Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty

3 kroki do klasy [Jak być glam. Przewodnik po szczęściu i urodzie - Fleur de Force]

22.3.16

Fleur de Force to vloggerka, której filmy docierają do prawie dwóch milionów osób. Była także dwukrotną laureatką Best Vlogger Award magazynu Cosmopolitan. Jej urok osobisty i klasa sprawiają, że dziedzina fashion&beauty stają się dla każdej kobiety jeszcze przyjemniejsze w odbiorze. I to właśnie ze względu na jej osobę postanowiłam sięgnąć po poradnik.

W Jak być glam Fleur porusza wielu aspektów. Jest coś o urodzie, włosach, modzie, podróżach, a także o zdrowiu, snach czy blogowaniu. I tych różnych aspektów jest tutaj chyba trochę za dużo. Autorka poruszyła wiele tematów, ale tak naprawdę żadnego nie opisała szerzej. Mało jest tutaj praktycznych porad, które mogłyby się przydać, czy pomóc coś zmienić. Dotykają one danej kwestii, nie poświęcają jej jednak głębszej uwagi i nie skupiają się na szczegółach. O większości rzeczy wiedziałam już wcześniej, a moje umiejętności w zakresie makijażu, mody i urody nie są wielce zaawansowane. To pokazuje, że poradnik jest na dość podstawowym poziomie. Na szczęście były także rzeczy ciekawe, jak chociażby te z obszaru blogowania czy przepisy.

Szata graficzna tego poradnika jest po prostu piękna! Urokliwe zdjęcia, ładne rysunki i przyjemny format. Wszystko to sprawia, że książkę naprawdę dobrze się przyswaja. I choć treść mogłaby być lepsza, to właśnie ze względu na wydanie chętnie wrócę jeszcze raz do tej pozycji.

Jak być glam mimo wielkiej sympatii do autorki, nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Piękne wydanie nie było współmierne do treści. Choć znalazłam w poradniku parę ciekawych rzeczy, to jednak całość treści stoi na dość podstawowym poziomie. Zdecydowanie na rynku istnieją ciekawsze pozycje tego typu.

Za możliwość przeczytania Jak być glam? dziękuję Wydawnictwu Literackiemu!

Fleur de Force, Jak być glam/The Glam Guide, str. 225, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2016

Read more ...

Lepsze życie - Anna Gavalda

7.6.15

Każdy z nas chce, aby jego życie było dobre. Ale co to tak naprawdę znaczy? Czego właściwie oczekujemy od dobrego życia? Jedno słowa, a tak ciężko je zdefiniować. Określić jego drugie dno. Bo przecież życie może być dobrze, ale wcale nie tak idealnie. Jakby wciąż czegoś brakowało. Jakbyśmy zasługiwali na więcej. 

W takiej sytuacji znaleźli się bohaterowie książki Anny Gavaldy. Życie Mathilde i Yanna nie było złe. Mimo to oboje czekali na okazję, aby złapać szczęście i uczynić swój los lepszym. Mathilde wiodła życie typowej 24 latki. Studiowała, pracowała, imprezowała. Wszystko toczyłoby się dalej, gdyby pewnego dnia nie zgubiła torebki z dużą ilością pieniędzy. Na szczęście znalazł się Pan Uczciwy, który postanowił ją zwrócić. Yann po skończeniu wzornictwa, pracuje w sklepie hi-tech i trwa we względnie udanym związku. Pewne spotkanie uświadomi mu jednak, że nie tak powinno wyglądać jego życie.

Nie wszystkie książki muszą nam się podobać. Ta na przykład w ogóle nie wpasowała się w moje gusta. Od początku do końca panował w niej jeden wielki chaos. Mieszanie sposobów narracji, odchodzenie od głównego tematu wypowiedzi, krótkie zdania, pytania retoryczne. Wszystko to potęgowało tylko ogólny mętlik. Również fakt, że są to dwie oddzielne historie, a nie jedna, rozbija nam nieco ogólny odbiór. Akcja w powieście toczy się niezwykle szybko. Autorka skupia się tylko na tym, co ważne z punktu widzenia bohaterów, a czasem, tak dla rozluźnienia, ciekawie byłoby poczytać o czymś innym, chociażby o mieście.

