Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty

Moja siostra mieszka na kominku - Annabel Pitcher

24.10.16




Mało jest książek, które w prosty sposób przekazywałyby ważną prawdę. Takich, które uciekając się do dziecięcej naiwności, pokazywałyby rzeczy ważne w dorosłym życiu. Jedną z nich jest Moja siostra mieszka na kominku - książka będąca moim odkryciem tego roku.

W rodzinie Jamie'ego zdarzyła się tragedia. Jego siostra zginęła w zamachu, z czym nikt oprócz Jamie'ego zdaje się nie radzić. Matka odeszła i związała się z innym partnerem, ojciec pije, a druga siostra pofarbowała włosy na różowo. Kiedy ojciec z dziećmi decyduje się na przeprowadzkę, pojawia się nadzieja na ułożenie sobie życia na nowo. Nic jednak nie będzie takie proste, a droga rodziny do lepszego jutra okaże się dłuższa, niż mogłoby się wydawać na początku.

Ten wieloznaczny tytuł pozostawia czytelnika z zastanowieniem, o czym tak naprawdę będzie książka, jakie wartości przekaże. I już na samym początku trzeba zaznaczyć, że nie jest to lekka powieść dla nastolatków. Stawia przed odbiorcami motyw śmierci i radzenia sobie z nią, tęsknoty za drugim człowiekiem, społecznych uprzedzeń i odrzucenia. Nie są to zatem tematy łatwe, a co zatem idzie sposób, w jaki się o nich opowiada, musi być na najwyższym poziomie.

Tak było w tym przypadku. Ukazanie tak ważnych tematów oczami dziecka porusza najdelikatniejsze strony duszy. Zmusza do zastanowienia nad rzeczywistym obrazem radzenia sobie z odejściem drugiej osoby i pokazuje, że nie dla każdego może być ono takie samo. Autorka stworzyła powieść, gdzie wrażliwość miesza się brutalnym obrazem świata, gdzie dziecięca naiwność próbuje poradzić sobie z problemami. I to wszystko właśnie tak chwyta za serce. Jeżeli dodać do tego bardzo sprawny warsztat pisarski, który sprawił, że od książki nie można się było oderwać, powstanie powieść wysokiej klasy.

Moja siostra mieszka na kominku jest jak baśń, gdzie trudne wydarzenia mieszają się z tymi pięknymi. Ta pozycja daje z pewnością solidną lekcję. I może pomoże komuś w podobnej sytuacji? Na mnie zrobiła naprawdę duże wrażenie! I może jej ostatnie wznowienie przez Wydawnictwo Papierowy Księżyc nie tylko mnie o niej przypomni. Bo przeczytać naprawdę warto! 

Annabel Pitcher, Moja siostra mieszka na kominku/My Sister Lives on the Mantelpiece, str. 288, Papierowy Księżyc, Słupsk, 2016
Read more ...

Całkiem niezła potrawa [Przepisy na miłość i zbrodnię - Sally Andrew]

19.7.16




Ostatnio w moje ręce trafiła pewna książka. Myślałam, że będzie kolejną przyjemną, choć przeciętną powieścią kryminalna-obyczajową. Nie macie pojęcia, jak bardzo pozytywnie się zaskoczyłam!

W Przepisie na miłość i zbrodnię poznajemy Tannie Marię, która pisze przepisy dla miejscowej gazety. Kiedy jednak pojawia się konieczność stworzenia działu porad w zamian za jej rubrykę kulinarną, kobieta postanawia radzić ludziom i tworzyć przepis dla każdego z nich. Pewnego dnia Maria musi pomóc kobiecie bitej przez męża. Kiedy dochodzi do jej zabójstwa, a sprawca nie jest znany, Maria angażuje się w śledztwo, aby sprawiedliwości mogło stać się za dość.

W tej książce jest wszystko, czego szukamy w idealnej powieści na wakacje. Zacznijmy może od wątku kryminalnego, bo to on spaja całą powieść. Kiedy rozpoczynają się poszukiwania mordercy, nie sposób nie zastanawiać się z bohaterami, kto popełnił ten haniebny czyn. Autorka przedstawia nam wiele dróg pełnych podejrzeć i insynuacji, wiele motywów i alibi, które aż chce się śledzić. Może to nie jest najbardziej zagmatwana powieść kryminalna, jaka miała okazję powstać, ale na pewno jedna z takich, które czyta się z najwyższą przyjemnością.

A wszystko za sprawą bohaterów, których lubi się od pierwszej strony. Czy to ciepła Tannie Maria, czy też szalona redaktorka Jessie, o potężnym komisarzu nie wspominając. Nie można się z nimi nie zżyć i nie przeżywać ich losów. Wszystko okraszone jest przepisami kulinarnymi. Czytając o nich aż cieknie ślinka i nachodzi człowieka ochota na gotowanie. Tannie Maria ma przepis na każdą bolączkę. Z pewnością poradzi też coś na Wasze! No i do tego afrykański klimat. Po prostu cudeńko!

Mówcie, co chcecie, ale mnie ta książka bardzo przypadła do gustu. Miło, sympatycznie, z dreszczykiem grozy, no i przepysznie! Lepszej książki na wakacje nie można znaleźć!


Read more ...

W gościnie u Audrey [Audrey w domu. Wspomnienia o mojej mamie - Luca Dotti, Luigi Spinola]

17.4.16




Nie ma chyba osoby, która nie kojarzyłaby Audrey Hepburn. Aktorka, modelka, działaczka humanitarna. Matka. Kobieta, która podchodziła do życia bez parcia na szkło, a jej urok osobisty i wrodzona klasa sprawiły, że powszechnie uważana jest za ikonę stylu. W marcu na rynku pojawiła się jej najnowsza biografia. Biografia inna, niż wszystkie, bo napisana przez jej syna.

Na początek warto zaznaczyć, że Audrey w domu nie przypomina typowego życiorysu. Jak mówi sam tytuł - to bardziej wspomnienia dziecka o matce. Dlatego też okres, któremu poświęca się tu najwięcej miejsca to czas po urodzeniu drugiego syna, a zarazem autora tej książki - Luci. Główny układ chronologiczny życia aktorki przełamany zostaje różnego rodzaju wtrąceniami czy mniej znaczącymi wątkami, dodającymi całości jeszcze bardziej osobistego charakteru. 

Jest to bowiem pozycja osobista do szpiku kości. Poznajemy w niej jakoby drugie oblicze Audrey Hepburn. Nie jako aktorki czy modelki, a przede wszystkim matki. Nie znajdziemy tu stylu typowego dla biografistów, czy prób dociekania informacji. Wszystkie wspomnienia serwowane są nam z pierwszej ręki, przez co mamy wrażenie pewnego autentyzmu. Stajemy się nie tylko czytelnikami, ale również świadkami zdarzeń. Dzięki takiemu ujęciu poznajemy bardziej prywatną wersję tej znanej aktorki. Kobiety, która kochała gotować, najlepiej czuła się w swej posiadłości La Paisible, a dla rodziny zrezygnowała z pracy i kariery.

Niewątpliwym atutem tej pozycji jest jej oprawa graficzna. Pojawia się tutaj wiele niepublikowanych wcześniej zdjęć z rodzinnego albumu, które nie tylko cieszą oko, ale są też prawdziwą gratką dla fanów. Ciekawym pomysłem jest zawarcie w książce prywatnych przepisów Audrey, z których każdy łączy się w jakiś sposób z opisywanymi wspomnieniami. Wśród nich znajdziemy na przykład Hutspot, który jedzono podczas wojny, czy słynny makaron z sosem pomidorowym i ciasto czekoladowe, bez których Audrey nie mogła się obejść. Czyż w możliwości przygotowania dań gotowanych przez samą Audrey Hepburn nie ma czegoś magicznego?

Audrey w domu. Wspomnienia o mojej matce to z pewnością pozycja inna niż wszystkie. Swoją konstrukcją, która przedstawia przed czytelnikami różnego rodzaju wspomnienia, przepisy i niepublikowane zdjęcia zaskakuje odbiorców i pokazuje im bardziej prywatny obraz Audrey Hepburn. Dla każdego fana jest to pozycja obowiązkowa!

Luca Dotti, Luigi Spinola, Audrey w domu. Wspomnienia o mojej matce/Audrey at Home: Memories of My Mother's Kitchen, str. 264, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2016
Read more ...

Bo światem rządzi przypadek... [Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson]

13.2.16



Kilka miesięcy temu poznałam w końcu pierwszą część kultowej kryminalnej trylogii Stiega Larssona - Millennium. Zachwytów nie było końca, więc sięgnięcie po kolejną część było dla mnie rzeczą oczywistą. Do tak skonstruowanych historii po prostu chce się wracać!

Akcja Dziewczyny, która igrała z ogniem dzieje się mniej więcej rok po zakończeniu wydarzeń z poprzedniego tomu. Lisbeth Salander postanawia wybrać się na roczne wakacje i odciąć od całego świata. A w szczególności od Mikaela Blomkvista. Po powrocie w Szwecji czeka na nią prawdziwa burza. Zamordowany zostaje dziennikarz i jego narzeczona, którzy pracowali nad tematem traffickingu. O morderstwo zostaje oskarżona Salander, a jedyną osobą, która zdaje się wierzyć w jej niewinność, jest Blomkvist.

