Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty

W śnieżną noc - Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle

27.12.14

Święta mają swój wyjątkowy klimat. Mnie kojarzą się z wszechogarniającym domowym ciepłem, kiedy na dworze szaleje zimno, czasem spędzonym z rodziną i pięknymi lampkami na dworze. Mogłabym się jeszcze długo rozpisywać na ten temat, ale dzisiaj nie chcę Wam opowiadać o świątecznych skojarzeniach, ale o książce, stworzonej przez troje pisarzy, która wprowadza czytelników w bożonarodzeniowy nastrój.

Johna Greena znają już niemal wszyscy. Właśnie ze względu na to nazwisko na okładce postanowiłam zapoznać się z książką i myślę, że nie tylko ja tak do niej podeszłam. Z Maureen Johnson i Lauren Myracle nie miałam wcześniej do czynienia. Co więcej, nawet o nich nie słyszałam. Trójka pisarzy stworzyła trzy połączone ze sobą opowiadania. Bardzo mi się podobało, że nie musiałam się żegnać z bohaterami po danym opowiadaniu. I tak na początku brałam udział w szalonej podróży Jubilatki i poznawałam jej życiowe rozterki, by potem przerzucić się na cheerleaderkowy szał, aż w końcu dotarłam do historii z morałem, gdzie prawdziwa miłość jest w stanie pokonać wszystko.  

Wszyscy znamy wiele filmów czy książek poświęconych tematyce świątecznej. Schematy, jakie przedstawiają każdy z nas już chyba rozpracował. Banalność, naiwność i szczęśliwe zakończenia, które na co dzień nie przeszłyby tak łatwo, tutaj nie rażą aż tak bardzo. Również i W śnieżną noc nie jest wolne od tych rzeczy. Ale tak jak i w innych przypadkach, wcale mnie to nie raziło. Nie mogłam nie czytać tej książki nie ogarnięta pozytywnymi emocjami. Bo właśnie taka ona była - pozytywna na każdej stronie. Nawet gdy zdarzały się cięższe momenty nie można było porzucić radości z lektury. Autorzy swoim stylem świetnie ze sobą współgrali. Wszyscy napisali swoje historie w bardzo lekki sposób. Maureen Johnson postawiła na świetną, dopracowaną fabułę, John Green, jak można się domyślać, wszechobecną inteligencję i delikatne metafory, a Lauren Myracle cukierkowy morał. Wszyscy też stworzyli charakterystycznych, niezwykle zapadających w pamięci bohaterów. Jeżeli miałabym wybrać najlepsze opowiadanie postawiłabym zdecydowanie na historię Pani Johnson. Doskonale była tam wyważona świąteczna naiwność i przesłanie, a do tego doszła wciągająca opowieść i piękny klimat. Opowiadanie Johna Greena okazało się dla mnie jednak zbyt zwykłe, jeżeli chodzi o akcję, a u Lauren Myracle zdecydowanie przytłaczał mnie lukier.

W śnieżną noc to książka wręcz idealna na święta i z pewnością za rok będę chciała do niej wrócić. Będzie się ją też dobrze czytało nie tylko w bożonarodzeniowym okresie, więc jeżeli nie zdążyliście jej jeszcze poznać, nie musicie czekać całego roku na kolejne święta. Choć z pewnością swoją magię ta opowieść objawi właśnie wtedy.

Moja ocena: 7/10

Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle, W śnieżną noc/Let it snow. Three holiday romances, str. 335, Bukowy Las, Wrocław, 2014

Read more ...

19 razy Katherine - John Green

2.7.14

Obok Johna Greena nie da się dziś przejść obojętnie. Każdy go czyta, każdy się zachwyca, a ostatnia ekranizacja jeszcze tylko wzmocniła szał na tego autora. Jest to jednak uwielbienie w pełni uzasadnione, bowiem tak wspaniałymi, wciągającymi i pozostającymi w pamięci historiami naprawdę trzeba się zachwycać. Kiedy dowiedziałam się o planach na wydanie w Polsce kolejnej jego książki, cieszyłam się, co nie miara i zamówiłam ją już w dzień premiery. Choć o 19 razy Katherine słyszałam sprzeczne opinie, postanowiłam szybko ją przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie.

W książce tej poznajemy Colina - cudowne dziecko. Uczy się on szybciej niż koledzy, widzi związki tam, gdzie inni ich nie zauważają, a także potrafi ułożyć anagram niemal z każdego słowa. Ma też jeszcze jedną ważną dla naszej opowieści cechę - gustuje tylko w dziewczynach o imieniu Katherine. Miał ich już dziewiętnaście i każda go rzuciła. Ostatnie zerwanie było jednak inne. Złamało serce chłopaka, który za nic nie może się teraz pozbierać. Postanawia on wyruszyć razem z najlepszym przyjacielem Hassanem w podróż po Ameryce, aby odnaleźć swój brakujący kawałek. Co wyniknie z tej wycieczki?