Same historie, o których opowiada Anna Gavalda, mnie nie porwały. Mathilde była niestety niezwykle irytującą bohaterką, a jej zachowanie momentami stawało się lekko niedorzeczne. Yann też wcale nie był lepszy. Za dużo w tym wszystkim było narzekania i jęczenia, jak dla mnie. Nie to jednak było najgorsze. Najgorsza była naiwność. Nie chodzi mi nawet o pokazanie, że jedna sytuacja może zmienić wszystko i naprawdę nas odmienić. To akurat stanowiło pozytywny aspekt tej historii i napawało pewnym optymizmem. Naiwność objawiała się w zachowaniu bohaterów, w takich prostych życiowych czynnościach, które wcale takie proste nie są. 

W książce można znaleźć pewne pocieszenie, moment zastanowienia, która motywuje do zmian i daje nadzieję na lepsze życie. Sposób, w jaki podany jest on czytelnikowi, nie jest już tak dobry. Mnie niestety zabrakło w tej powieści pewnej przystępności, która umożliwiłaby mi szczere zaangażowanie się w lekturę. Oczekiwałam lekkiej i przyjemnej historii, a niestety ciągle mi coś w niej zgrzytało i uniemożliwiało odpoczynek przy lekturze. A może pióro Gavaldy zwyczajnie nie jest dla mnie...

Moja ocena: 4/10 

Anna Gavalda, Lepsze życe/La Vie en mieux, str. 269, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2015

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego. 

Read more ...

Trzy metry nad niebem - Federico Moccia

20.8.14

Filmową wersję Trzech metrów nad niebem obejrzałam już jakieś dwa lata temu. Pamiętam, że naprawdę zachwyciła mnie wtedy ta historia. Do niedawna tkwiła w mojej pamięci, jako zajmująca i warta uwagi. Zmianę mojego postrzegania spowodowało, niestety, sięgnięcie po książkę.

Federico Moccia przedstawia nam Babi - doskonałą przedstawicielkę przykładnych córek i odpowiedzialnych uczennic. Opowiada także o Stepie - chuliganie, ulicznym bywalcu. Jak pewnie wiecie albo się tego domyślacie, los postanowił połączyć tę dwójkę. Od początkowych słownych przepychanek i uprzedzeń społecznych przeprowadził ich do wielkiej, ponadczasowej miłości. Jednak związek dwóch tak różnych ludzi, choć piękny, nie będzie ani przez chwilę prosty.

Wielokrotnie pytałam siebie, dlaczego książka nie przypadła mi do gustu, skoro film swego czasu tak bardzo mi się podobał. Dlaczego nie mogłam polubić i książki? Znalazłam ku temu kilka powodów. Pierwszym, który chyba najbardziej wpłynął na mój odbiór, był styl autora. W Trzech metrach nad niebem znajdziemy narratora trzecioosobowego, a wszystko prowadzone jest w czasie teraźniejszym. Te dwa zabiegi spowodowały, że za nic nie potrafiłam wciągnąć się w opisywane zdarzenia, a wręcz utrudniało mi to czytanie. W całości zabrakło mi jakiejś magii, pisarskiej pasji i zaakcentowania ważnych wydarzeń. Emocje włączyły mi się dopiero na koniec, a i wtedy był tylko ich lekki powiew.

Sama historia również mnie nie ekscytowała. Myślę, że było tak dlatego, że większość faktów znałam z filmu i mało mnie mogło zaskoczyć. Przyznaję, że choć podobnych opowieści miłosnych było już sporo, ta akurat ma w sobie coś szczególnego. Grzeczna dziewczynka, niegrzeczny chłopiec - niby wszystko znane, ale w wydaniu Federico Moccii wyszło to naprawdę czarująco. Autor wzbogacił ją trudami, które wynikły z charakterów bohaterów i splotami tragicznych wydarzeń, dzięki czemu powstała historia intrygująca, a momentami przepełniona bólem. Nic nie poradzę jednak na to, że niektóre zdarzenia wydawały mi się wręcz infantylne.

Sami książkowi bohaterowie okazali się dla mnie niezwykle irytujący. Stepa wręcz nie mogłam znieść. Rozumiem, że miał trudną przeszłość, która go zmieniła, ale dla mnie nie usprawiedliwiała niektórych jego zachowań. Wielokrotnie okazywał się zwykłym chamem, który aż się prosi o policzek. Babi bardzo dobrze sprawdzała się, jako panienka w opałach. Miała charakterek, to fakt, ale oprócz kłótni do niczego innego się on nie przydawał. Doceniam to, że autor pokazał drugie oblicze tych dwojga, doceniam, jak prawdziwie przedstawił ich miłość, ale powiedzieć, że lubię ich jako osoby, byłoby wielkim kłamstwem.