Podobnie, jak w Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet, tak i tutaj akcja nabiera tempa bardzo powoli. W dość długim wstępie poznajemy sekrety podróży Lisbeth i codzienne sprawy Mikaela związane z pracą w "Millennium". W żadnym razie jednak początek nie nudzi! To wszystko za sprawą stylu autora, który nawet opisem robienia zakupów wzbudza moją ciekawość. I właśnie w tym długim wstępie zawiązuje się cała późniejsza akcja. Do głosu dochodzą wydarzenia, nad którymi będziemy potem nie raz się głowić. Jedyną rzeczą, do której się mogę przyczepić to pewne zdarzenie podczas wakacji Lisbeth. Takie małe śledztwo, będące zapowiedzią późniejszych wydarzeń. Sądziłam jednak, że autor jakoś później do niego nawiąże. Tak się niestety nie stało i cała sytuacja okazała się bezsensowna dla książki. No chyba, że coś wypłynie w tomie kolejnym... 

Kolejny raz będę zachwycać się nad skonstruowaniem zagadki i przebiegiem "śledztwa". Tutaj po prostu każdy najmniejszy szczegół, każda wzmianka ma jakiś sens. Wiele tropów przygotował przed nami autor, pokazał wiele ścieżek, którymi można pójść i tym samym nieustannie zmusza swego czytelnika do zastanowienia i rozmyślania nad faktycznym przebiegiem zdarzeń. I właśnie dlatego tak bardzo uwielbiam te książki. Nie ma tu miejsca na trywialne problemy czy bezmyślne działania. Podczas czytania mózg pracuje na najwyższych obrotach, bo właśnie elokwencja autora nas do tego zmusza. Nie tylko zagadka skonstruowana jest z najwyższą precyzją. Nie można nie zachwycić się też bohaterami. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Lisbeth Salander. W Dziewczynie, która igrała z ogniem poznajemy jej przeszłość i dowiadujemy się znacznie więcej na temat jej nawyków i codziennych działań. Po prostu uwielbiam tę postać! Wyraźna, nieugięta, z własnymi zasadami i swoim własnym poczuciem moralności. Takich bohaterów się zapamiętuje!

W twórczości Stiega Larssona nie brak brutalności. Autor bez skrupułów opisuje rzeczywistość. W tym tomie porusza nieco bardziej problem traffikingu. Choć nie jest to powieść dokumentalna, a kryminalna i wszelkie fakty odbieramy zgoła inaczej, to nie sposób nie zastanowić się nad sytuacją kobiet w ówczesnym świecie. Do tego dochodzą społeczne uprzedzenia i głęboko zakorzenione stereotypy. Właśnie dzięki pokazaniu takich sytuacji możemy wyciągnąć pewne wnioski.

Początkowo miałam wrażenie, że Dziewczynie, która igrała z ogniem czegoś brakuje. Że nie dorównuje poprzedniczce. Szybko jednak opuściło mnie to wrażenie. Lektura pochłonęła mnie całkowicie i kolejny raz nie mogę przestać zachwycać się zdolnościami Stiega Larssona. Wiem też, że z ogromną chęcią sięgnę po zakończenie tej trylogii.

Stieg Larsson, Dziewczyna, która igrała z ogniem/Flickan som lekte med elden, str. 700, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2009 (Wydanie pierwsze)


Read more ...

Mistrz i Małgorzata - Michaił Bułhakow

8.3.15


Do tej pory nie zrecenzowałam na blogu żadnej lektury szkolnej. W sumie sama nie wiem dlaczego. Ostatnio przeczytałam jednak taką, która sprawiła, że poczułam wręcz przymus, aby podzielić się z Wami moim zachwytem. Mowa oczywiście o nieocenionym Mistrzu i Małgorzacie.

Książka ta jest tak pełna wątków i różnorodnych płaszczyzn, że aż trudno to opisać. Samą fabułę ciężko zawrzeć w kilku zdaniach i jednocześnie uniknąć zdradzenia niepotrzebnych szczegółów. Wszystko zaczyna się od spotkania dwójki literatów z siłą nieczystą. To wydarzenie i niespodziewana śmierć jednego z mężczyzn pociągają za sobą całą serię nieprawdopodobnych i ociekających drwiną z ówczesnego świata wydarzeń. Znajdziemy tu także wiele innych tematów. Chociażby miłość dwójki tytułowych bohaterów czy rozważania odnośnie roli artysty, a wszystko to w towarzystwie diabelskich kompanów.

Nie od początku pokochałam tę książkę. Muszę przyznać, że najpierw czytało mi się ją dość ciężko. Do groteski, która ją wypełnia, trzeba się po prostu przyzwyczaić, a mnie zajęło to kilkanaście stron. Potem jednak zaczęłam już w pełni doceniać geniusz Bułhakowa. Naprawdę nie sposób określić jednoznacznie, dlaczego ta książka odniosła tak wielki sukces. Składa się na niego wiele czynników. Chociażby wspomniana już wcześniej przeze mnie mnogość wątków. Bo jest ich naprawdę sporo, co dodatkowo podkreślają dwie płaszczyzny książki. Pierwsza to rzeczywiste wydarzenia, które toczą się w mieście, a druga to opowieść Mistrza o Poncjuszu Piłacie. Każdy temat intryguje, a kiedy już przyciągnie naszą ciekawość, zachwyca do głębi. Muszę przyznać, że osławiona historia miłosna jest warta wszystkich zachwytów. W poszukiwaniach Małgorzaty, która jest gotowa naprawdę na wszystko, żeby odnaleźć ukochanego, jest swego rodzaju magia, która zdobywa serca czytelników. Autor w ironiczny sposób demaskuje sytuację w kraju. Daje też powody na istnienie Boga, którego w ateistycznym państwie starano się wymazać i pokazuje los twórców.

Tytuł sugeruje, że Mistrz i Małgorzata to główni bohaterowie książki, ale tak naprawdę nie grają głównych skrzypiec od początku do końca. Spajają wydarzenia, to fakt, ale ważnych postaci było jeszcze kilka. Chociażby wielobarwny Woland, który wymyka się przypisanej mu roli i stanowi chyba jedną z bardziej wyraźniejszych postaci. Trzeba też wspomnieć o kocie Behemocie, o którym słyszałam już na długo przed przeczytaniem książki. Nie da się go nie polubić! Do tego dochodzi jeszcze wiele innych postaci, którymi nie sposób się nie zachwycać. Są tak wyraziści i realni, że nieraz to aż przeraża. Do całości dochodzi piękny, wielobarwny język, którym autor maluje przed nami wydarzenia. Każda dobra historia, nie byłaby nią, gdyby nie została opowiedziana w odpowiedni sposób. Mistrzowi i Małgorzacie tego z pewnością nie brakuje.

Mało jest szkolnych lektur, które szczerze i dogłębnie by mnie zachwyciły. Były lepsze i gorsze. Niektóre znienawidziłam, inne polubiłam, ale takich, które szczerze pokochałam jest dosłownie kilka. Mistrz i Małgorzata się do nich zalicza. Nie powiem, że od początku do końca powieść była dla mnie doskonała. Były cięższe momenty, kiedy śmiałam się z groteski wydarzeń i nie mogłam zrozumieć sensu danej sytuacji. Mimo to, rozumiem fenomen powieści i w pełni się z nim zgadzam. To jedna z tych książek, które po prostu trzeba przeczytać - na spokojnie, z otwartym umysłem i szczerym zapałem. Geniusz wylewający się z jej kart naprawdę zachwyci!

Moja ocena: 9/10

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata/Mastier i Margarita, str. 540, Muza SA, Warszawa, 2005

Read more ...

Mechaniczna księżniczka - Cassandra Clare

10.1.15

Z uwagi na to, że Mechaniczna księżniczka jest już trzecim tomem serii, w pewnych miejscach nie dało się uniknąć spojlerów. Jeżeli nie czytaliście poprzednich części, lepiej pomińcie tę recenzję!


Cassandra Clare to jedna z najbardziej uwielbianych pisarek. Ludzie pokochali ją za bogatą wyobraźnię, lekkie pióro, kreowanie charyzmatycznych bohaterów, a przede wszystkim za stworzenie świata Nocnych Łowców, który żyje własnym życiem. I ja zaliczam się do grona jej wielbicieli. I tak, jak inni, nie lubię kończyć danej serii i żegnać się z bohaterami. Mechaniczną księżniczkę odkładałam bardzo długo właśnie z tego powodu. Przyszedł jednak w końcu czas, aby zamknąć historię Tessy, Willa i Jema.

W tej ostatniej już części ponownie lądujemy w londyńskim Instytucie z XIX wieku. Jem i Tessa przygotowują się do ślubu. Ich radosny czas zostaje jednak zakłócony przez Mortmaina i jego plan zemsty na Nocnych Łowcach. Kiedy Tessa zostaje porwana, celem naszych bohaterów będzie jedno - powstrzymać złowieszcze knowania. W Mechanicznej księżniczce poznamy też odpowiedź na pytanie, do kogo będzie należało serca Tessy i doświadczymy zręcznego zakończenia tej genialnej trylogii.

