoba, której każde polecenia nastolatek jest w stanie wykonać - prosi go o przysługę. Finley ma pomóc zaaklimatyzować się w miasteczku pewnemu chłopakowi, którego życie doświadczyło, zdaje się, równie bardzo, co Finley'a.

Nie da się ukryć, że dzieło Quicka jest na swój sposób niezwykłe. Świadczy o tym kilka czynników. Po pierwsze psychologiczny wydźwięk, który objawia się przy kreacji bohaterów. Zarówno główny bohater, jak i jego dziewczyna czy nowy przyjaciel nie tylko są na swój sposób wyjątkowi i skonstruowani z najwyższą dokładnością, ale też przedstawiają nam pewne problemy. Każdego z nich coś gryzie, każde szuka ucieczki od codzienności i czegoś lepszego w życiu. Muszę przyznać, że jestem zachwycona tym, jak autor oddał ich naturę i charakter. Widać było zmiany, jakie zaszły w postaciach przez wydarzenia, którym musieli sprostać, dało się też zauważyć walkę z samym sobą i z otaczającą rzeczywistością. Byli wyraziści, przedstawiali pewne ważne sprawy i nieśli nadzieję. Czego chcieć więcej?

Z mojego opisu kreacji bohaterów można już wywnioskować, że tematyce powieści też nie można niczego zarzucić. Autor skupia się na problemach nastolatków, które w jakiś sposób mogą dotyczyć i nas. Mówi nam o szukaniu swego miejsca na ziemi, walce o lepsze jutro, przyjaźni i akceptacji. Robi to wszystko opisując historię, którą śledzi się z najwyższym zaangażowaniem. Choć może nie dzieje się tu wiele, to losy bohaterów, ich codzienność i problemy absorbują całą uwagę czytelnika tak, aby nie pozostawić mu niedosytu. Tematyka powieści i styl autora idą ze sobą w parze. Matthew Quick ma w swoim piórze coś niesamowicie pozytywnego. Choć w Niezbędniku poruszył trudne tematy, to jednak pozostawił mnie z uczuciem nadziei, swego rodzaju pocieszeniem i pozytywnym nastawieniem.

Nie mogłam nie zachwycić się Niezbędnikiem obserwatorów gwiazd. Świetnie stworzeni bohaterowie, poruszająca problematyka i pozytywnie nastrajające zakończenie to rzeczy, które przesądziły o moim odbiorze. Książka może nie zostanie moim życiowym przewodnikiem i pewnie nie będę do niej wracać szukając pocieszenia, ale nie zmienia to faktu, że jest jedną z lepszych pozycji, jakie przeczytałam w tym roku.

Moja ocena: 9/10

Matthew Quick, Niezbędnik obserwatorów gwiazd/Boy 21, str.313, Otwarte, 2013

Read more ...

Hopeless - Colleen Hoover

9.7.14


Są takie lektury, które na pierwszy rzut oka niepozorne, potem wstrząsają nami do głębi. O Hopeless było głośno już na długo przed premierą. Przyznaję, że właśnie ten szum popchnął mnie do sięgnięcia po książkę Colleen Hoover. Początkowo obawiałam się, że może fanów jest już zbyt wiele i ja nie dołączę do ich grona. Szybko jednak przekonałam się, że moje obawy są bezpodstawne.

New Adult spotykamy ostatnio na każdym kroku. Trudna przeszłość, wielka miłość - zbyt wiele do tłumaczenia tu nie ma. W Hopeless też mamy ten schemat. Dwójka nastolatków - Sky i Holder - ze złą reputacją. Kiedy się poznają, już wtedy kłopoty można wyczuć w powietrzu. Wspólnie spędzony czas sprawia, że coraz bardziej zbliżają się do siebie. Połączy ich wielka miłość, a odkryte fakty z przeszłości będą miały drastyczny wpływ na ich życie.

Ustalmy coś na początku. Hopeless to NIE JEST kolejny błahy romans. To też NIE JEST kolejne takie samo New Adult. Mamy tu wszystkie potrzebne cechy, które mogą zapowiadać przeciętną historię, ale już po kilku stronach czytelnik zdaje sobie sprawę, że wcale taką nie będzie. Całość niesie za sobą tak olbrzymie emocje, że aż nie można tego wyrazić słowami. Od pierwszej do ostatniej strony doświadczyłam gamy różnych przeżyć, od dobrych po złe. Byłam wielokrotnie wściekła na autorkę, że postanowiła przed bohaterami takie kłody, ale też wdzięczna, że postanowiła ominąć je w taki sposób. Zakochałam się w przedstawionym uczuciu, ale też serce mi się krajało, kiedy czytałam o bólu. Rozwiązując kwestię romansu, trzeba szczerze przyznać, że w przypadku Sky i Holdera to nie jest jakieś cukierkowe uczucie. Ich relacja jest delikatna, subtelna i na swój sposób magiczna, ale od cukierkowości dzieli ją olbrzymi ból, obok którego czytelnik nie może przejść obojętnie.