Chciałam odświeżyć sobie historię Babi i Stepa i pokochać książkę tak, jak kiedyś film. Niestety nie udało mi się tego zrobić. Może czytałam ją w złym momencie, a może było mi jedynie dane zachwycić się ekranizacją. Książkowej wersji osobiście nie polecam. Wiem jednak, że wiele osób ją uwielbia, także przy decyzji, czy po powieść Moccii sięgnąć, miejcie to, proszę, na uwadze.

Moja ocena: 4/10  

Federico Moccia, Trzy metry nad niebem/Tre metri sopra il cielo, str. 350, Muza, 2013



Read more ...

Z innej bajki - Jodi Picoult, Samantha van Leer

19.5.14



Autor: Jodi Picoult, Samantha van Leer
Tytuł: Z innej bajki
Tytuł oryginału: Between The Lines
Liczba stron: 308
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka






Jodi Picoult jest jedną z bardziej znanych pisarek. Ma na swoim koncie trzydzieści powieści, które wielokrotnie doczekały się ekranizacji. Ludzie kochają jej twórczość za ważne treści, które za sobą niesie, a także za bezpośredniość w ich przekazywaniu. Gdy więc ukazała się jej książka napisana wraz z córkę, naszło mnie (i myślę, że nie tylko mnie) pytanie, czy jest to naprawdę owoc ich wspólnej twórczości, czy próba wypromowania swej latorośli.

Już na samym początku Jodi Picoult wyjaśnia, w jaki sposób powstała książka. Była na promocji w Los Angeles, kiedy zadzwoniła do niej córka z pomysłem na książkę. Jodi bardzo się on spodobał i dlatego też zgodziła się napisać ją wspólnie z nią. Tak odtąd w wolnych chwilach poświęcały swój czas piętnastoletniej Delilah, która pewnego dnia znalazła niespotykaną książkę. Niespotykaną, bowiem jej główny bohater - książę Oliver - przemówił do niej. Czas mijał, a ta dwójka coraz bardziej zbliżała się do siebie. Dziewczyna odkryła, że bohaterowie bajki tylko ją odgrywają, kiedy czytelnik otworzy książkę, a po skończonej pracy wracają do swojego życia. Oliver jednak różni się od nich - nie chce wieść życia według scenariusza autorki, chce się wyrwać z bajki.

Od razu przyznam, że kiedy skończyłam drugą w swoim życiu książkę Jodi, śmiało stwierdziłam, że kocham jej twórczość i chcę więcej. Gdy zobaczyłam w bibliotece Z innej bajki porwałam więc książkę bez mrugnięcia okiem. Swego czasu było o niej naprawdę głośno, ale kiedy już szał opadł, jakoś stopniowo wypadło mi z głowy, o czym właściwie jest. Kiedy więc nieświadomie zaczęłam czytać, fabuła wydała mi się dość infantylna. Zawsze powtarzam, że lubię baśnie i powiem to też teraz. Mimo to oczekuję, że zostaną one ugryzione w nieco inny sposób niż dotychczas. Tutaj niby mamy zbuntowanego księcia i bajkę na pokaz dla czytelnika, ale niestety etap rozmawiania z bohaterami, traktowania ich, jak realnych ludzi i marzenia o wyciągnięciu ich z książki mam już za sobą od dobrych kilkunastu lat. Może to smutne, że nie potrafiłam na czas czytania tej książki wrócić do dzieciństwa, ale nic nie poradzę, że taka fabuła wydaje mi się naiwna, a kiedy nachodzi mnie ochota przypomnienia sobie młodocianych lat wolę włączyć Króla Lwa.

Nie czułam tu także charakterystycznego stylu pisania Jodi. Może został on stłumiony przez córkę, a może po prostu nie miał podłoża do objawienia się. Znalazłam co prawda kilka pięknych cytatów, ale prawdę mówiąc, gdyby nie Lubimy Czytać nawet bym teraz o nich nie pamiętała. Pewnie stało się tak dlatego, że bez odpowiedniej oprawki fabuły, nie osiągają one aż tak wielkiego znaczenia. Książka nie jest napisana źle, co to, to nie. Jeżeli byłby to jedynie twór Samanthy powiedziałabym, że całość jest naprawdę bardzo dobra. Jednak w połączeniu z Jodi rodzi się pewne rozczarowanie, że mogło to być coś zdecydowanie więcej.