Świetnym uczuciem była możliwość powrotu do ulubionych bohaterów i świata, który kilka lat temu wywarł na mnie tak wielkie wrażenie. Nie powiem tu nic odkrywczego, talent pani Clare do kreowania rzeczywistości znów mnie zaskoczył i znów miałam okazję się w nim zakochać. Pod tym względem ta część nie różniła się niczym od innych. Podobnie rzecz się miała z akcją. A jeżeli mówić dokładnie, porywała jeszcze bardziej. Działo się naprawdę wiele i zdecydowanie dało się odczuć, że to ostatni tom i wydarzenia zmierzają ku końcowi. Może nie emocjonowałam się wszystkim tak, jak przy poprzednich częściach, ale możemy to chyba zwalić na to, że jestem starsza, prawda? Mimo to, książkę czytało się genialnie, a strony, nie wiedzieć kiedy i gdzie, uciekały. Poprzednie części czytałam już jakiś czas temu, dlatego trochę obawiałam się, że wiele ważnych wątków, gdzieś mi umknęło i będzie mi ciężko zorientować się w akcji. Na szczęście fabuła skonstruowana jest tak, że łatwo jest przypomnieć sobie poprzednie wydarzenia. 

Rzeczą, która mnie rozczarowała, było zakończenie. Nie to, jak autorka rozwiązała wszystkie kwestie i jaki obraz bohaterów zostawiła w naszych głowach. To było zdecydowanie świetnie zrobione i zakończone tak, jak być powinno. Chodzi mi jednak o pewien konkretny aspekt tego zakończenia, a mianowicie rozstrzygnięcia naszego romansu. Pomijam już fakt książkowego trójkąta, ale TAKI obrót spraw naprawdę mnie nie satysfakcjonuje i rodzi wiele pytań. Przez to wszystko kilka minusów musi niestety powędrować do bohaterów. Nie przestałam jednak darzyć ich sympatią, choć irytowali mnie nieco bardziej, niż wcześniej. 

Mechaniczna księżniczka to bardzo dobre zakończenie trylogii. Naprawdę żal mi się żegnać z Diabelskimi Maszynami i Nocnymi Łowcami z XIX-wiecznej Anglii. Po przeczytaniu paru recenzji byłam pewna, że ta część wyrwie mi serce, niestety tak się jednak nie stało. Mimo to znów miałam okazję pozachwycać się talentem autorki i zatopić się w świetnej fabule, z czego bardzo się cieszę!

Moja ocena: 9/10

Cassandra Clare, Mechaniczna księżniczka/The Clockwork Princess, str. 540, MAG, Warszawa, 2013

Read more ...

Wszechświat kontra Alex Woods - Gavin Extence

5.1.15

Czasami przypadek i okoliczności wydają się potwornie nieuczciwe, ale my musimy się dostosować. Bo tylko to nam zostaje.

Życie Alexa Woodsa zmienia się diametralnie w momencie, gdy przez dach jego łazienki przebija się meteoryt i uderza go w głowę. Dziesięcioletni chłopiec zapada w śpiączkę, a po wybudzeniu się zdaje sobie sprawę, że stał się gwiazdą tabloidów. Wypadek pociąga za sobą inne wydarzenia, które wpływają na życie Alexa - od padaczki po zainteresowanie meteorytami. To jednak poznanie pana Petersona odmieni jego światopogląd i doprowadzi do złapania go na granicy przewożącego ludzkie prochy.

Jeżeli miałabym opisać tę książkę jednym słowem postawiłabym na piękna. Nie tylko ten przymiotnik wchodziłyby w grę. Zastanawiałabym się też nad mądra, inteligentna, dowcipna, wzruszająca, ale ogólny przekaz i sposób, w jaki on do nas dociera, zasługują właśnie na takie określenie. Autor tą powieścią naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Już pierwszy rozdział, kiedy bohater zostaje zatrzymany na granicy i przewieziony na posterunek, rozbudza naszą ciekawość i zmusza do dalszego czytania. Potem mamy okazję przyjrzeć się bliżej życiu Alexa pełnego zbiegów okoliczności i niespotykanych zdarzeń. Sam Alex jest postacią bardzo charakterystyczną. To szczery do bólu chłopak, niespotykanie uczciwy, ale też aspołeczny. Właśnie taki zdobywa największą sympatię, a fakt, że historia opowiedziana jest z jego punkty widzenia jeszcze bardziej zbliża do niego czytelnika.

Autor w swojej powieści zawarł kilka bardzo ważnych tematów. Poruszył motyw eutanazji, samotności, choroby i oczywiście przyjaźni. Przekazał to wszystko w sposób niezwykle mądry i pełen wrażliwości. Czytając jego książkę nie sposób uniknąć momentów zastanowienia. Lekturze towarzyszy śmiech przez łzy, które płyną samoczynnie. Powtarzałam już kilka razy, że ja naprawdę rzadko płaczę, a przy książkach czy filmach zdarza się to już sporadycznie. Przy tej powieści nie mogłam jednak powstrzymać wybuchu łez na koniec. Emocje kotłowały się we mnie juz od początku, a na koniec wręcz błagały o jakieś ujście. Dopracowanie w każdym szczególe treści stworzyło dzieło niezwykle ciekawe, pełne emocji i przesłania na przyszłość. Jednym słowem idealne.

Wszechświat kontra Alex Woods to książka taka, jak powinna być. Perfekcyjna w każdym zdaniu, zdumiewająca z każdym kolejnym rozdziałem. Tematyka sprawi, że spodoba się nie tylko nastolatkom, ale też i starszym czytelnikom, a przesłanie wryje się w pamięć na bardzo długi czas! 

Moja ocena: 9/10

Gavin Extence, Wszechświat konta Alex Woods/The Universe Versus Alex Woods, str. 418, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2014

Za możliwość przeczytania książki Wszechświat kontra Alex Woods serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu! 


Read more ...

Miniaturzystka - Jessie Burton

21.12.14

Nie wiem, jak rozpocząć tę recenzję. Nie wiem, od czego zacząć, żeby dokładnie w najmniejszych szczegółach oddać to, jakie perypetie miałam z tą książką i jakie emocje we mnie wywołała. Przybliżę Wam może najpierw fabułę.

Opowieść zaczyna się w momencie, gdy Petronella Oortman przybywa do domu dopiero co poślubionego męża - Johannesa Brandta. Mężczyzna, jako kupiec, może zapewnić jej życie, jakiego nie mogła zaznać na wsi. W domu zamiast męża wita ją jednak jego surowa siostra, Marin, śmiała służąca, Cornelia i ciemnoskóry sługa, Otto. Gotowa na podjęcie życia żony Nella musi pogodzić się z wielokrotnym odrzuceniem. W prezencie ślubnym Johannes ofiaruje jej miniaturę ich domu. Zadaniem Nelli jest umeblowanie go. Dziewczyna rozpoczyna znajomość z tajemniczym miniaturzystą, który otworzy wiele drzwi prowadzących do rodzinnych tajemnic.

Muszę przyznać, że początkowo bardzo trudno było mi się wgryźć w czytaną opowieść. Jakoś nie mogłam poczuć ducha epoki, historia mało mnie ciekawiła, a momentami wydawała mi się wręcz infantylna. Na szczęście jestem świadoma moich częstych problemów, jakie mam rozpoczynając lektury, dlatego też mało sobie robiłam z tych początkowych trudności. I oczywiście moje przewidywania się sprawdziły, bo potem wybuchłam bombą zachwytu. Na początek muszę pochwalić właśnie umieszczenie akcji pod koniec XVII wieku. Ten wiek to dla mnie prawdziwa zmora. Gdybyście mnie teraz zapytali o jakikolwiek, najprostszy fakt z tego czasu, nie odpowiedziałabym Wam kompletnie nic. Tak, wiem, że matura w maju. Dlatego też cieszę się, że dzięki Jessie Burton mogłam poznać ludzką mentalność tamtego okresu, dowiedzieć się kilku ważnych faktów i ujrzeć Holandię XVII-ego wieku. Autorka przedstawiła nam istotę małżeństwa, pogoń za szczęściem i prawdziwym sobą, poruszyła kwestię marzeń i miłości oraz walkę o bliskich. Piękne połączenie.

Kolejny wielki plus należy się za tę historię, która tak mnie początkowo nudziła. Jestem po prostu oszalała z zachwytu faktem, jak autorka połączyła wszystkie tajemnice. Początkowa monotonia zamieniła się w zdumiewającą liczbę zaskoczeń, a ta niby prosta akcja przerodziła się w tak zaplątaną fabułę, że po prostu brak mi słów. I teraz muszę publicznie wyznać autorce miłość, bo dzięki niej mogłam doświadczyć wielokrotnych momentów zachwytów. Do tego jej piękny język. Pani Burton genialnie nakreśliła opowiadaną historię i pozostawiła przed czytelnikiem malownicze opisy. Trzeba przyznać, że jej urokliwy styl doskonale komponuje się z tematyką. Książka wzbogacona jest też w słowniczek, krótkie porównanie zarobków pod koniec XVII wieku w Amsterdamie oraz przykładowe wydatki przeciętnej osoby. Przyznajcie sami, takie dodatki zawsze udoskonalają książkę i pokazują wkład pracy autora.