Podobał mi się pomysł z systematycznym powracaniem do przeszłości w snach. Choć przez to domyśliłam się bardzo szybko, co jest grane, to jednak fakt ten pozwolił mi inaczej spojrzeć na zachowanie bohaterów. Jestem pod olbrzymim wrażeniem całego konspektu książki, który sprawia, że jest to na naprawdę dobra lektura. Jestem też pod wrażeniem małych gestów, prostych czynności i codzienności. Bo czytało się o tym świetnie! Do tego język autorki, który wywołał całe to uwielbienie i gamę przeżyć. Colleen Hoover przedstawiła tę pozycję w naprawdę świetny sposób, zaczarowała tłumy, a w tym mnie.

Pokochałam też całym sercem bohaterów. Zacznijmy od Sky, którą podziwiam za odwagę i współczuję jej tego, co musiała przejść. Lubiłabym ją i bez tego. Za to, jaka była i po prostu, bo tak! Może to świadczyć o tym, że spełniła rolę sympatycznej bohaterki. Holder to chłopak w stylu tych, w których możemy się zakochać, na pierwszy rzut oka zbyt idealny, żeby okazał się prawdziwy. Był też jednak bardzo złożoną postacią. Trudno go było rozgryźć i wytłumaczyć sobie jego zachowanie. Później to wszystko nabrało sensu oczywiście. Pokochałam też innych. Choćby Six czy Breckina. Byli bohaterami w rodzaju tych, których po prostu trzeba lubić. Wszystkie postaci stworzone przez autorkę mają tu jedną, ważną cechę - emanują prawdziwością. I za to ich uwielbiam!

Nie chcę zdradzać o Hopeless już nic więcej, niż to zrobiłam wcześniej. To po prostu jedna z tych książek, które trzeba przeczytać samemu i przeżyć opowiadaną w nich historię, bo wszelkie spoilery mogą tylko popsuć radość z lektury. Ja jestem ogromnie szczęśliwa, że ją poznałam, bo dawno żadna książka nie poruszyła mnie aż tak bardzo. Dawno nie czytałam lektury, z której emocje wylewały się dosłownie z każdej strony, a ja przy tym przeskakiwałam od radości do smutku. Przeczytajcie! Choćby z ciekawości, o co cały ten szum. Przekonacie się, że Hopeless to pozycja niezwykła!

Moja ocena: 10/10

Colleen Hoover, Hopeless, str. 377, Otwarte/Moondrive, 2014

Read more ...

Requiem - Lauren Oliver

29.6.14

Lauren Oliver trylogią Delirium zyskała sobie bardzo wielu fanów. Wizja świata, gdzie miłość jest chorobą, zaintrygowała i mnie. Dwa poprzednie tomy, choć może bez olbrzymiego zachwytu, zaliczyłam do udanych i wartych przeczytania. Z tego właśnie powodu bardzo chciałam w końcu poznać zakończenie tej historii. Zachęcona obejrzanym pierwszym odcinkiem serialu na podstawie serii, szybciutko sięgnęłam po stojącą na półce książkę. 

Ruch Oporu w Requiem jest coraz silniejszy, a rewolucja staje się nieunikniona. Odmieńcy nie są już abstrakcją, to teraz realne zagrożenie dla rządu. Lena, jako jednak z nich, staje w centrum wydarzeń, aby móc walczyć o prawo wyboru i miłość. Rozdarta wewnętrznie, będzie musiała zmierzyć się z wieloma własnymi demonami. Tymczasem Hana prowadzi spokojne życie w Portland. Wszystkie jej zajęcia podporządkowane są zbliżającemu się ślubowi z nowym burmistrzem. Czy jednak dziewczyna naprawdę tego chce?

Każdy chyba przyzna, że pomysł na tę serię jest naprawdę oryginalny i wart uwagi. Autorka świetnie wprowadziła nas w całość w Delirium, a potem dostarczyła całego morza emocji w Pandemonium. Chciałoby się więc, aby i zakończenie było na podobnym poziomie. Niestety dla mnie takie nie było. Niby odnaleźć tu można wszystkie elementy charakterystyczne dla Lauren Oliver, ale jednak coś nie zagrało. Nie było już tych samych emocji czy radości z czytania, co przy poprzednich częściach. Choć działo się sporo, to ja i tak czuję wielki niedosyt. Odniosłam wrażenie, że działania Odmieńców toczą się trochę bez ładu i składu. Najgorsze dla mnie było jednak zakończenie, które nie mówi w sumie nic o rozwiązaniu losów bohaterów. Tak jakby przewidziany był kolejny tom. Autorka z pewnością chciała zostawić wyobraźni czytelników pole do popisu, ale ja mimo wszystko chciałabym, żeby wyjaśniło się trochę więcej. Jak chociażby kwestie sercowe, sprawa Hany czy dalsze losy Odmieńców.