Niestety nie polubiłam też bohaterów. Byli bezbarwni i irytujący, a to dla mnie dwie najgorsze rzeczy z możliwych. Niby wszystko było dobrze, a tak naprawdę nie było ani jednego momentu, który by sprawił, że obdarzyłabym kogoś sympatią. Piętnaście lat miałam nie tak znowu dawno, ale nie przypominam sobie (albo nie chcę pamiętać), żebym byłam tak naiwna/irytująca/niemądra życiowo, jak Delilah. Niektóre sytuacje z jej udziałem były po prostu śmieszne. W tych mało komplikowanych rozwiązaniach, widać było rękę Samanthy. Z naszym Księciem sprawa ma się nieco inaczej, bo posiada jakby podwójną osobowość - bajkową i realną. Ta bajkowa wydaje się nieco ciekawsza. Nie jest to bowiem książę, jakich znamy. Choć mądry i lojalny, to jednak brak mu odwagi. Kiedy więc przychodzi potrzeba uratowania księżniczki, Oliver musi sprostać zadaniu bez tej ważnej cechy. Wszystkie zagadki pozostaje mu rozwiązać za sprawą rozumu. Ten realny Oliver, podobnie jak Delilah, nie jest już tak ciekawy. Niby można go nazwać zbuntowanym i skorym do ucieczki, co jest nieco innowacyjnym rozwiązaniem, ale ogólny zarys osobowości jakoś mało mnie zaciekawił.

Na plus książki wpływa jej wspaniała oprawa. Okładka bardzo wpada w oko. Co więcej, w środku jest równie prześlicznie. Tekst z punktu widzenia Olivera został wydrukowany na niebiesko, a ten z punktu widzenia Delilah na zielono. Część baśni pozostaje czarna. Całość wzbogacają piękne, baśniowe obrazy na całą stronę oraz małe rysunki przy tekście. Moim zdaniem to naprawdę fajna sprawa. Taka oprawa graficzna dodaje książce baśniowego klimatu, którego niestety nie doświadczyłam za sprawą fabuły.

Z innej bajki niestety zawiodło moje oczekiwania. Myślałam, że z uwagi na współudział pani Picoult w procesie tworzenia, będzie to naprawdę genialna pozycja, która przeniesie mnie do bajkowego świata. Niestety tak się nie stało. Na chwilę obecną pozostanę przy innych książkach Jodi, a twórczości Samanthy dam jeszcze kilka lat, aby ewoluowała. Myślę, że pewnego dnia stanie się godną następczynią swej matki. Co do Z innej bajki, jeżeli lubicie takie historie i jesteście ciekawie tego duetu - polecam! W przeciwnym wypadku już niekoniecznie.

Moja ocena: 4/10, 2+/6


Książka bierze udział w wyzwaniu
Read more ...

Mówię z pamięci - Beniamin Pytliński

31.7.13




Autor: Beniamin Pytliński
Tytuł: Mówię z pamięci
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Liczba stron: 111
Moja ocena: 2+/6, 4/10





Człowiek, przeżywając w życiu trudną sytuację, szuka czegoś, co pomogłoby mu przez nią przejść. Jakiegoś źródła moralnego wsparcie, które nie oceniałoby go, ale pozwoliło samemu wyciągnąć wnioski i spostrzeżenia. Taką rzeczą często bywają książki. Tematyka poszukiwania siebie, pozwala i nam odkryć, co tak naprawdę powinno być w życiu najważniejsze. Pozwala także na przemyślenia w każdej, nawet nie kryzysowej sytuacji. Dzięki niej bowiem, będziemy mogli wyciągnąć wnioski na przyszłość. Może przestrzeże nas przed czymś i pokaże prawdziwe życiowe drogi. Zachęcona właśnie przez morał, który mogłabym wyciągnąć z chęcią sięgnęłam po książkę Beniamin Pytlińskiego ,,Mówię z pamięci."

Opowiada ona o mężczyźnie, który odniósł w życiu sukces. Miał wszystko, czego każdy pragnie: dobrą pracę, przynoszącą bogactwa, wymarzony dom i piękną żonę. Nie był jednak dobrym człowiekiem i wszystko to zostało mu zabrane. Pewnego dnia spada ze skarpy i budzi się sam w dzikim lesie. Będzie musiał odbudować swój system moralny, zawiązać nowe przyjaźnie i sprostać postawionej przed nim misji. Całość osadzona jest w fantastycznym świecie, który uczy nas, jak ten realny powinien wyglądać.