Nie można też zapomnieć o bohaterach. Zacznijmy od głównej postaci - Nell, której metamorfozę dokładnie widać na kartach powieści. Daje mi to kolejny powód do uwielbiania autorki. Potem Marin, której złożoności wciąż nie mogę się nadziwić. Jest to z pewnością jedna z bardziej charakterystycznych postaci. Kobieta tajemnica, którą kocha się mimo chłodu, jaki ofiarowywała. Dalej Johannes, czyli czarna owca całej historii. Człowiek, który musiał mierzyć się z ludzką mentalnością i zaściankowym myśleniem. Mężczyzna, który popełnił wiele błędów, ale też był ofiarą błędów innych. Kolejny powód, dla którego ta historia tak bardzo wybija się ponad przeciętność. Oczywiście trzeba też wspomnieć o naszej tytułowej miniaturzystce. Kobiecie, która skrywała jeszcze więcej tajemnic, niż Marin i była paliwem, które napędzało całą tę opowieść.

Jestem po prostu zachwycona historią, którą miałam okazję przeczytać. Na okładce znajdziemy fragment opinii autorki "Zanim zasnę", mówiący, że książka należy do tych, które przypominają nam, dlaczego zakochaliśmy się w czytaniu. Podpisuję się pod tym. Tej książki po prostu nie mogłam nie pokochać!

Moja ocena: 9/10

Jessie Burton, Miniaturzystka/The Miniaturist, str. 453, Literackie, Kraków, 2014

Za możliwość przeczytania Miniaturzystki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu! 

Read more ...

Król Kruków - Maggie Stiefvater

27.8.14

Maggie Stiefvater znana jest w Polsce głównie dzięki swej bestsellerowej trylogii Drżenie. Rok temu została wydana inna jej książka, którą od razu pokochały tłumy. Mowa o Królu Kruków - pozycji, której opis i okładka intrygują równie bardzo. Kupiłam ją niemal zaraz po premierze i prawie rok odczuwałam irracjonalny lęk przed sięgnięciem po nią. Kiedy w końcu to zrobiłam, od pierwszej strony plułam sobie w brodę, że pozwoliłam jej czekać aż tak długo.

Autorka przedstawia nam Blue, która od dziecka wychowuje się wśród wróżek. Sama jednak nie jest jedną z nich. Sprawia jedynie, że w jej obecności media widzą wyraźniej. Od zawsze przepowiadano jej pewną rzecz - chłopak, którego naprawdę pokocha, umrze. Dziewczyna nie przejmuje się tym do dnia, kiedy na jej drodze stają czterej chłopcy z elitarnej szkoły. Wtedy jej emocje zdają się budzić. Gansey, Adam, Ronan i Noah są świadomi istnienia magicznego świata. Co więcej, szukają miejsca, gdzie został pochowany legendarny Król Kruków. Wkrótce piątka bohaterów rozpocznie poszukiwania, które odkryją wiele tajemnic ich spokojnego miasteczka.

Po przeczytaniu dwóch książek Maggie Stiefvater w mojej głowie wykształtowało się pewne wrażenie. Obie pozycje, choć tematyka była inna, odbierałam w taki sam sposób. Przywodziły mi na myśl mroźny dzień, kiedy nie muszę wychodzić z domu, i kiedy spokojnie mogę schować się pod kocem z książką i kubkiem herbaty w ręce. Taki błogi spokój, kiedy pogoda na dworze szaleje. O dziwo, poczułam się tak, jakby nie było, w lecie. Król kruków oprócz tego wrażenia wypełniony jest po brzegi także magicznym klimatem. Dzieje się tak dlatego, gdyż nasza główna bohaterka należy do rodziny, gdzie takie sprawy są na porządku dziennym. Męskie grono również nie stroni od wiary w zjawiska nadprzyrodzone. Chcę jednak zaznaczyć, że ten magiczny świat traktowany jest w powieści, jak coś oczywistego. Jedni w niego wierzą, inni nie, ale czytelnik ani przez moment nie poddaje w wątpliwość prawdziwości jego istnienia. I to właśnie mnie urzekło. 

Sam pomysł na książką również bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Początkowo myślałam, że wszystko będzie się rozgrywać wokół Blue i jej klątwy, z czego wyszedłby niekoniecznie oryginalny romans. Temat ten jest jednak poruszony dosłownie w paru miejscach. Autorka skupia się głównie na poszukiwaniach linii mocy i Króla Kruków. Wszystko to wzbogaciła wieloma legendami, przepowiedniami, rytuałami i magią. Dla mnie powstała mieszanka idealna. Od początku do końca moja uwaga była pochłonięta. Nie było tu jakiś wielkich zwrotów akcji, czy momentów zaskoczenia, co sprawia, że pozycja może nie przypaść do gustu każdemu. Dla mnie jednak nie miało to większego znaczenia. Autorka stworzyła całość w niezwykle wprawny sposób. Język doskonale komponował się z historią, nie pozwalał oderwać się od lektury, choć był dość prosty.

W książce znajdziemy także wielu realistycznych bohaterów. Zwłaszcza chłopcy są świetnie zarysowani. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tego, ale autora przedstawiła ich cechy naprawdę wnikliwie. Pokazała, z jakimi trudnościami musieli się zmagać i jakim stereotypom musieli sprostać. Przedstawiła ich lęki i nadzieje, cele i marzenia. Naprawdę świetna praca została tutaj wykonana! Blue również pokazano bardzo wnikliwie, ale to chłopcy odgrywają w aspekcie postaci pierwsze skrzypce.

Król kruków to książka, obok której nie sposób przejść obojętnie. Zachwyciła mnie swym klimatem, pomysłem na fabułę i konstrukcją postaci. Czytając ją, ma się wrażenie, jakbyśmy odbywali podróż do innego świata, a autorka swoją wizją mąci w głowie i nie pozwala na chociażby małe wątpliwości. Jeżeli jeszcze nie czuje się przekonani, powiem to otwarcie, sięgajcie szybko po tę pozycję! Ja już biegnę po inne książki autorki w oczekiwaniu na kolejny tom serii.


Maggie Stiefvater, Król Kruków/The Raven Boys, str. 487, Uroboros, Grupa Wydawnicza Foksal, 2013
Read more ...

Niezbędnik obserwatorów gwiazd - Matthew Quick

23.8.14

Na Niezbędnik obserwatorów gwiazd czaiłam się już od jego premiery. Prawie wszyscy go zachwalali, a autor był porównywany do niezastąpionego Johna Greena. Choć planowałam sięgnąć najpierw po pierwszą książkę autora wydaną w Polsce - Poradnik pozytywnego myślenia - to splot wielu różnych czynników sprawił, że zaczęłam w końcu czytać Niezbędnik...

Życie w Belmont nie jest łatwe. Czarne gangi i irlandzka mafia wcale nie są tam jakąś abstrakcją. Co więcej, sprawiają, że strach wychodzić z domu po zmroku. Dla mieszkającego tam Finley'a nie jest to jednak jedyny problem. Jego matka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, dziadek został pozbawiony nóg, a ojciec pracuje na nocną zmianę. On sam woli nic nie mówić, niż powiedzieć za dużo. Pocieszeniem jest dla niego dziewczyna i koszykówka. Pewnego dnia jego trener - mentor i osoba, której każde polecenia nastolatek jest w stanie wykonać - prosi go o przysługę. Finley ma pomóc zaaklimatyzować się w miasteczku pewnemu chłopakowi, którego życie doświadczyło, zdaje się, równie bardzo, co Finley'a.

Nie da się ukryć, że dzieło Quicka jest na swój sposób niezwykłe. Świadczy o tym kilka czynników. Po pierwsze psychologiczny wydźwięk, który objawia się przy kreacji bohaterów. Zarówno główny bohater, jak i jego dziewczyna czy nowy przyjaciel nie tylko są na swój sposób wyjątkowi i skonstruowani z najwyższą dokładnością, ale też przedstawiają nam pewne problemy. Każdego z nich coś gryzie, każde szuka ucieczki od codzienności i czegoś lepszego w życiu. Muszę przyznać, że jestem zachwycona tym, jak autor oddał ich naturę i charakter. Widać było zmiany, jakie zaszły w postaciach przez wydarzenia, którym musieli sprostać, dało się też zauważyć walkę z samym sobą i z otaczającą rzeczywistością. Byli wyraziści, przedstawiali pewne ważne sprawy i nieśli nadzieję. Czego chcieć więcej?