Podczas gdy w Pandemonium nie przypadł mi do gustu pomysł na podział fabuły na "Teraz" i "Wtedy", tak w Requiem opowiadanie historii na przemian przez Lenę i Hanę naprawdę pokochałam. Hana jest bardzo charyzmatyczną postacią i możliwość ujrzenia jej życia była tutaj naprawdę trafionym pomysłem. Muszę przyznać, że te rozdziały przypadały mi do gustu o wiele bardziej, niż te opowiadane przez Lenę. Była w nich pewna tajemnica i napięcie, które usprawniały czytanie. Zachowanie Leny w tym tomie naprawdę mnie męczyło. Choć dziewczyna przeszła olbrzymią przemianę i w poprzednich częściach naprawdę mi to u niej imponowało, to tutaj jednak jakoś straciło to dla mnie na znaczeniu. Podziwiam za to Hanę i to, co zrobiła na koniec. Oprócz pokierowania wydarzeniami w taki sposób, autorka nie zapomniała o charakterystycznym dla siebie stylu. Jej język jest bardzo charakterystyczny i ja osobiście lubię go naprawdę bardzo. Pełno tu metafor czy okazji do przemyśleń. Nie jest to jednak nachalne czy wymuszone, co bardzo się ceni. 

Tak pięknie ukazane wcześniej uczucia, w Requiem stały się dość nijakie. Wrogość Leny w stosunku do powstałego z martwych Alexa i odsunięcie się od Juliana nie wpływały na jakieś romantyczne momenty czy chwile wzruszeń. W sumie w ogóle ich nie było, także ci, którzy są zainteresowani rozwojem kwestii sercowych, niestety muszą spotkać się z rozczarowaniem. Na tym polu jest naprawdę mdło. Autorka skupiła się głównie na walce, a balansu między nią a miłością do Alexa i Juliana niestety zabrakło. I znów pojawia się sprawa zakończenia, bo nawet tam nie dowiadujemy się do kogo będzie należeć serce Leny.

Niestety Requiem okazało się dla mnie sporym rozczarowaniem. Zniknęła gdzieś atmosfera dwóch poprzednich tomów. Choć autorka zachowała charakterystyczne dla swego stylu elementy, to jednak od całości chciałoby się czegoś więcej. Na plus wpływać może bardzo piękne końcowe przesłanie, które jednak nie rekompensuje niedosytu. Mimo wszystko uważam, że jeżeli przeczytaliście pozostałe części, warto poznać i to nieudane zakończenie trylogii.

Moja ocena: 5/10

Lauren Oliver, Requiem, str. 390, Otwarte/Moondrive, Kraków 2013
Read more ...

Dar Julii - Tahereh Mafi

24.6.14



Autor: Tahereh Mafi
Tytuł: Dar Julii
Tytuł oryginału: Ignite Me
Seria: Dotyk Julii #3
Liczba stron: 383
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive





Magii serii Dotyk Julii pozwoliłam się uwieść, dopiero przeczytawszy tom drugi. Moje wygórowane oczekiwania co do pierwszej części nie zostały niestety zaspokojone, ale wartką akcją kolejnej odsłony serii autorka w pełni mi to zrekompensowała. Dlatego też czym prędzej postanowiłam sięgnąć po trzecią część.

W Darze Julii główna bohaterka przechodzi gruntowną przemianę. Wie już, czego chce. Wie, co musi zrobić. Zdaje się bowiem, że tylko ona jest odpowiednią osobą, aby pokonać Andersona. Po tym, jak Warner uratował jej życie, jest zmuszona, aby mu zaufać i zgodnie z jego początkowym zamiarem wyruszyć na podbój świata. Potrzebuje do tego jednak swoich przyjaciół. Jak będzie wyglądała współpraca tej grupy? Komu Julia powierzy swoje serce?