Do sięgnięcia po książkę przekonał mnie głównie opis. Kierowana właśnie możliwością przeczytania czegoś, co pozwoliłoby mi na naukę i lepsze poznanie życia z chęcią po tę pozycję sięgnęłam. Swego rodzaju wskazówki, jak najbardziej można otrzymać. Bohater w trakcie podróży, chce zmienić swój system moralny i stać się innym człowiekiem. Przez to układa ,,Dziesięć praw Księgi" - odpowiednik ,,Dziesięciu przykazań". Różnią się one od znanych nam zasad. Pokazują najważniejsze dla bohatera sposoby postępowania, które możemy wykorzystać i my. Pod tym względem jestem jak najbardziej zadowolona. Z książki bowiem można coś wynieść i nie ma się wrażenia, że lektura jest o niczym. Sama idea miejsca, gdzie ludzie mogliby się nawracać, które utożsamiać możemy z Czyśćcem również przypadłaby mi do gustu. Byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy już w trakcie życia mieli taką okazję do zmiany, coś co by nas do tego popchnęło.

Później jest już gorzej. Sama historia jest bardzo niedopracowana. Tak jakby autor pomyślał, że będzie tak i tak, opisał to, ale bez większego zagłębiania się. Wszystko tylko, żeby przedstawić morał, przez co ucierpiał sposób jego pokazania. Bohater w zawrotnym tempie robi wszystko, co do niego należy. Że za szybko, mówić chyba nie muszę. Nie dostaniemy tu porywającej, ciekawej historii. Nie tylko ze względu na powierzchowność, lecz na nią samą. Te poszukiwania Świętego Miasta i pseudo walka  były dla mnie nie tylko nudne, ale przede wszystkim śmieszne. Może byłoby ciekawiej, gdyby autor trochę to rozwinął, położył bohaterowi kłody pod nogi i jakoś go doświadczył, a przez to pozwolił na wyciągnięcie wniosków, ale tak się nie stało. Wątek fantastyczny również jest dość ubogi. Tak jak wcześniej, gdyby to wszystko zgłębić i coś więcej o tym napisać, byłoby o niebo lepiej.

Bardziej niż to denerwował mnie chyba język. Wulgaryzmy miały chyba służyć unowocześnieniu pozycji, lecz wyszło wprost odwrotnie. Nie będę zgrywała cnotki i mówiła, że raziły mnie, co nie miara, bo tak nie było, ale zastosowane w zły sposób sprawiły, że czytanie było po prostu mało smaczne. Do tego dziwna składnia i chęć zbytniego filozofowania. Wszystko to sprawiło, że czytało się ciężko. Książka ma trochę ponad sto stron, czyli można by rzecz niedużo, ale wierzcie mi, dłużyły się one strasznie.

Sam bohater również był niedopracowany. Na początku nie wiemy o nim nic, poza tym, że miał w życiu wszystko. Może miało to służyć temu, żeby każdy mógł się z nim utożsamić, może nie, ale ja wolałabym jednak znać trochę więcej faktów o jego życiu. Dziwna było również jego chęć do zmiany życia. No bo gdybyśmy znaleźli się sami w lesie, czy nie próbowalibyśmy wydostać się z niego jak najszybciej? Ja na pewno tak, bohater natomiast postanawia tam zamieszkać i zmienić swoje złe postępowanie. Gdyby każdy zagubiony w życiu doczesnym człowiek tak szybko próbował się zmienić, byłoby dobrze. Jego przyjaciele zwierzęta, jak dla mnie byli całkiem w porządku. Pokazywało to, że są one dużo lepsze i bardziej moralne od ludzi. Tutaj, dla mnie zabieg jak najbardziej udany.

Trzeba przyznać, że ,,Mówię z pamięci" nie jest do końca książką taką, jaką by się chciało. Sam pomysł jest bardzo szczytny i ciekawy, jednak w trakcie czytania pewne rzeczy uniemożliwiają nam pełną radość z lektury. Gdyby dodać więcej stron, poprawić język i rozwinąć pewne wątki wyszłaby bardzo intrygująca opowieść, a tak jestem zawiedziona. Mimo wszystko kiedyś przeczytałabym jeszcze jakąś książkę Pana Beniamina, aby sprawdzić, co też pod innymi tworami się kryje. Do ,,Mówię z pamięci" nie będę ani Was zachęcać, ani odganiać. Zdecydujcie sami.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.pl

Read more ...