Z mojego opisu kreacji bohaterów można już wywnioskować, że tematyce powieści też nie można niczego zarzucić. Autor skupia się na problemach nastolatków, które w jakiś sposób mogą dotyczyć i nas. Mówi nam o szukaniu swego miejsca na ziemi, walce o lepsze jutro, przyjaźni i akceptacji. Robi to wszystko opisując historię, którą śledzi się z najwyższym zaangażowaniem. Choć może nie dzieje się tu wiele, to losy bohaterów, ich codzienność i problemy absorbują całą uwagę czytelnika tak, aby nie pozostawić mu niedosytu. Tematyka powieści i styl autora idą ze sobą w parze. Matthew Quick ma w swoim piórze coś niesamowicie pozytywnego. Choć w Niezbędniku poruszył trudne tematy, to jednak pozostawił mnie z uczuciem nadziei, swego rodzaju pocieszeniem i pozytywnym nastawieniem.

Nie mogłam nie zachwycić się Niezbędnikiem obserwatorów gwiazd. Świetnie stworzeni bohaterowie, poruszająca problematyka i pozytywnie nastrajające zakończenie to rzeczy, które przesądziły o moim odbiorze. Książka może nie zostanie moim życiowym przewodnikiem i pewnie nie będę do niej wracać szukając pocieszenia, ale nie zmienia to faktu, że jest jedną z lepszych pozycji, jakie przeczytałam w tym roku.

Moja ocena: 9/10

Matthew Quick, Niezbędnik obserwatorów gwiazd/Boy 21, str.313, Otwarte, 2013

Read more ...

Wielki Gatsby - F. Scott Fitzgerald

18.7.14


Wielki Gatsby, rozsławiony w XX wieku, ostatnio za sprawą ekranizacji z Leonardo DiCaprio przeżywał swoją drugą młodość. Nie ukrywam, że właśnie film, w połączeniu z wieloma pozytywnymi recenzjami, popchnął mnie do sięgnięcia po książkę. Fakt ten cieszy mnie niezmiernie, bo gdyby nie to, nie miałabym możliwości poznania tej niesamowitej powieści.

Autor w Wielkim Gatsby'm skupił się na upadku moralnym w okresie powojennym. Odmalował przed czytelnikiem piękne przyjęcia, zepsucie i pogoń za pieniądzem. Tytułowy Jay Gatsby to postać niezwykle tajemnicza. Każdy wie, że mężczyzna jest niemożliwie bogaty, a to wszystko za sprawą wydawanych przez niego, i chętnie obleganych, przyjęć. O nim samym jednak nikt nie wie nic pewnego. Nie wiadomo, jak dorobił się swego majątku, skąd pochodzi i jaką miał przeszłość. Czytelnik jednak odkrywa prawdę o jego niespełnionej miłości i tragicznym zakończeniu, które ze sobą przyniosła.

Na początku muszę wspomnieć o narracji. Choć mogłoby się wydawać, że całość prowadzona jest z punktu widzenia Gatsby'ego, wcale tak nie jest. Historię opowiada nam niejaki Nick Carraway, mieszkający obok naszego głównego bohatera. Mówi czytelnikom o ich przyjaźni i życiu Gatsby'ego. W książce nie dzieje się wiele. Nie ma tu wielu wątków czy zaskakujących zwrotów akcji. Tak naprawdę liczy się to, co możemy wyczytać miedzy wierszami. Przez obserwację mentalności ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa wysuwa się jasny przekaz kreowany przez autora. Każdy zna formułki w stylu "pieniądze szczęścia nie dają", ale kiedy zestawimy je z tragicznym romansem z Wielkiego Gatsby'ego, nabiorą one dla nas nowego znaczenia. Jeżeli już o romansie mowa, to na pierwszy rzut oka nie jest on szalenie oryginalny. Nie odkrywa nic, o czym byśmy wcześniej nie czytali, ale w jakiś sposób, może za sprawą zakończenia, urzekł mnie i sprawił, że ta historia pozostanie ze mną na długo.

Francis Scott Fitzgerald stworzył swoją książkę posługując się pięknym językiem. Bogate słownictwo, ukryty humor, metaforyczny styl i umiejętność pisania między wierszami to jego główne cechy. Ja jestem naprawdę zachwycona. Wielki Gatsby napisany jest w niezwykle lekki sposób, choć jego przekaz nie zawsze taki jest. Czytało się go bardzo szybko i z uczuciem najwyższej przyjemności z lektury. Pracę autora widać na każdej stronie, a dopracowanie szczegółów objawia się chociażby w wykreowanych bohaterach. W tej małej objętościowo powieści nie zaniedbał nikogo, tak więc każda postać, nawet drugoplanowa, jest jak najbardziej prawdziwa.

Bardzo się cieszę, że mogłam poznać tę piękną, należącą do klasyki książkę. Jestem zachwycona językiem autora, wykreowanymi bohaterami i faktem, że postanowił przedstawić ówczesne społeczeństwo w taki, a nie inny, sposób. Jestem pozytywnie zaskoczona tą historią i teraz nie pozostaje mi nic innego, jak obejrzeć w końcu film. Wam historię Jay'a Gatsby'eho gorąco polecam! Wierzcie mi, że naprawdę warto ją poznać!

Moja ocena: 9/10 

F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby/The Great Gatsby, str. 190, Bellona, 2013
Read more ...

Dar Julii - Tahereh Mafi

24.6.14



Autor: Tahereh Mafi
Tytuł: Dar Julii
Tytuł oryginału: Ignite Me
Seria: Dotyk Julii #3
Liczba stron: 383
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive





Magii serii Dotyk Julii pozwoliłam się uwieść, dopiero przeczytawszy tom drugi. Moje wygórowane oczekiwania co do pierwszej części nie zostały niestety zaspokojone, ale wartką akcją kolejnej odsłony serii autorka w pełni mi to zrekompensowała. Dlatego też czym prędzej postanowiłam sięgnąć po trzecią część.

W Darze Julii główna bohaterka przechodzi gruntowną przemianę. Wie już, czego chce. Wie, co musi zrobić. Zdaje się bowiem, że tylko ona jest odpowiednią osobą, aby pokonać Andersona. Po tym, jak Warner uratował jej życie, jest zmuszona, aby mu zaufać i zgodnie z jego początkowym zamiarem wyruszyć na podbój świata. Potrzebuje do tego jednak swoich przyjaciół. Jak będzie wyglądała współpraca tej grupy? Komu Julia powierzy swoje serce?

Podobnie, jak w poprzednich tomach, tak też i tu, wiele się dzieje. Zakończenia serii mają to do siebie, że niosą ze sobą całe morze emocji. I tutaj ich nie zabrakło. Już od samego początku dostajemy wiele szokujących faktów, wiele momentów trzyma w napięciu, wiele rzeczy zaskakuje. Autorka skupiła w tej części wiele uwagi na wątku miłosnym. Rozwiązanie go w taki sposób, jak najbardziej mnie satysfakcjonuje. W całej serii został przedstawiony naprawdę świetnie. Niestety, wielkiego sensacyjnego bum, na które czekałam w tej części, nie dane mi było doświadczyć. Dużo tu było przygotowywań, a sama walka poszła, jak po maśle. Skrycie liczyłam na jakieś przeciwności, z których bohaterowie wyjdą w blasku chwały. Nie było tego i pod tym względem jestem niezmiernie niepocieszona.

Autorka w Darze Julii zmieniła nieco styl swojego pisania. Nie ma tu już bowiem charakterystycznych dla niej przekreślonych zdań - myśli, których Julia się wypiera. Ja odbieram to jako symbol przemiany bohaterki, faktu, że nie boi się już świata, nie zapiera się siebie i chce walczyć. Choć trochę mi tych przekreśleń brakowało, to jednak podziwiam autorkę, że potrafiła z nich zrezygnować, na rzecz tego symbolu. Wciąż jednak mamy tutaj inne atrybuty talentu pani Mafi. Jest zabawa słowem, jest magia i umiejętność wciągania czytelnika do świata przedstawianej historii. Niestety, nie wiedzieć czemu, występuje to w znacznie mniejszym stopniu, niż wcześniej. Mimo to, połknęłam tę książkę nie wiedzieć kiedy. Kiedy ją skończyłam, zdałam sobie sprawę dopiero, że jest już... O Matko!... druga w nocy.

O przemianie Julii już pisałam. Przy okazji recenzji Sekretu... wspomniałam, że nie chcę, aby bohaterka wracała do swojej początkowej wersji. Nie zrobiła tego. Stała się nawet jeszcze silniejsza i bardziej pewna siebie. W tej części poznajemy także jeszcze bliżej Warnera. Obserwujemy go z innej strony, przez co zrzuca nieco maskę zimnego potwora, którą przedstawiał nam wcześniej. Wspominałam już, jak ja uwielbiam tego bohatera? Z pewnością tak, ale nie zaszkodzi zrobić tego ponownie. Uwielbiam go! Poznajemy również inną twarz Adama, a wszystko to wpływa na kształt naszego miłosnego trójkąta, o którym już wspominałam. Nie zapominajmy też o niezastąpionym Kenji'm. Kocham Tahereh za to, że umieściła go w swojej trylogii!