Po przeczytaniu kilku książek Johna Greena można łatwo zauważyć pewien schemat: oryginalni i charyzmatyczni bohaterowie, pozornie typowe życie nastolatków, które jednak ma drugie dno, ciekawa akcja, która choć zmierza w wiadomym kierunku i tak nas później zaskakuje i oczywiście piękne przesłanie na koniec. Jest w nich rozmach, przygoda i morał, czyli trzy cechy dobrej opowieści, o których mówiła Colinowi jego przyjaciółka Lindsey. I w 19 razy Katherine ich nie zabrakło. Autor znów dostarczył nam swego charakterystycznego i jakże uwielbianego stylu. Niestety w tym przypadku będzie także ale. Pomysł na posiadanie dziewiętnastu dziewczyn o tym samym imieniu wydaje mi się nieco absurdalny, no ale dobrze, można się później doszukać w tym jakiegoś głębszego sensu. W opisie zapowiadana jest podróż po Ameryce, która niestety kończy się, nim jeszcze się zaczęła. Zacierałam łapki na ciekawą przygodę, a bohaterowie utknęli w małym, i wcale nie urokliwym miasteczku. Może się czepiam, ale przez to utknęła nieco sama akcja, która rozkręciła się dopiero pod koniec. I choć przykro mi, że to mówię, ale niestety niektóre momenty mnie wynudziły. Nie mogłam się jakoś w pełni wciągnąć w tę historię i utożsamiać z bohaterami, jak to robiłam przy poprzednich książkach autora. Zaczęłam to robić dopiero na koniec, co niestety było jak dla mnie trochę za późno.

Sprawę rekompensuje zakończenie i morał, który w przypadku Johna Greena chyba nie może zawieść. Tutaj można wyciągnąć ich kilka: sprawy, które mają dla nas znaczenie, określają nasze znaczenie w świecie; trzeba być sobą; nasza pamięć może zmienić wszystko i oczywiście wiele więcej. W obliczu przeczytanej opowieści wydają się one naprawdę wartościowe. Bo taki właśnie jest Green. Ukrywa ponadczasowe prawdy w prostych czynnościach, pozwala na samodzielne dochodzenie do nich i wpływa na nasze życie. Dlatego właśnie będę go zawsze uwielbiać i dlatego jestem w stanie wybaczyć mu momentami nudną akcję tej książki. Nie da się tu też nie dostrzec charakterystycznego stylu jego języka, który ja osobiście uwielbiam. Rzeczą dość ciekawą w 19 razy Katherine okazują się przypisy, z których możemy się dowiedzieć naprawdę wiele i oczywiście anagramy.

Bohaterowie są podobni do tych, z innych utworów Greena. Mamy chłopka, przeciętnego pod względem walorów fizycznych, ale wybijającego się w innych rzeczy. Colin jest cudownym dzieckiem, tworzy anagramy, uwielbia Katherine'y i przede wszystkim jest bardzo sympatyczną postacią. Mamy Hassana, który swoimi tekstami nie raz mnie rozbawił. Mamy dziewiętnaście dziewczyn o imieniu Katherine i w końcu jedną Lindsey. Dziewczynę złożoną, charyzmatyczną i wybijającą się na szarym tle. Może nie jest tak problemowa, jak inne bohaterki książek autora, ale z pewnością ma wiele do powiedzenia, jeżeli chodzi o głębszy sens tej historii. Może ślepo wychodzę z założenia, że te postacie będą ciekawe i intrygujące, ale dla mnie takie właśnie są.

Niestety nie zostałam porwana przez 19 razy Katherine tak, jak przez inne książki tego autora. Nie wbito mnie w fotel, nie zalałam się łzami, ani nie byłam rozbita przez kilka dni z powodu szokujących wydarzeń. Patrząc ogólnie, to dobra powieść. Ma swoje wady, ale też i zalety, które je rekompensują. Czytało się ją bardzo przyjemnie i z pewnością pozostanie w mojej pamięci. Niestety patrząc przez pryzmat innych książek Greena, ta okazuje się słabsza. Nie na tyle jednak, żebym przestała uważać tego autora za geniusza.

Moja ocena: 7/10

John Green, 19 razy Katherine/An Abundance of Katherines, str. 301, Bukowy Las, 2014
Read more ...

Niebo - Alexandra Adornetto

20.6.14



Autor: Alexandra Adornetto
Tytuł: Niebo
Tytuł oryginału: Heaven
Seria: Blask #3
Liczba stron: 389
Wydawnictwo: Bukowy Las





Wątek aniołów jest bardzo często poruszany w literaturze. Widzimy je jednak zazwyczaj, jako te wypadłe z bożych łask. Alexandra Adornetto w swojej serii postanowiła zająć się tymi dobrymi, których zadaniem jest pomoc uciśnionym. Główna bohaterka jej trylogii - Bethany Church - wraz z dwójką rodzeństwa została zesłana na ziemię, aby powstrzymywać zło. W trakcie tego pobytu wielkie uczucie połączyło ją z miejscowym chłopakiem - niejakim Xavierem. Po ucieczce z piekła zakochani chcą zalegalizować swój związek, jednak ślub anioła z człowiekiem nie przypada do gustu niebu. Naszą dwójkę zaczynają ścigać Siódmi - aniołowie powołani do pilnowania ładu i porządku na ziemi. Teraz bohaterowie będą musieli podjąć walkę o ich ,,długo i szczęśliwie".