Podobnie, jak w poprzednich tomach, tak też i tu, wiele się dzieje. Zakończenia serii mają to do siebie, że niosą ze sobą całe morze emocji. I tutaj ich nie zabrakło. Już od samego początku dostajemy wiele szokujących faktów, wiele momentów trzyma w napięciu, wiele rzeczy zaskakuje. Autorka skupiła w tej części wiele uwagi na wątku miłosnym. Rozwiązanie go w taki sposób, jak najbardziej mnie satysfakcjonuje. W całej serii został przedstawiony naprawdę świetnie. Niestety, wielkiego sensacyjnego bum, na które czekałam w tej części, nie dane mi było doświadczyć. Dużo tu było przygotowywań, a sama walka poszła, jak po maśle. Skrycie liczyłam na jakieś przeciwności, z których bohaterowie wyjdą w blasku chwały. Nie było tego i pod tym względem jestem niezmiernie niepocieszona.

Autorka w Darze Julii zmieniła nieco styl swojego pisania. Nie ma tu już bowiem charakterystycznych dla niej przekreślonych zdań - myśli, których Julia się wypiera. Ja odbieram to jako symbol przemiany bohaterki, faktu, że nie boi się już świata, nie zapiera się siebie i chce walczyć. Choć trochę mi tych przekreśleń brakowało, to jednak podziwiam autorkę, że potrafiła z nich zrezygnować, na rzecz tego symbolu. Wciąż jednak mamy tutaj inne atrybuty talentu pani Mafi. Jest zabawa słowem, jest magia i umiejętność wciągania czytelnika do świata przedstawianej historii. Niestety, nie wiedzieć czemu, występuje to w znacznie mniejszym stopniu, niż wcześniej. Mimo to, połknęłam tę książkę nie wiedzieć kiedy. Kiedy ją skończyłam, zdałam sobie sprawę dopiero, że jest już... O Matko!... druga w nocy.

O przemianie Julii już pisałam. Przy okazji recenzji Sekretu... wspomniałam, że nie chcę, aby bohaterka wracała do swojej początkowej wersji. Nie zrobiła tego. Stała się nawet jeszcze silniejsza i bardziej pewna siebie. W tej części poznajemy także jeszcze bliżej Warnera. Obserwujemy go z innej strony, przez co zrzuca nieco maskę zimnego potwora, którą przedstawiał nam wcześniej. Wspominałam już, jak ja uwielbiam tego bohatera? Z pewnością tak, ale nie zaszkodzi zrobić tego ponownie. Uwielbiam go! Poznajemy również inną twarz Adama, a wszystko to wpływa na kształt naszego miłosnego trójkąta, o którym już wspominałam. Nie zapominajmy też o niezastąpionym Kenji'm. Kocham Tahereh za to, że umieściła go w swojej trylogii!

Nie da się ukryć, że w Darze Julii jest kilka niedociągnięć. Nie chcę jednak o nich pamiętać. Chcę pozwolić sobie na całkowity zachwyt tą serią! Kocham styl pani Mafi, która zachwyca każdym słowem, kocham bohaterów, kocham pomysł na fabułę i fakt, że nie mogłam przerwać czytania nawet na chwilę. Jeżeli jeszcze nie poznaliście losów Julii, nie ma na co czekać! Pozwólcie się oczarować tak, jak ja!

„Słowa, myślę sobie są takie nieprzewidywalne. Żaden pistolet, miecz, armia ani król nie mogą się mierzyć z potęgą jednego zdania. Miecze mogą ranić i zabijać. Słowa zagnieżdżają się w naszych ciałach i pasożytują w nich jak robactwo. Niesiemy je ze sobą w przyszłość, nie mogąc się od nich uwolnić.”

Moja ocena: 9/10, 5+/6

Książka bierze udział w wyzwaniu


Read more ...

Sekret Julii - Tahereh Mafi

14.5.14



Autor: Tahereh Mafi
Tytuł: Sekret Julii
Tytuł oryginału: Unravel Me
Tom: 2
Liczba stron: 437
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive





„...słowa żyją tak długo, jak długo ludzie je pamiętają.” 

Poprzednią część serii - Dotyk Juli, przeczytałam prawie dwa lata temu. Liczyłam wtedy na pozycję genialną i wykraczającą poza standardy. I choć była to naprawdę dobra książka, to nie sprostała moim wygórowanym oczekiwaniom. Może właśnie ten fakt sprawił, że tak ociągałam się z przeczytaniem drugiego tomu. Zbliżająca się premiera trzeciej części spowodowała, że w końcu postanowiłam nadrobić zaległości.

W Sekrecie Julii nasza główna bohaterka po ucieczce z kwatery Komitetu Odnowy znajduje się w Punkcie Omega, wśród ludzi takich, jak ona. Niestety troski przeszłości uniemożliwiają jej zaaklimatyzowanie się w nowym środowisku. Atmosfera tego nie ułatwia. Nad światem wisi bowiem groźba wojny, a wszyscy oczekują od dziewczyny, że weźmie w niej udział. Tymczasem Adam odkrywa szokujące fakty o sobie, które znacząco wpłyną na jego związek z Julią.