Nie da się ukryć, że w Darze Julii jest kilka niedociągnięć. Nie chcę jednak o nich pamiętać. Chcę pozwolić sobie na całkowity zachwyt tą serią! Kocham styl pani Mafi, która zachwyca każdym słowem, kocham bohaterów, kocham pomysł na fabułę i fakt, że nie mogłam przerwać czytania nawet na chwilę. Jeżeli jeszcze nie poznaliście losów Julii, nie ma na co czekać! Pozwólcie się oczarować tak, jak ja!

„Słowa, myślę sobie są takie nieprzewidywalne. Żaden pistolet, miecz, armia ani król nie mogą się mierzyć z potęgą jednego zdania. Miecze mogą ranić i zabijać. Słowa zagnieżdżają się w naszych ciałach i pasożytują w nich jak robactwo. Niesiemy je ze sobą w przyszłość, nie mogąc się od nich uwolnić.”

Moja ocena: 9/10, 5+/6

Książka bierze udział w wyzwaniu


Read more ...

Saga księżycowa Cinder - Marissa Meyer

11.1.14


Autor: Marissa Meyer
Tytuł: Saga księżycowa Cinder
Tytuł oryginału: Cinder
Liczba stron: 437
Wydawnictwo: Egmont







Każdy z nas kojarzy chyba Kopciuszka. Sama w dzieciństwie wprost go ubóstwiałam. Opowieść o tej niezwykłej dziewczynie doczekała się wielu ponownych adaptacji, bardziej lub mniej uwspółcześnionych, gorszych lub lepszych. Odnowienia tej historii podjęła się także Marissa Meyer i trzeba przyznać, że wyszło jej to naprawdę genialnie.

Cinder w wieku jedenastu lat miała poważny wypadek. Jej nogi i ręki nie dało się uratować, dlatego zastąpiono je sztucznymi. Teraz, jako cyborg żyje wraz z macochą i dwiema przyrodnimi siostrami w Nowym Pekinie, zdziesiątkowanym przez epidemię. Dodatkowo pracuje jako mechanik, a za przyjaciela ma pewnego sympatycznego androida. Kiedy na stoisku, gdzie świadczy swoje usługi, pojawia się książę Kai, rozpoczyna się seria zdarzeń, które diametralnie zmienią jej życie. Dziewczyna dowie się wielu rzeczy o swojej przeszłości, znajdzie miłość i będzie musiała podjąć decyzję, która zaważy na życiu wielu osób.

Ostatnio jestem dość krytyczna, jeżeli chodzi o fantastykę. Z wyjątkiem Harry'ego Potter'a w ostatnim czasie spotykałam się jedynie z rozczarowaniami w tym gatunku. Dlatego właśnie obawiałam się Cinder. Biorąc pod uwagę wszystkie pozytywne recenzje, naprawdę nie chciałam kolejny raz się zawieść. Moje obawy szybko się jednak skończyły, a zastąpił je zachwyt nad tą pozycją. Jak każdy z Was wie, bardzo trudno jest stworzyć coś niepowtarzalnego i niespotykanego do tej pory, ale pani Meyer, jak najbardziej się to udało. Temat baśni, choć już poruszany, nie jest jeszcze w literaturze dość powszechny. Wykorzystanie Kopciuszka było dla mnie zabiegiem genialnym, bo jak już wspomniałam, uwielbiam tę baśń. Nie dostajemy tu jednak znanej opowieści w nowym wydaniu, bowiem pojawia się wiele różnic, ale sam przekaz jest taki sam - nie ważne, jak wyglądasz, ważne co masz w sobie.

Autorka akcję książki umieściła w zdziesiątkowanym przez zarazę Nowym Pekinie. Muszę przyznać, że właśnie ten fakt wprawił mnie w największe obawy. Nie chciałam kolejnej takiej samej antyutopii, gdzie ludność walczy o życie, a pewna dziewczyna musi ich wszystkich uratować. W jakimś stopniu ten schemat jest i tutaj, ale tak naprawdę na pierwszy plan wychodzą inne rzeczy. Pani Meyer dała swojej wyobraźni olbrzymie pole do popisu. Stworzyła z Kopciuszka coś zupełnie nowego, porywającego i wzruszającego, równie bardzo, jak pierwowzór. O tym ,,nowym" świecie czyta się zdumiewająco dobrze, a umieszczenie akcji w przyszłości wprowadza pewnego rodzaju niepewność, a tym samym magiczny, baśniowy klimat. Autorka nie nudzi swoimi wizjami, opowiada w sposób tak zajmujący, że naprawdę nie sposób się oderwać. Można co prawda zarzucić jej schematyczność, ale przy genialnej reszcie, naprawdę dało się nie zwracać na nią uwagi. W Cinder od początku do końca towarzyszyło mi uczucie z dzieciństwa, kiedy to poznawałam kolejne baśnie i zachwycałam się nimi. Choć w innym przypadku znalazłabym pewnie więcej błędów, tutaj pozwoliłam się w pełni zaczarować historii.

Przedstawienie bohaterów również nie pozostawia nic do życzenia. Główna bohaterka - Cinder - nie ma łatwego życia. Po wypadku w dzieciństwie stała się cyborgiem, pracuje jako mechanik i jest lekceważona przez domowników. Wszystko to sprawia, że zaczynamy jej współczuć równie bardzo, co Kopciuszkowi. Nie tylko jednak z tych powodów dało się ją polubić. Sarkastyczne poczucie humoru, walka o przyjaciół i przetrwanie to kolejne rzeczy, które wzbudziły moją sympatię do niej. Kaia również polubiłam. Nie był typowym przedstawicielem łamacza serc, choć złamał ich wiele, a to, że był rozdarty miedzy krajem, a własnymi pragnieniami sprawiło, że stał się bardziej prawdziwy. Muszę wspomnieć jeszcze o jednej osobie, choć osobą tak naprawdę nie można jej nazwać. Chodzi mi mianowicie o android Iko. Naprawdę nie dało się jej nie lubić. Taki kochany stworek z niej był, że każda scena z jej udziałem wywoływała ogromny uśmiech na mojej twarzy.

Saga księżycowa. Cinder to debiutancka książka Marissy Meyer, otwierająca baśniową sagę osadzoną w futurystycznym świcie. Pierwsza część ogromnie przypadła mi do gustu, może ze względu na to, że tak bardzo uwielbiałam Kopciuszka. Choć zakończenie szczególnie mnie nie zaskoczyło, to jednak pozostawiło niedosyt, dlatego z ogromną chęcią przeczytam Scarlet, aby zobaczyć, czym tam autorka postanowiła nas uraczyć. Jeżeli jeszcze nie czytaliście Cinder nie traćcie czasu i pozwólcie porwać się do tego magicznego świata!

Moja ocena: 9/10, 5+/6

Książka zaliczana do wyzwań:

Read more ...

Szukając Alaski - John Green

28.12.13



Autor: John Green
Tytuł: Szukając Alaski
Tytuł oryginału: Looking for Alaska
Liczba stron: 315
Wydawnictwo: Bukowy Las
Moja ocena: 9/10, 5+/6





Jest taki Pan, który zawojował świat literatury młodzieżowej. Najpierw ginął wśród innych twórców, ale potem, za sprawą jednej nieopisanie genialnej książki, ludzkość zaczęła go ubóstwiać. Wszyscy postanowili powrócić do jego wcześniejszych tworów i zachwycać się nimi równie bardzo, jak najnowszą powieścią. Chyba każdy wie, o kogo chodzi. John Green podbija rynek i zyskuje uwielbienie wśród wielu ludzi, zarówno młodzieży, jak i dorosłych. Rodzi się jednak pytanie, czy te starsze pozycje naprawdę tak się nam podobają, czy to efekt oddziaływania Gwiazd naszych wina. Dlatego też postaram się teraz zapomnieć o o tej książce i skupić się tylko i wyłącznie na Szukając Alaski.

Poznajemy tu Milesa Haltera. Nie wiódł on ciekawego życia, nie miał przyjaciół, a każdą wolną chwilę poświęcał wyszukiwaniu ostatnich kwestii znanych ludzi. Pewnego dnia postanowił to zmienić i wyjechać do szkoły z internatem Culver Creek, gdzie uczył się jego ojciec. Chłopak spotyka tam wielu ciekawych ludzi - geniusza matematycznego Chipa (dla przyjaciół Pułkownik), Takumiego i najbardziej fascynującą dziewczynę na świecie - Alaskę Young. Nowi znajomi nadają mu przezwisko - od teraz będzie Kluchą - i wciągają go w swój świat. Chłopak zaczyna doświadczać nowych rzeczy, często naginając przy tym przepisy. Zakochuje się też bez pamięci w Alasce. Wszystko to zaprowadzi Milesa to konieczności odpowiedzi na pytanie, jak wyjść z labiryntu cierpienia, co nie będzie łatwe.