Przy okazji opinii o poprzednich częściach stwierdziłam już, że fabuła tej serii jest całkiem przyjemna. Myślę, że to słowo bardzo dobrze oddaje jej klimat. Choć aniołowie to już dość powszechny temat, to fakt, że autorka ugryzła je trochę od drugiej strony, nadaje całości pewnej świeżości. Fabuła Nieba nie odbiega poziomem od poprzedniczek. Muszę jednak przyznam, że nie każda wizja autorki przypadła mi do gustu. Chociażby obraz nieba, który był dla mnie zbyt... typowy, naciągany, dziwny pod względem okrucieństwa Siódmych. Nie podobał mi się też fakt, że bohaterami są archaniołowie Gabriel i Rafael. Ten drugi wprowadził trochę humoru, ale i tak uważam, że takich rzeczy się po prostu nie rusza. Można ich uznać za pewne symbole (opieki, faktu, że każdy popełnia błędy), ale w niektórych momentach po prostu nie leżało mi, że jestem zmuszona traktować ich tak ludzko.

Ubolewam również nad faktem, że autorka nie pociągnęła do końca wszystkich wątków. Końcówka to bowiem jedynie zakończenie miłosnej historii. Dość łzawe i lekko przesłodzona, jeżeli mam być szczera. Nadaje ono całemu związkowi naszych bohaterów aury pewnej nierealności. Zgadzam się, że to obraz pięknego, czystego i wielkiego uczucia, ale mimo wszystko nierealnego. Właśnie przez skupienie się pod koniec wyłącznie na nim, autorka zapomniała o innych wątkach, które rozpoczęła w tym tomie, a które potem jakoś magicznie zniknęły. Bardzo szkoda... Mimo to, nie opuszcza mnie uczucie przyjemności, która płynęła z lektury. Czytało się ją naprawdę dobrze i wręcz w zawrotnym tempie. Autorka, jak na swój wiek, pisze niesamowicie dobrze. Złożoność tej serii, liczne zwrotny akcji czy dopracowane opisy świadczyć mogą, że jest to twór doświadczonej pisarki, nie zaś tak młodej dziewczyny. Podziwiam ją, że przez całe trzy części potrafiła mnie zaciekawić, zaskoczyć i mimo wad pozostawić po sobie zadowolenia z przeczytania serii.

W Niebie nasi bohaterowie przeszli bardzo wielkie przemiany. Chociażby Bethany, która dostała pewnego pazurka. Przyznaję, że podoba mi się ta jej nowa wersja. Lubię, jak bohaterki biorą życie za rogi, a nie tylko biernie czekają na rozwój wypadków, dlatego tę zmianę uważam za jak najbardziej na plus. Dochodzi również Xavier, o którym dowiadujemy się nowych, interesujących rzeczy i Gabriel, którego można tu poznam od zupełnie innej strony. Do tego zabawny Rafael. Jednym słowem galeria osobowości.

Niebo to jak mówi napis na okładce ,,emocjonujący finał trylogii Blask". Choć książka niepozbawiona jest wad, to jednak stanowi bardzo przyjemne w odbiorze zakończenie historii Bethany i Xaviera. Ja z pewnością będę tę serię bardzo miło wspominać i wracać myślami do Venus Cove. Moim zdaniem trylogia warta jest bliższej uwagi. Tym, którzy przeczytali poprzednie części, polecam Niebo bardzo gorąco, a resztę zachęcam do sięgnięcia po całą serię!

Moja ocena: 7/10, 4+/6
Read more ...

Szukając Alaski - John Green

28.12.13



Autor: John Green
Tytuł: Szukając Alaski
Tytuł oryginału: Looking for Alaska
Liczba stron: 315
Wydawnictwo: Bukowy Las
Moja ocena: 9/10, 5+/6





Jest taki Pan, który zawojował świat literatury młodzieżowej. Najpierw ginął wśród innych twórców, ale potem, za sprawą jednej nieopisanie genialnej książki, ludzkość zaczęła go ubóstwiać. Wszyscy postanowili powrócić do jego wcześniejszych tworów i zachwycać się nimi równie bardzo, jak najnowszą powieścią. Chyba każdy wie, o kogo chodzi. John Green podbija rynek i zyskuje uwielbienie wśród wielu ludzi, zarówno młodzieży, jak i dorosłych. Rodzi się jednak pytanie, czy te starsze pozycje naprawdę tak się nam podobają, czy to efekt oddziaływania Gwiazd naszych wina. Dlatego też postaram się teraz zapomnieć o o tej książce i skupić się tylko i wyłącznie na Szukając Alaski.