Kolejna książka, która ostatnio skradła moje serca. Kolejna, o której nie wiem, co napisać, aby oddać ogrom emocji towarzyszący mi podczas czytania. Zacznę może od stylu Tahereh Mafi, bo to on tak bardzo wybija tę książkę ponad przeciętność. Przekreślenia, pisanie tylko jednego wyrazu w linij, zostawianie pół wolnej strony czy zabawa słowem, to tylko niektóre z morza przykładów tego niesamowitego pisarstwa. Autorka pozostawiła dla wypowiedzi Julii proste słownictwo, aby pokazać jej izolację od świata. Całość może się wydać nieco chaotyczna, ale to tylko podkreśla akcję i te wszystkie sprawy, którym nasza wyobraźnia musi podołać.

Pomysł na tematykę również zdobył moje uznanie. Choć motyw super mocy jest już dość znany, to ja mało miałam z nim do czynienia, dlatego więc ten w wydaniu pani Mafi, osadzony w antyutopijnych klimatach, uważam za interesujący. Sprawy z zabójczym dotykiem czy izolacją Julii od świata naprawdę rozbudzają ciekawość i oczekiwanie na więcej. Można grać uparciucha i próbować wpisać książkę w schematy, ale po co być upierdliwym? Nie ma to najmniejszego sensu, a jedyne co pozostaje przy Sekrecie Julii to przyznać, że całość jest naprawdę genialna. Do tego akcja na najwyższym poziomie. Mogłoby się wydawać, że mało się dzieje. Taki już urok drugich części trylogii, wszystko czeka na wielkie bum w ogólnym zakończeniu. W tym wypadku autorka zrobiła co mogła, aby wydarzenia przykuwały uwagę. Pociągnęła wątki z pierwszej części, dodała nowe i stworzyła pozycję, od której naprawdę nie sposób się oderwać. Całość jest niewyobrażalnie świeża, choć też nie pozbawiona swoistej głębi. Tyle pięknych cytatów dołączyło do grona moich ulubionych, tyle przemyśleń...

Julia w tej części musi zmierzyć się z nowymi przeciwnościami. Musi otrząsnąć się z widma przeszłości i stawić czoło temu, co czai się tuż za rogiem. Wszystko to sprawia, że ewoluuje, jako osoba. Staje się bardziej samodzielna, świadoma, mniej naiwna, a tym samym i mniej denerwująca. Tak, Julia z pierwszej części i początku drugiej była czasem nie do zniesienia. Na szczęście się to zmieniło. Mam nadzieję, że w trzecim tomie dziewczyna nie wróci do pierwotnej postawy. Autorka skupiła się także na postaciach męskich, aby wykreować trójkąt miłosny. Adam - romantyczny i delikatny (jak dla mnie zbyt kobiecy) i Warner - zdecydowany, skomplikowany i intrygujący. Takich trójkącików było już sporo, ale co ja biedna zrobię, że powstał kolejny, który podbił moje serce (powiedzmy sobie szczerze, zrobił to Warner;))? Nie mogłabym pominąć Kenji'ego, którego po prostu ubóstwiam! Istnieje Team Kenji? Mam nadzieję, że tak, bo zamierzam się zapisać i być najaktywniejszą członkinią.

Sekret Julii porwał moje serce o wiele bardziej, niż tom poprzedni. Stało się tak pewnie dlatego, że w tym wypadku nie miałam aż tak wielkich oczekiwań. Teraz właśnie mogę w pełni docenić styl autorki, który w połączeniu z wartką akcją, pomysłem i stopniem zaangażowania w lekturę, nie może być oceniony inaczej, niż jak arcydzieło. Wy wiecie, że nie sypię często dziesiątkami. Dość ostrożnie podchodzę do tych najwyższych punkcików. Myślę, że dla Sekretu Julii taka ocena jest jak najbardziej zasłużona! Tak okropnie chcę już przeczytać trzecią część! Tak bardzo tego pragnę! Ja udaję się teraz ubolewać nad tymi siedmioma dnami do premiery, a Was, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę serię!

„Nadzieja. Jest jak kropla miodu, jak pole kwitnących tulipanów na wiosnę. Jak orzeźwiający deszcz, wyszeptana obietnica, bezchmurne niebo, idealny znak przestankowy na końcu zdania. Jedyne, co mnie trzyma przy życiu.” 

Moja ocena: 10/10, 6/6

Książka bierze udział w wyzwaniu

Read more ...