Historia podzielona została na dwie części - PRZED i PO. Każdy rozdział rozpoczęty jest podaniem dni, które pozostały do pewnego ważnego wydarzenia, a potem dni po nim. Zabieg bardzo trafiony. Nasza ciekawość domaga się bowiem zaspokojenia, co sprawia, że musimy czytać dalej. Część PRZED można uznać za typową młodzieżówkę. Wielokrotnie poruszany motyw szkoły z internatem, problemy nastolatków i doświadczanie nowych rzeczy, jak chociażby picie czy palenie, można chyba śmiało uznać za coś, o czym wszyscy już czytali. Poznajemy tutaj także bohaterów, mamy zalążek tajemnicy i historię, o której czyta się dość ciekawie i na pewno przyjemnie. Rozważania rozpoczynają się dopiero w części drugiej. Sama akcja tutaj ustępuje miejsca ważnym treściom, które autor chciał przekazać. Choć obie te części same w sobie nie brzmią dość zachęcająco, to jednak wydarzenie, które je łączy, sprawia, że mają one sens. Wyzwala ono w czytelniku ogromne emocje i powoduje, że część drugą czytamy ze łzami w oczach i czytamy dalej, bo teraz już nie można by było odłożyć tej książki na bok. John Green ma swój styl pisania, o czym z pewności wiecie. Potrafi używać symboli, operować grafiką i używać słów tak, że od czytania nie sposób się oderwać. Można widzieć błędy, ale nie mają one znaczenia w porównaniu z całą resztą i treścią, którą autor przekazuje.

Jak w poprzednich książkach Johna Greena, także i tu mamy pewien motyw, pewne pytania, które krążą od początku, ale odpowiedzi szukamy razem z bohaterami i razem z nimi możemy je wydedukować na końcu. Tutaj było to Wielkie Być Może i labirynt cierpienia, z którego trzeba znaleźć wyjście. Hasła na pierwszy rzut oka mogą wydawać się dość tajemnicze, ale czytając stopniowo nabierają wagi, wnikają w serce milionem pytań, a gdy w końcu otrzyma się odpowiedź, pozostawia ona jeszcze większy ślad. Podczas gdy w Papierowych miastach czasem było zbyt dużo rozważań, tutaj wszystko mamy doskonale wyważone. John Green poruszył ważny temat i dotknął czegoś, co spotyka każdego z nas. Cierpienie jest tematem dość uniwersalnym, dlatego właśnie wnioski mogą pełnić rolę swego rodzaju pocieszenia i tym samym jeszcze bardziej do nas docierać. Autor wzbogacił treść ostatnimi słowami znanych ludzi, które dają kolejną możliwość do zastanowienia, refleksji, a często i uśmiechu.

Bohaterowie są tu bardzo dobrze wykreowani, co z pewnością nikogo nie zaskoczy. Najważniejsze jest to, że nie są idealni. Widać ich wady, niedociągnięcia i potknięcia. Chociażby główna postać - Miles. Był to chłopak z rodzaju tych nieogarniętych, którzy nie wiedzą, jak poradzić sobie z życiem. Właśnie taki wzbudzał największą sympatię. Alaska natomiast była szaloną dziewczyną, inteligentną i zabawną zarazem, ale i nie bojącą się naginać zasad. Przeciwieństwa się przyciągają, więc los po prostu musiał przyciągnąć do siebie tę dwójkę. Nie przypomina Wam to jednak jakichś znanych już bohaterów? Z Papierowych miast chociażby? Jako, że Szukając Alaski ukazało się najpierw, nie możemy autorowi niczego zarzucać. Bohaterów dało się polubić (nawet bardzo!), nie irytowali, a to najważniejsze. Czy inni byli tacy ciekawi i niespotykani, nie wiem. Czasem możemy dojrzeć schematyczność, ale tak naprawdę zdarza się ona bardzo często w naszym życiu, więc i w książkach nie sposób jej uniknąć.

Choć może chciałoby się nie lubić Johna Greena i nie ulegać modzie na niego, naprawdę nie sposób tego zrobić. Pisze on naprawdę genialnie, porusza ważne treści, które z pewnością pozostaną w czytelniku na bardzo długi czas. Szukając Alaski utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że obok tego autora nie można przejść obojętnie, nie można go nie uwielbiać i nie rozpływać się nad każdym jego tworem. Nie odkładajcie go na potem i jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście, rozpocznijcie przygodę ze świetną literaturą! Ja tymczasem pozostanę ze sposobem na wyjście z labiryntu cierpienia i niecierpliwym oczekiwaniem na kolejną książkę autora.

Read more ...

Harry Potter i więzień Azkabanu

23.12.13



Autor: J.K.Rowling
Tytuł: Harry Potter i więzień Azkabanu 
Tytuł oryginału: Harry Potter and the Prisoner of Azkaban
Liczba stron: 450
Wydawnictwo: Media Rodzina
Moja ocena: 9/10, 5+/6





Harry Potter gości w naszej kulturze już od dobrych kilkunastu lat. Choć mogłoby się wydawać, że jego fenomen przeminie wraz z ekranizacją ostatniej części, tak się absolutnie nie dzieje. Ktoś stale do niego wraca, odkopuje dawne wspomnienia lub jak ja, dopiero zaczyna czytelniczą przygodę z nim.

W trzeciej części świat obiega wiadomość, że z więzienia uciekł groźny przestępca. Czarodzieje wiedzą, że to nie byle jaki mugol, a Syriusz Black - niebezpieczny czarodziej, zabójca wielu ludzi. Przypadkowo Harry dowiaduje się, że szuka on właśnie jego. Dla bezpieczeństwa w Hogwarcie pojawiają się dementorzy - strażnicy Azkabanu, wysysający z ludzi wszelkie dobre uczucia. Na Harry'ego działają inaczej, niż na pozostałych uczniów. Kiedy chłopiec ich widzi, słyszy głos swojej matki tuż przed śmiercią, co jest uciążliwe szczególnie w trakcie meczów quidditcha. Nie wszystko jednak kręci się tylko wokół Blacka. W Hogwarcie zaszły pewne zmiany wśród kadry nauczycielskiej, Hermiona ma na głowie wiele dodatkowych przedmiotów, a uczniowie mogą uczestniczyć w wycieczkach do Hogsmeade - wioski zamieszkanej wyłącznie przez czarodziejów.


Ta część przygód młodego czarodzieja była dla mnie inna niż poprzednie. Długo zastanawiałam się, dlaczego tak ją odebrałam. Znalazłam minimum dwa powody: 1. bohaterowie podrośli i zachowują się inaczej, 2. nie było tu końcowej walki z Voldemortem, którą spotykaliśmy w poprzednich częściach. Nie mówię, że przez to książka podobała mi się mniej, bo tak nie było, ale jednak inne emocje towarzyszyły mi podczas czytania. Bohaterowie nie mieli tutaj zagadki do rozwiązania, więc mogli zając się bardziej swoimi sprawami. Powstały więc nowe wątki, jak sytuacja Hermiony czy wycieczki do Hogsmeade. Fabuła przez to została rozbudowana, możemy poznawać kolejne elementy świata czarów, o których, nie oszukujmy się, czyta się z największym zainteresowaniem. Sama akcja na braku zagadki też nie ucierpiała. Końcowe wydarzenia rekompensują brak wcześniejszych dociekań, a fakty, które zostały odkryte, naprawdę potrafiły zaskoczyć. Było tak w moim przypadku, bo wersję filmową Więźnia Azkabanu oglądałam już dość dawno i trochę faktów zapomniałam. Nie muszę chyba mówić, że choć jest to książka skierowana do dzieci, starsi nie będą się nudzić. Autorka poprowadziła wszystko tak, że lektura Harry'ego to najwyższa przyjemność.


J.K. Rowling jest mistrzynią klimatu i stwierdziłam to już przy okazji poprzednich części. Stworzyła zupełnie inny świat, pełen tajemnic, własnych prawd i symboli, charakterystycznych tylko dla niego. Za to już właśnie będą ją wiecznie uwielbiać. Można było jednak zepsuć początkowy plan i książka mogła okazać się niewypałem. Wiecie pewnie, że tak się nie stało. Pani Rowling rozplanowała sobie wszystko świetnie i można to stwierdzić już na samym początku znajomości z serią. Autorka potrafiła nie tylko wypełnić swój pomysł, ale także dać nam okazję do radości. Każda strona bowiem to magia w najczystszym wydaniu i uczta dla wyobraźni. Dodatkowo język na wysokim poziomie i wrodzony talent pisarski. Czego można chcieć więcej?

Jak już wspomniałam bohaterowie zmienili się, a wszystko za sprawą upływającego czasu. Wychodzą na jaw ich niekoniecznie dobre cechy. Nasza trójka przeżywa mały kryzys. Hermiona i Ron nie potrafią dojść do porozumienia. Sprawy nie ułatwia fakt, że Harry wybiera stronę Rona i razem z nim ulega urokom życia, zapominając o Hermionie. Jak można się spodziewać, przyjaciele szybko dojdą do porozumienia. Pojawiają się także nowe postaci. Chcę wspomnieć o dwóch z nich - Lupinie i Blacku. Pokochałam ich obu. Obaj posiadali pewną tajemnicę, wprowadzili pokłady sympatii, a przede wszystkim odkryli ważne fakty, które oko czytelnika wychwytuje z miła chęcią. Pozostają jeszcze stary dobry Dumbledore i Hagrid. Kocham ich i dziękuję autorce za ich stworzenie!