Poznajemy tu Milesa Haltera. Nie wiódł on ciekawego życia, nie miał przyjaciół, a każdą wolną chwilę poświęcał wyszukiwaniu ostatnich kwestii znanych ludzi. Pewnego dnia postanowił to zmienić i wyjechać do szkoły z internatem Culver Creek, gdzie uczył się jego ojciec. Chłopak spotyka tam wielu ciekawych ludzi - geniusza matematycznego Chipa (dla przyjaciół Pułkownik), Takumiego i najbardziej fascynującą dziewczynę na świecie - Alaskę Young. Nowi znajomi nadają mu przezwisko - od teraz będzie Kluchą - i wciągają go w swój świat. Chłopak zaczyna doświadczać nowych rzeczy, często naginając przy tym przepisy. Zakochuje się też bez pamięci w Alasce. Wszystko to zaprowadzi Milesa to konieczności odpowiedzi na pytanie, jak wyjść z labiryntu cierpienia, co nie będzie łatwe.

Historia podzielona została na dwie części - PRZED i PO. Każdy rozdział rozpoczęty jest podaniem dni, które pozostały do pewnego ważnego wydarzenia, a potem dni po nim. Zabieg bardzo trafiony. Nasza ciekawość domaga się bowiem zaspokojenia, co sprawia, że musimy czytać dalej. Część PRZED można uznać za typową młodzieżówkę. Wielokrotnie poruszany motyw szkoły z internatem, problemy nastolatków i doświadczanie nowych rzeczy, jak chociażby picie czy palenie, można chyba śmiało uznać za coś, o czym wszyscy już czytali. Poznajemy tutaj także bohaterów, mamy zalążek tajemnicy i historię, o której czyta się dość ciekawie i na pewno przyjemnie. Rozważania rozpoczynają się dopiero w części drugiej. Sama akcja tutaj ustępuje miejsca ważnym treściom, które autor chciał przekazać. Choć obie te części same w sobie nie brzmią dość zachęcająco, to jednak wydarzenie, które je łączy, sprawia, że mają one sens. Wyzwala ono w czytelniku ogromne emocje i powoduje, że część drugą czytamy ze łzami w oczach i czytamy dalej, bo teraz już nie można by było odłożyć tej książki na bok. John Green ma swój styl pisania, o czym z pewności wiecie. Potrafi używać symboli, operować grafiką i używać słów tak, że od czytania nie sposób się oderwać. Można widzieć błędy, ale nie mają one znaczenia w porównaniu z całą resztą i treścią, którą autor przekazuje.

Jak w poprzednich książkach Johna Greena, także i tu mamy pewien motyw, pewne pytania, które krążą od początku, ale odpowiedzi szukamy razem z bohaterami i razem z nimi możemy je wydedukować na końcu. Tutaj było to Wielkie Być Może i labirynt cierpienia, z którego trzeba znaleźć wyjście. Hasła na pierwszy rzut oka mogą wydawać się dość tajemnicze, ale czytając stopniowo nabierają wagi, wnikają w serce milionem pytań, a gdy w końcu otrzyma się odpowiedź, pozostawia ona jeszcze większy ślad. Podczas gdy w Papierowych miastach czasem było zbyt dużo rozważań, tutaj wszystko mamy doskonale wyważone. John Green poruszył ważny temat i dotknął czegoś, co spotyka każdego z nas. Cierpienie jest tematem dość uniwersalnym, dlatego właśnie wnioski mogą pełnić rolę swego rodzaju pocieszenia i tym samym jeszcze bardziej do nas docierać. Autor wzbogacił treść ostatnimi słowami znanych ludzi, które dają kolejną możliwość do zastanowienia, refleksji, a często i uśmiechu.

Bohaterowie są tu bardzo dobrze wykreowani, co z pewnością nikogo nie zaskoczy. Najważniejsze jest to, że nie są idealni. Widać ich wady, niedociągnięcia i potknięcia. Chociażby główna postać - Miles. Był to chłopak z rodzaju tych nieogarniętych, którzy nie wiedzą, jak poradzić sobie z życiem. Właśnie taki wzbudzał największą sympatię. Alaska natomiast była szaloną dziewczyną, inteligentną i zabawną zarazem, ale i nie bojącą się naginać zasad. Przeciwieństwa się przyciągają, więc los po prostu musiał przyciągnąć do siebie tę dwójkę. Nie przypomina Wam to jednak jakichś znanych już bohaterów? Z Papierowych miast chociażby? Jako, że Szukając Alaski ukazało się najpierw, nie możemy autorowi niczego zarzucać. Bohaterów dało się polubić (nawet bardzo!), nie irytowali, a to najważniejsze. Czy inni byli tacy ciekawi i niespotykani, nie wiem. Czasem możemy dojrzeć schematyczność, ale tak naprawdę zdarza się ona bardzo często w naszym życiu, więc i w książkach nie sposób jej uniknąć.

Choć może chciałoby się nie lubić Johna Greena i nie ulegać modzie na niego, naprawdę nie sposób tego zrobić. Pisze on naprawdę genialnie, porusza ważne treści, które z pewnością pozostaną w czytelniku na bardzo długi czas. Szukając Alaski utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że obok tego autora nie można przejść obojętnie, nie można go nie uwielbiać i nie rozpływać się nad każdym jego tworem. Nie odkładajcie go na potem i jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, rozpocznijcie przygodę ze świetną literaturą! Ja tymczasem pozostanę ze sposobem na wyjście z labiryntu cierpienia i niecierpliwym oczekiwaniem na kolejną książkę autora.