Pretty Little Liars. Zabójcze - Sara Shepard

8.3.14


Autor: Sara Shepard
Tytuł: Pretty Little Liars Zabójcze
Tytuł oryginału: Killer. A Pretty Little Liars Novel
Seria: Pretty Little Liars #6
Liczba stron: 317
Wydawnictwo: Otwarte







„Pamięć to dziwna rzecz. I czasem jesteśmy skazani na powtarzanie tego, o czym zapomnieliśmy.”

Pięć przyjaciółek, jedna z nich umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, a pozostałe mają z tego powodu życie pełne niespodzianek. Brzmi znajomo? Oczywiście, że brzmi, bowiem tak w skrócie można by przedstawić fabułę serii Pretty Little Liars. W skrócie, ponieważ wgłębiając się w nią można odkryć wiele intrygujących czy nie pozwalających o sobie zapomnieć wątków. W szóstej części na dziewczyny czekają nowe problemy i nowe zagadki do rozwiązania. Okaże się, że śmierć Iana nie musiała być wcale taka prawdziwa, a uznanie go za mordercę nagle przestanie być dobrym rozwiązaniem. Pojawi się nowy podejrzany, a A. nie pozwoli o sobie zapomnieć i zmusi bohaterki do szukania rozwiązań niewyjaśnionych spraw. W życiu prywatnym dziewczyn też będzie się wiele działo. Emily wejdzie w nowy etap związku, Aria rozpocznie nowy, Spencer uda się na poszukiwania biologicznej matki, a Hanna dalej będzie się oddawać walce o popularność.

Przy okazji tomu piątego stwierdziłam, że podobał mi się on mniej od poprzednich i liczyłam, że szósty będzie dużo lepszy. Rzeczywiście był. Akcja pędzi tu już od samego początku, najpierw za sprawą Iana, a później kolejnych zagadek, którym dziewczyny muszą sprostać. Jak zwykle, autorka otwiera całą książkę serwując nam rozdział o wydarzeniach z przeszłości, które potem nabierają nowego znaczenia i rozpoczynamy je inaczej interpretować. Choć tajemnice są często trochę banalne, to jednak mają w sobie to ,,coś". Cała konstrukcja pozwala na odprężenie, powrót to ukochanego Rosewood, czasem wbija w fotel i pozwala na główkowanie, a czasem jedynie na uśmiech z powodu tej właśnie banalności. Zakończenie Zabójczych było doprawdy mistrzowskie i z pewnością, mogę go ochrzcić jednym z lepszych w tej serii (jak do tej pory oczywiście). Autorka potrafi pisać naprawdę zajmująco, o czym wspomniałam już przy okazji poprzednich tomów. Jej książki czyta się niezwykle przyjemnie, a lektura nie wiedzieć kiedy się kończy. Choć akcja stała tutaj na wysokim poziomie, to jednak nie mogłam zaangażować się w czytanie tak, jak wcześniej. Nie miałam syndromu ,,kolejnego rozdziały", a głupie błędy bohaterek zamiast, jak wcześniej bawić, irytowały. Nasze dziewczyny zdaje się, nie potrafią uczyć się na błędach. Choć w ich życiu wiele się dzieje, nie widać w nich wielkiej zmiany. Pozostają charyzmatyczne i barwne, więc mimo nieraz naiwnego podejścia do świata, tę część ich osobowości bardzo sobie cenię.

Zabójcze są z pewnością dużo lepszą częścią, po spadku formy w Zepsutych, choć nie dorównują genialnym Niewiarygodnym. Może trafiło na moje złe nastawienie, ale nie potrafiłam zaangażować się w czytanie tak, jak przy okazji innych tomów. Była tu akcja trzymająca w napięciu, wiele tajemnic i niezwykle urzekające życie codzienne, co doceniam i podziwiam autorkę za skonstruowanie tego. Mimo wszystko liczę, że do kolejnego tomu przygotuję się mentalnie i będę mogła cieszyć się z czytania tej serii tak, jak wcześniej. Wam polecam zarówno Zabójcze, jak i całość! Jeżeli lubicie serial, książki to dla Was pozycje obowiązkowe!

Moja ocena: 7/10, 4+/6

Read more ...

7 razy dziś - Lauren Oliver

12.2.14




Autor: Lauren Oliver
Tytuł: 7 razy dziś
Tytuł oryginału: Before I Fall
Liczba stron: 379
Wydawnictwo: Otwarte





Lauren Oliver większość z nas kojarzy z jej bestsellerowej serii Delirium. Wcześniej autorka ta podbiła literacki świat swą debiutancką powieścią 7 razy dziś. Wypatrzyłam ją niemal zaraz po premierze i już wtedy desperacko pragnęłam ją przeczytać. Niestety los chciał, żeby nastąpiło to dopiero teraz.

Fabuła 7 razy dziś przedstawia się bardzo zachęcająco. Sam Kingston ma wszystko, czego potrzebuje - przyjaciółki, chłopaka i popularność. Nie układa jej się dobrze z rodzicami, siostrą i starym przyjacielem, ale przecież "nowe" życie jest tego warte. 12 lutego w szkole odbywa się Dzień Kupidyna. Ma to być dla dziewczyny wyjątkowy dzień, jednak rzeczy nie idą po jej myśli. Po imprezie Sam z przyjaciółkami chce wrócić do domu, ale nie będzie jej to dane. Zdarzy się wypadek, tragiczny w skutkach dla naszej głównej bohaterki. Na dodatek następnego dnia dziewczyna obudzi się znów 12 lutego i będzie musiała przeżywać kolejny raz ren sam dzień, w sumie siedem razy.

Tematem życia po śmierci zajęło się już kilku autorów. Chociażby Carolyn Jess-Cooke z Zawsze przy mnie stój, która to książka zdobyła moje serce w całości. Nie ukrywam, że po opisie fabuły 7 razy dziś i po dobrze znanej autorce spodziewałam się kolejnej porywającej lektury o tej tematyce. Z otrzymaniem jej wyszło średnio. Może książka ta nie była zła, ale jednak nie tak genialna, jak na to liczyłam. Rzeczą wpływającą na plus jest z pewnością wspomniana już przeze mnie fabuła. Mogło by się wydawać, że ten sam dzień trwający siedem razy z rzędu okaże się w pewnym momencie nudny, ale tutaj tak nie było. Każdy dzień był na swój sposób inny, a przeżywanie go było dla bohaterki jakby kolejnym etapem żałoby po sobie samej. Z dnia na dzień bohaterka się zmieniała, dostrzegała swoje błędy i starała się je naprawić. Dążenie do lepszego "ja" nie zostało jednak przedstawione tutaj w sposób błahy czy naiwny. Nie mogę też narzekać na język, którym posługuje się Lauren Oliver. Niektórzy mogą go znać z trylogii Delirium i jeżeli tam im przypadł do gustu, to z pewnością i w 7 razy dziś nie będą nim zawiedzeni. Tych, którzy nie mieli kontaktu z autorką mogę zapewnić, że jest on niezwykle barwny i przystępny dla czytelnika, a prowadzenie całej akcji w lekki sposób jeszcze bardziej ułatwia czytanie.

Muszę przyznać, że dawno nie spotkałam się z tak irytującymi bohaterami, jak tutaj. Sam i jej przyjaciółki można określić po prostu jako puste. Ich głównymi problemami były imprezy i faceci. Jestem w podobnym wieku do nich i wiem, że prawdziwe życie nie zawsze tak nie wygląda. Na podstawie licznych retrospekcji mogę również stwierdzić, że nie patrzę na ich charakter jedynie przez pryzmat jednego dnia. Myślę, że ten cały zabieg autorki z ukazaniem ich w ten sposób, służył zaakcentowaniu zmiany, jak zaszła potem w Sam - zmiany z pewnością wielkiej, na podstawie której możemy wyciągnąć ważne przesłanie i morał na przyszłość. Mimo to, takie przedstawienie zarówno głównej bohaterki, jak i jej przyjaciółek, wzbudzało u mnie wielką irytację i początkowe fragmenty, kiedy Sam była naprawdę nie do zniesienia, czytało mi się niezwykle ciężko.

7 razy dziś nie zachwyciło mnie tak, jak na to liczyłam. Jest tutaj co prawda pewne przesłanie, aby chwytać dzień i żyć, jakby był naszym ostatnim. Możemy też otrzymać okazję do zastanowienia nad życiem i śmiercią. Zabrakło jednak jakiegoś większego zachwytu. Nie zostałam porwana, nie uroniłam żadnej łzy i nie rozpaczałam wewnętrznie nad losem bohaterki. Książkę czytało się naprawdę dobrze, jednak wciąż czuję niedosyt, że mogło to być coś więcej, niż tylko ciekawa lektura z ważnym morałem.

Moja ocena: 6/10, 4/6

Read more ...

Nigdy i na zawsze - Ann Brashares

6.1.14


Autor: Ann Brashares
Tytuł: Nigdy i na zawsze
Tytuł oryginału: My Name is Memory
Liczba stron: 349
Wydawnictwo: Otwarte







Ann Brashares znana jest z bestsellerowej serii Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów. Nie zakończyła jednak swojej kariery pisarskiej na jednym sukcesie. Inna jej książka - Nigdy i na zawsze również zdobywa wielu fanów, czarując historią o ponadczasowej miłości.