Read more ...

Papierowe miasta - John Green

23.7.13



Autor: John Green
Tytuł: Papierowe miasta
Tytuł oryginału: Paper Towns
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 393
Moja ocena: 9/10, 5+/6






Wyobraźnia jest czymś, co w naszym życiu odgrywa naprawdę ważną rolę. Dzięki niej możemy marzyć, sprawiając, że marzenia staną się znacznie bardziej realne. To wyobraźnia posuwa nas do działania, gdy chcemy, aby wyśniony efekt stał się prawdą. Wyobraźnia pozwala postrzegać w dany sposób ludzi, wczuwać się w ich sytuację, a dzięki temu lepiej ich zrozumieć. Dzięki niej możemy tworzyć piękne historie i sprawiać, że świat magii zaistnieje w naszych duszach, a życie stanie się prostsze i piękniejsze. Co jednak, gdy robimy to w zły sposób? Gdy stwarzamy obraz kogoś lub czegoś, co tak naprawdę nie istnieje i żyjemy w świecie iluzji?

Quentin Jacobsen i Margo Roth Spiegelman znają się od dziecka. Zabawy na placu zabaw i przyjaźniący się rodzice bardzo ich do siebie zbliżyli. Przeżyli w tym okresie coś strasznego, coś, co wpłynęło na ich późniejsze życie. Ich relacje się osłabiły. Q - jak nazywają Quentina przyjaciele - nie może jednak zapomnieć o swojej przyjaciółce z dzieciństwa. Obserwuje i podziwia ją z boku. Do czasu, kiedy Margo zjawia się w jego oknie cała ubrana i pomalowana na czarno. Zabiera go na nocną wyprawę, która będzie początkiem zmian w postrzeganiu świata dla Quentina. Następnego dnia bowiem Margo znika, zostawia jednak wskazówki dla Q, które mają mu pomóc w jej odnalezieniu. Podczas poszukiwań chłopak nauczy się bardzo wiele o ludziach i o tym, że nie są tacy, jakich ich widzimy.

Pana Johna Greena zna chyba każdy za sprawą uwielbianej książki ,,Gwiazd naszych wina". Pamiętacie może moje zachwyty nad nią? Jeżeli nie, to powiem, że była genialna, wciąż zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci i myślę, że tak szybko nie odda go jakiejś innej pozycji. Cieszyłam się ogromnie, kiedy zaraz po przeczytaniu ,,Gwiazd naszych wina" w księgarniach ukazała się druga książka Johna Greena. Kupiłam ją zaraz po premierze, ale nie chciałam czytać od razu. Uważam bowiem, że przyjemności trzeba sobie dawkować, tak samo, jak silne doznania. Poza tym ,,Szukając Alaski" dopiero we wrześniu i musiałam jakoś skrócić okres mojego wyczekiwania. Dłużej jednak już nie wytrzymałam i w końcu sięgnęłam.

Na początku trzeba przyznać, że ,,Papierowe miasta" znacznie się różnią od ,,Gwiazd naszych wina", więc ktoś, kto oczekuje czegoś w tamtych klimatach, ,,Papierowe miasta" powinien już teraz sobie odpuścić. Ja osobiście bardzo się cieszę, że to coś innego. Widzimy bowiem, że autor nie zamyka się w jednym kręgu, umie sięgać po coś innego i w innej tematyce pozwalać nam na przemyślenia i emocjonalne doświadczenia. W ,,Papierowych miastach" nie znajdziemy rozważań na granicy śmierci. Tutaj dowiemy się czegoś o ludziach i o postrzeganiu ich. Uświadomimy sobie, że ludzie mają kilka obrazów, lecz żaden nie jest ich prawdziwy. Będzie tu coś o szukaniu siebie, naszych złych przyzwyczajeniach i błędach, które wpływają na innych. ,,Papierowe miasta" można uznać za swego rodzaju przewodnik w poszukiwaniu własnego ,,ja". Chyba potrzebowałam właśnie takiej lektury, bo naprawdę dała mi do myślenia i uzmysłowiła nieco prawdy o otaczającym świecie.

Ale nie myślcie sobie, że będą tu tylko psychologiczne rozważania. Co to, to nie. Dostaniemy przede wszystkim bardzo wciągającą historię. Umieszczona jest ona pod koniec ostatniego roku liceum Quentina. Dziewczyna, którą kocha znika, a on za wszelką cenę chce ją odnaleźć. Historia niby banalna, ale pozwalająca na wciągnięcie się i przeżywanie perypetii bohatera. Tak jak w ,,Gwiazd naszych wina", tak też i tu pan Green wykazał się bardzo lekkim piórem. Przedstawił nam opowieść, którą czyta się z zapartym tchem i przewraca kartki z zawrotną prędkością. Bardzo cenię sobie tę umiejętność, a u Johna Greena jest ona wykształcona genialnie. Potrafi stworzyć świat, który nas zaciekawi, a co więcej, poczujemy, jakbyśmy sami się w nim znajdowali. Autor ma swój styl, pisze tak, jak uważa za słuszne i to zdecydowanie przynosi rezultaty. Już od pierwszych stron można wciągnąć się w przygodę zaserwowaną przez Margo, która daje przedsmak tego, co znajdziemy potem. Zdecydowanie lubię motyw drogi, a tutaj właśnie to dostałam. Poszukiwania jednak w pewnym momencie stały się nieco nużące. Za dużo było właśnie tego psychologicznego motywu i nakazu wyciągania wniosków. Ale spokojnie, nie trwało to długo i potem akcja znów wróciła do pierwotnego stanu.