Mamy tutaj świat oparty na reinkarnacji. Dusze umierają, ale potem rodzą się ponownie, aby mieć okazję rozpocząć od nowa, nie pamiętając oczywiście przeszłości. Daniel jednak pamięta wszystko dokładnie. Pamięta każde życie, jedno lepsze, drugie gorsze, ale przede wszystkim w jego pamięci pozostaje pewna dziewczyna - Sophia. Na początku swej drogi zrobił jej coś strasznego, dlatego w następnym życiu spotykając ją, chce naprawić swoje błędy. Bohaterowie zakochują się w sobie, jednak los nie pozwoli im tak łatwo być razem. Będą musieli czekać całe wieki na jedno spotkanie czy pocałunek. Dlatego więc, kiedy pojawia się szansa na stworzenie szczęśliwego związku, Daniel postanawia ją wykorzystać.

Fabuła zapowiada się całkiem dobrze. Miłość, która przekracza granice śmierci i czasu. Niekończący się romans. Wydawać by się mogło, że wiele serc zostanie porwanych, a zachwalające opinie świadczą, że jak najbardziej tak się stało. Dlaczego więc ja nie pozwoliłam się uwieść tej magii? Powodów ku temu było kilka. Przede wszystkim najbardziej rażąca jest nierealność całej sytuacji. Rozumiem miłość od pierwszego wejrzenia, ale także dopuszczam do siebie fakt, że czas robi swoje. Dlatego właśnie czekanie kilka wieków na jedno spojrzenie, trwające czasem tylko kilka minut wydaje mi się tak nieprawdopodobne. Gdyby chociaż bohaterowie ulegli wielkiej początkowej miłości, zrozumiałabym późniejsze czekanie na kolejne spotkanie. Tego jednak nie było.

Na nierealność przedstawionych zdarzeń wpływa także sama końcówka. Nie dość, że punkt kulminacyjny został stworzony tylko po to, żeby jakiś był, to jeszcze autorka zaserwowała nam coś na kształt wątku sensacyjnego, który swoją prostotą wzburza jedynie śmieszność. Do tego trochę lukru na koniec i zdarzenie, którego spokojnie można sobie było oszczędzić. Sama akcja rozkręcała się dość powoli, a kiedy już się rozkręciła, to niekoniecznie na dobre. Ann Brashares bardzo wnikliwie opisała reinkarnację dusz. Temat to z pewnością ciekawy, ale autorka chciała chyba przedstawić go aż zbyt dobrze, bo w pewnym momencie wszelkie rozważania na ten temat i wspomnienia Daniela z poprzednich żyć zaczęły mnie zwyczajnie nudzić. Wydarzenia w Nigdy i na zawsze łączą teraźniejszość z przeszłością, na czym cierpi akcja właściwa, bo tak naprawdę TERAZ dzieje się bardzo mało.

Dawno nie spotkałam w książce irytujących bohaterów, więc kiedyś musiało to znowu nastąpić. Główna postać - Daniel - nie różnił się pod tym względem. Można się spodziewać, że żyjąc ponad tysiąc lat człowiek osiągnie pewną mądrość i będzie mógł wyeliminować błędy. Daniel w jakimś stopniu to zrobił, ale fakt, że zwykła nieśmiałość odebrała mu możliwość na szczęśliwy związek była trochę irytująca. Lucy/Sophia wcale nie była lepsza. Początkowo wydawała się dość sympatyczną dziewczyną, ale późniejsze rozterki i alienacja były co najmniej dziwne. Zdecydowanie bardziej polubiłam jej wersję pośrednią - Constance. Czarnego charakteru również nie mogło zabraknąć, ale prawdę powiedziawszy, tak samo, jak i punkt kulminacyjny, był on, żeby być.

Na plus może wpływać fakt, że książkę czytało się zdumiewająco szybko i dobrze i mimo tylu irytujących rzeczy, nie znalazłam większych trudności, żeby ją skończyć. Co więcej skonstruowanie całości nie pozwalało odłożyć jej na bok. Wymienione wyżej sprawy nie świadczą wcale o tym, że nie było rzeczy dobrych. W jakimś stopniu ta historia mnie zaczarowała i chyba najbardziej irytuje fakt, że nie mogła zdarzyć się naprawdę. Prawdę mówiąc dziwię się, że znalazłam tych wad aż tyle, bo przecież lubię takie historie i nieraz rozpływam się nad ich magią i urokiem. Nigdy i na zawsze chyba zwyczajnie mi nie podeszło, ale nie świadczy to o tym, że Wam się nie spodoba. Jeżeli po przeczytaniu opisu czy innych opinii macie na nią ochotę, nie zważajcie na to, że ja nie pozwoliłam się porwać i czytajcie śmiało!

Moja ocena: 5/10, 3/6
Read more ...