Bohaterowie książek pana Greena są bardzo realistyczni. Nie ma tutaj ideałów, które tylko wpędzają nas w kompleksy. Jasno mamy pokazane, że każdy z nas ma wady i nikt nie jest idealny. Każdy tutaj sprawia wrażenie, jakby żył naprawdę, każdego też moglibyśmy spotkać i się z nim zaprzyjaźnić. Quentin właśnie należy do takich postaci. To chłopak, jakich wiele. Ani zbyt przeciętny, ani też za bardzo perfekcyjny. Brakuje mu nieco pewności siebie, co Margo za wszelką ceną chce zmienić. Ma w sobie tyle samo zaparcia, aby szukać jej, rezygnując z pełnych w emocje ostatnich tygodni szkoły. Te poszukiwania wiele go nauczą. Zdecydowanie polubiłam także Margo. Była to dziewczyna zbuntowana, szukająca siebie i kreująca oblicze, którego nikt nie zna. Może nieco szalona, ale posiadająca to coś, czego szuka się w bohaterach, a przede wszystkim w ludziach.

,,Papierowe miasta" to kolejna książka Johna Greena, którą trzeba przeczytać. Autor szturmem podbija serca czytelników i zapowiada, że jeszcze wiele zdziała. Tę pozycję zdecydowanie trzeba poznać, czy to ze względu na wartości, które wyniesiemy, czy chociażby tylko patrząc na wciągającą historię. Książka, mimo że opowiada o problemach młodzieży, spodoba się nie tylko im. To coś, co każdy mól książkowy przeczytać powinien. Polecam, polecam, polecam!!

Read more ...

Gwiazd naszych wina - John Green

9.6.13




Autor: John Green
Tytuł: Gwiazd naszych wina
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 312
Moja ocena: 10/10, 6/6











Jest wiele rodzajów książek. Są na przykład lektury szkolne, do których większość z nas nie ma cierpliwości. Są książki, które zapowiadają się całkiem dobrze, a potem z ich czytaniem męczymy się długie godziny. Wśród nas znajdziemy też lekkie lektury na miły wieczór i takie, które czyta się naprawdę dobrze, ale potem o nich zapominamy. Każdy ma też ulubione serie, z których potem wyrasta. Wśród tego powiewu komercji i przeciętności od czasu do czasu znaleźć można perełki, które szczycą nas swym morałem, uczą życia i zajmują w pamięci miejsce szczególne. Są to pozycje ponadczasowe, piękne i niezapomniane, które szturmem podbijają serca czytelników, wywołują rewolucję, a potem nie sposób wyrzucić je z pamięci. Właśnie do takich książek, zarówno dla mnie, jak i dla wielu innych osób należą ,,Gwiazd naszych wina".

Fabułę zna chyba większość z nas, jednak dla porządku i dla tych, którzy może jeszcze jej nie kojarzą, przybliżę ją trochę. Główną bohaterką książki jest szesnastoletnia, chora na raka Hazel. Pewnie już by nie żyła, gdyby nie medyczny cud. Kroku dziewczynie dotrzymuje jej wierny przyjaciel - aparat tlenowy Philip - a życie kręci się wokół oglądania ,,America's Next Top Model", czytania kolejny raz ,,Ciosu udręki", zajęciami w collegu i spotkaniami grupy wsparcia. Na jednym z takich spotkań Hazel poznaje Augustusa, za sprawą którego dowie się, co w życiu ważne, odbędzie podróż marzeń i inaczej spojrzy na świat.

Autorem tego dzieła jest 36-letni John Green. Zadebiutował powieścią ,,Szukając Alaski", która ukaże się u nas w nowej wersji we wrześniu. ,,Gwiazd naszych wina" przyniosła mu ogromną popularność. Otrzymał wiele nagród, m.in.: Printz Medal, Printz Honor i Edgar Awards. Niedawno w Polsce ukazała się jego kolejna książka ,,Papierowe miasta".

Jak każdy z nas zauważył książki pana Greena robią furorę w blogosferze. Każdy o nich mówi, każdy się zachwyca i znajduje w nich coś dla siebie. Tak więc ja, posiadaczka zatwardziałego serca postanowiłam sprawdzić czy i mnie owa lektura poruszy. Byłam pewna, że raczej nie. Wiedziałam, że powinna mi się spodobać, ale łez na swej twarzy nie oczekiwałam. I wiecie co? Zdarzył się cud. Moje twarde niczym głaz serce rozmiękło na chwilę i pozwoliło oczom ronić łzy czytając tę historię. Za to już będę tę książkę wiecznie wielbić.

Ci, na których ta lektura wciąż czeka, pewnie nadal się zastanawiają, co w niej jest takiego. Już mówię. Jedną z takich rzeczy jest sama koncepcja. Nie chodzi o fakt książki o raku, bo takie znaleźć możemy na każdym kroku. Wielu już autorów przedstawiało nam tę chorobę, także wydawać by się mogło, że jest już obejrzana i przetrawiona z każdej strony. Pan Green jednak miał na nią jeszcze inny pomysł. Przedstawił ją w sposób lekki, nie jako wyrzeczenie, ale sposób życia. Ominął płacz, z powodu jej nadejścia, a zaserwował nam wiele okazji do przemyśleń i całe morze mądrości życiowych, które wcale nie wydają się przerysowane, lecz idealnie wpasowują się w sytuację każdego z nas. Dzięki temu wszyscy coś wyniosą. Jeden więcej, drugi mniej, ale w jakimś stopniu ta książka w czytelniku pozostanie. Nie mamy tu jedynie wątku raka. Co to, to nie. Znajdziemy też motyw problemów dorastania, pierwszych miłości, życiowych wyrzeczeń i niesprawiedliwości losu. Można by rzec, coś dla każdego.

Kolejną z zalet jest sposób pisania autora. Nie raz wspominałam o tym, że pisarz musi umieć wykształcić atmosferę charakterystyczną tylko dla niego. Tutaj tak było. Trudny temat został włożony w otoczkę świeżości i wyszło z tego cudo. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to byłaby to właśnie ta lekkość. Po tylu znakomitych recenzjach tej książki oczekiwałam, że będzie jedną z tych ,,mądrych", które do tej pory utożsamiałam z czymś ciężkim i dającym do myślenia w drastyczny sposób. To nie tak, że się zawiodłam. Po prostu byłam zaskoczona, że pan Green potrafił włożyć mi do głowy przemyślenia w sposób lekki, a czasem wręcz nieco banalny. Mimo, a może lepiej dzięki temu w niezwykle obrazowy, trafiający w nasze serca i przejmujący sposób wykreowana została ta podziwiana przez tłumy historia.

Aby książka była dobra nie może zabraknąć dobrze wykreowanych bohaterów. Najlepiej, żeby byli charyzmatyczni, dowcipni i zapadający w pamięci. O tym, że nie mogą ani przez chwilę irytować nawet nie wspominam. Tutaj ten schemat został zachowany. Począwszy od tytułowej Hazel przez barwnego Augustusa, a na rodzicach skończywszy. To właśnie ci charyzmatyczni bohaterowie przekazują nam wszystkie wartości. Na podstawie ich życia i przemyśleń uczymy się my. Poznajemy ludzką naturę i to, że choroba nie wpływa tylko na nas, ale i na każdego w naszym otoczeniu. Jedna decyzja wpływa na inne, a wspomnienie z przeszłości może zmienić obecny sposób odbierania świata. Autor nie spoczął na laurach i nie przedstawił nam kolorowego obrazka, na którym znajdują się doskonali ludzie. W życiu jest ciężko, nikt nie jest doskonały i tu właśnie widać to najlepiej. Chyba nieco przesadnie zrzyłam się z bohaterami. Już na początku dało się przewidzieć, jak to się skończy, ale nie powstrzymało mnie to od przywiązania się do Hazel i Augustusa i oczywiście późniejszego płaczu.

Nie jedna już osoba odkryła tajemnicę ,,Gwiazd naszych wina". Nie ja pierwsza też się nią zachwycam. Napisana jest w sposób, który zachwyci każdego. To, że jest skierowana do młodzieży nie powoduje, że tylko im się spodoba. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie i będzie ją podziwiał z dziecięcą naiwnością i bólem rozdzierającym serce. Nie zwlekajcie wiec dłużej i szybciutko rozpocznijcie lekturę tej powieści. Mogę zagwarantować, że się nie zawiedziecie!
Read more ...

Hades - Alexandra Adornetto

22.7.12
,, Gdyby nasz Ojciec naprawiał każde zło, nikt nie uczyłby się na błędach"

Zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda piekło, czy strach był zbyt wielki, aby w ogóle o tym myśleć? Panna Adornetto na pewno o tym pomyślała i wyszła z tego jakże ciekawa i pasjonująca lektura. ,,Hades" to druga część trylogii o Bethany i Xavierze, po ,,Blasku", autorstwa Alexandry Adornetto.

Bethany Church jest aniołem. Została przysłana na ziemię, aby powstrzymać panoszące się tu siły ciemności. Choć zakochanie się w chłopaku nie było częścią ogólnego planu, więź pomiędzy Xavierem a Beth jest bardzo silna. Niestety, ani to uczucie, ani opieka dwójki archaniołów, Gabriela i Ivy, nie zdołają uchronić Beth przed diabelskim podstępem, który zawiedzie ją wprost do czeluści piekielnych. Jack Thorn zażąda za jej uwolnienie zapłaty, która nie tylko zagrozi Bethany, lecz może także kosztować życie jej bliskich. Czy Bethany nie straci wiary w miłość. Czy zdoła wypełnić swoją misję? Cz niebo jej pomoże?


Ziemia była dla mnie niedostępna, powrót do nieba niemożliwy, a w piekle mnie nie chciano. Prawdopodobnie odejdę w nicość, tak jakbym nigdy nie żyła."


Na samym początku muszę przyznać, że ,,Hades" o wiele bardziej przypadł mi do gustu niż ,,Blask". Może to zasługa tego, że akcja rozkręca się od samego początku, albo tego, że autorka była już starsza, kiedy pisała tę książkę i przez to jej umiejętności pisarskie się poprawiły. Nie wiem, dlaczego, ale wiem, że wręcz nie mogłam oderwać się od lektury. To prawda wciąż było dużo nużących opisów, jednak nie przygniatały mnie one tak jak w pierwszej części. Jestem zachwycona tym jak Alexandra Adornetto opisała piekło. Zrobiła to w sposób ciekawy i mroczny zarazem. Czyli chyba tak jak być powinno.

Co mogę powiedzieć o głównej bohaterce? Może to, że mam wrażenie, że panna Alexandra wzbogaciła ją o własne cechy. Nieodmiennie, kiedy patrze na jej zdjęcia uważam, że tak właśnie wyglądać powinna Beth. Sama Bethany jest bardzo odważna, zadziorna, a przede wszystkim dobra. Czyli to taka bohaterka, o jakiej chcemy czytać. Po tej części jestem jeszcze bardziej zaintrygowana Jackiem. Tak był zły, okrutny i tak dalej, ale czy nie potrzebował miłości? To jego złożony charakter tak mnie zachwycił.

I kolejny raz mamy do czynienia z genialną okładką. Jest zmysłowa, tajemnicza i mroczna. Jeżeli więc ludzi nie zachwyci opis książki, to zachwyci okładka.

Po ,,Hadesie" stałam się wielką tej trylogii. Mam nawet ochotę jeszcze raz przeczytać ,,Blask", aby spojrzeć na niego inaczej. Tymczesem czekam na ,,Niebo", którego premiera w USA dopiero pod koniec sierpnia, a kiedy w Polsce nie wiadomo. Jednak po zakończeniu ,,Hadesu", które potwornie rozbudziło moją ciekawość już nie mogę się doczekać. Książkę polecam. Nie zawiedziecie się na pewno. Jeżeli jeszcze nie czytaliście ,,Blasku" to sięgnijcie po niego choćby po to, żeby potem móc przeczytać ,,Hades".

Moja ocena: 5+/6 

Dołączam filmik z YouTube przedstawiający propozycje aktorów, którzy mogliby odtworzyć bohaterów tej książki. Uważam, że są świetnie dobrani.


Read more ...

Blask - Alexandra Adornetto

1.7.12
Czy zakochując się przekraczamy granice? I czy bycie człowiekiem i odczuwanie ludzkich emocji to coś złego? Książka Alexandry Adornetto, jakże hipnotyzująca, pokazuje, co to znaczy być człowiekiem.

Opowiada ona o trzech aniołach, którzy zstąpili na ziemie. Gabriel - wojownik, Ivy - uzdrowicielka i Bethany, która ma w sobie najwięcej z człowieka. Ich zadaniem jest nieść dobro światu, który w coraz większym stopniu ulega wpływom ciemności. Zmuszeni są jednak ukrywać swoją prawdziwą naturę. Kiedy Bethany, poznaje Xaviera, zdaje sobie sprawę, że przekracza granice wyznaczone przez niebo.  A na drodze do ich szczęścia stają dodatkowo ciemne moce.

Wielkim zaskoczeniem dla mnie, jak i rzeczą, która sprawiła, że z większą chęcią sięgnęłam po ,,Blask", było to, że jego autorką jest zaledwie 20 - letnia dziewczyna. Alexandra Adornetto miała zaledwie 14 lat, gdy ukazała się jej pierwsza książka ,,The Shadow Thief", po której opublikowano jeszcze dwie książki jej autorstwa. ,,Blask" przyniósł jej międzynarodowy rozgłos i trafił na listę bestsellerów ,,New York Timesa".

 Muszę powiedzieć, że fabuła ma coś co zachęcało mnie do dalszego czytania. Mimo że w pewnych momentach, była bardzo nużąca, to jednak byłam bardzo ciekawa, co wydarzy się dalej. Zauważyłam jednak kilka błędów logicznych, które mnie irytowały. Na przykład skoro anioły się nie męczą, to czemu bohaterka zdyszała się biegnąc na spotkanie z Xavierem?

Muszę przyznać, że bohaterowie byli świetnie dopracowani. Każdy z nich miał jakąś głębię i coś, co w nich polubiłam. Gabriela - który był bardzo surowy - sama się momentami bałam, a Ivy darzyłam ciepły uczuciem. Bardzo ciekawa była też postać Jaka Thorna. Mimo że wiedziałam, że wniesie on coś złego do akcji, to jednak jego ciemne poczucie humoru sprawiło, że w pewien sposób obdarzyłam go sympatią.

Kolejnym wielkim plusem dla tej książki jest genialna wręcz okładka. Oddaje klimat, tajemnicę i zmysłowość książki.

Książkę ogółem uważam za świetną i polecam do przeczytania.
Read more ...