W przypadku Harry'ego Pottera nie możemy mówić o lepszych czy gorszych tomach, bo takowych nie ma. Autorka trzyma poziom i opowiada nam stale dobrą historię młodego czarodzieja. Możemy mówić jedynie o częściach bardziej lub mniej ulubionych. Jeżeli o mnie chodzi o swoich ulubieńcach wypowiem się na koniec mojej przygody z Harry'm. Więzienia Azkabanu czytało mi się równie genialnie, jak tomy poprzednie i już nie mogę się doczekać, kiedy wygospodaruję czas na część kolejną. Jeżeli jeszcze nie czytaliście tej serii, nie traćcie czasu! Te pozycje trzeba znać!
Read more ...

Uwięziona królowa - Philippa Gregory

1.12.13


Autor: Philippa Gregory
Tytuł: Uwieziona królowa
Liczba stron: 403
Wydawnictwo: Książnica
Moja ocena: 9/10, 5+/6







Philippa Gregory od dłuższego już czasu podbija serca czytelników powieściami historycznymi. Uwodzi charakterystycznym stylem i przyciąga do siebie nawet wielkich przeciwników tego typu literatury. Jej wieloletni dorobek wywołuje przeogromny szacunek i podziw. Od dawna byłam naprawdę ciekawa jej twórczości, więc gdy tylko w moje ręce trafiła Uwieziona królowa od razy zasiadłam do lektury.

Przedstawione mamy tu losy Marii Stuart. Burzliwe życie zapewniło jej popularność, romantyczne usposobienie, odwaga i tragiczna śmierć - uwielbienie ludzi. Miała być największą królową świata, jako ta, której należy się tron Francji, Szkocji i Anglii, a dziewiętnaście lat swojego życia spędziła w niewoli, gdzie w końcu została skazana na śmierć za spiskowanie przeciw królowej Elżbiecie. Choć miała trzech mężów, nie zaznała szczęścia w miłości, a jej życie usłane było trudami, z którymi w każdym momencie musiała się mierzyć, ukrywając swą prawdziwą osobowość. W Uwięzionej królowej autorka skupia się na jej losach w trakcie niewoli. Przedstawia nam wszystkie spiski, w jakie była zaangażowana i przemianę, jaką musiała odbyć. Wszystko to na tle szesnastowiecznej Anglii i przemian w niej zachodzących. Anglii za rządów Elżbiety, której zaufanym doradcą był William Cecil -mężczyzna mający własną wizję tego kraju, siejący postrach i terror.

Philippa Gregory bardzo sprawnie łączy wydarzenia historyczne i fikcję literacką. Tak sprawnie, że niewprawione oko (moje) nie widzi tej granicy i wszystko postrzega, jako najszczerszą prawdę. Autentyczność wydarzeń sprawia, że wszystko odbieramy dwa razy mocniej, wczuwamy się bardziej, bo wiemy, że to nie świat stworzony przez autorkę, ale prawdziwe wydarzenia. Pisarka nie miała tu zbyt dużego pola do popisu dla wyobraźni, dlatego postanowiła zachwycić nas językiem i stylem. Wywołały one we mnie uczucie, jakiego dawno nie doświadczyłam, czytając książkę. Wiedziałam, jak cała sprawa się zakończy, bo z książkami historycznymi tak właśnie jest - nie sposób uniknąć spojlerów- a i tak, całym sercem kibicowałam Marii i chciałam, żeby wszystko zakończyło się inaczej. Tyle było okazji, tyle forteli do wykorzystania, że po cichu oczekiwałam, że autorka odejdzie od historycznej prawdy i da się ponieść fantazji. Nie stało się tak niestety, a ja pozostałam niepocieszona. Jako, że samemu uwięzieniu Marii Stuart w Anglii nie poświęcane jest wiele czasu na lekcjach historii, książka może stanowić swego rodzaju pomoc w przyswajaniu wiedzy. Mnie przypomniała, jak bardzo lubię ten przedmiot i że nie jest on tylko przykrym obowiązkiem nauki do klasówki.

Autorka postawiła na narrację z trzech różnych punktów widzenia - Marii Stuart, George'a Talbota i Bess z Hardwick. Każde z nich przedstawia nam inne spojrzenie na daną sprawę, każde inaczej odnosi się do Marii, Elżbiety, czy samej sytuacji w Anglii. Maria kreowana jest na kobietę odważną, umiejącą o siebie zadbać, spiskującą, ale z drugiej strony romantyczną i wymagającą opieki. Jedni ją nienawidzili, drudzy kochali, co widzimy na przykładzie George'a i Bess. George to mężczyzna, dla którego honor jest najważniejszy. Był w stanie stracić wszystko, łącznie z dziedzictwem, ale swoich zasad wyrzec się po prostu nie mógł. Od czasu, kiedy przyjął królową Szkotów pod swój dom towarzyszyło mu rozdarcie pomiędzy wiernością Elżbiecie, a rodzącym się uczuciem do Marii. Polubiłam go właśnie za te cechy. Jego żona Bess, była swego rodzaju przeciwieństwem męża. Kobieta biznesu, dla której małżeństwo jest tylko awansem społecznym, uważająca, że kolekcjonowanie wszelkich dóbr należy stawiać ponad wszytko - tak można w skrócie przedstawić jej opis. Prawdę mówiąc rozumiałam jej lęki i niepewności. Która kobieta nie czułaby ich, gdyby pod własnym dachem mąż zakochiwał się w innej? To raczej nie usprawiedliwia całokształtu jej osoby, ale sprawia jednak, że nie możemy jej potępić w ostatecznym rozrachunku.

Uwięziona królowa to szósta część cyklu Tudorowskiego. Obawiałam się, że wprowadzi mi to do czytania pewien zamęt. W końcu w poprzednich pięciu tomach, coś musiało się dziać. Nie lubię zaczynać czytania serii od środka, bo uczucie, kiedy nie wiadomo, co się dzieje, jest bardzo nurtujące. Tutaj jednak nie doświadczyłam go w ogóle. Może i jakieś odnośniki do poprzednich tomów były, ale naprawdę niezauważalne, także jeżeli ciekawi Was Uwięziona królowa, a macie ten sam problem, co ja, możecie być spokojni.

 Długo można się zastanawiać, co jest takiego w tej książce. Nie wiem, czy po wielogodzinnych rozmyślaniach znaleźlibyśmy właściwą odpowiedź. Każdy znajdzie tu coś innego, coś co go zachwyci i pozostanie w jego pamięci. Mistrzowski styl i opisy, które przenoszą nas w inny świat, klimat, który towarzyszy nam od początku do końca, a przede wszystkim autentyczność wydarzeń, to rzeczy, które zapamiętam ja. Żałuję jedynie, że nie poznałam tej autorki wcześniej, bo ominęło mnie naprawdę wiele. Postanawiam jednak nadrobić te haniebne zaległości i poznać cykl Tudorowski bliżej. Tym, którzy jak ja do niedawna, nie znają jeszcze Philppy Gregory i jej dzieł, zachęcam do szybkiego sięgnięcia po nie. Nie będziecie żałować!!


Za możliwość przeczytania dziękuję portalowi Sztukater.pl!
Read more ...

Lokatorka Wildfell Hall - Anne Brontë

6.11.13


Autor: Anne Brontë
Tytuł: Lokatorka Wildfell Hall
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 525
Moja ocena: 9/10, 5+/6







Siostry Brontë popularne są już od ponad półtora wieku. Śmiało można powiedzieć, że obecnie przeżywają drugą młodość. Pierwszy raz spotkałam się z nimi nie tak dano temu, bo w te wakacje, przy okazji ,,Jane Eyre. Autobiografia". Opowieść ta poruszyła moje serce, dlatego też z wielką chęcią sięgnęłam po ,,Lokatorką Wildfell Hall" Anne Brontë. Mogę już teraz przyznać, że znów się nie zawiodłam, a co więcej, odkryłam kolejną emocjonującą historię.

W ,,Lokatorce..." rzecz się dzieje w jednym z angielskich miasteczek w latach 20-tych XIX wieku. Wszyscy mieszkańcy bardzo dobrze się znają, a codzienne obowiązki urozmaicają im spotkania towarzyskie, które stanowią doskonałą okazję do wymiany najświeższych plotek. Nic więc dziwnego, że gdy nieznajoma kobieta zamieszkuje w dawno opuszczonym domu, staje się okazją do rozmów. Fakt, że Helen Graham jest wdową, samotnie wychowuje syna i postanowiła zamieszkać w obcym miejscu wzbudza niemałe kontrowersje. Gilbert Markham jednak nie traktuje jej tak, jak wszyscy. Znajduje sposób, żeby ją lepiej poznać. Między bohaterami rodzi się uczucie, które będzie musiało wiele pokonać. Przeszłość Helen upomni się o nią i nie pozwoli tak łatwo o sobie zapomnieć. 

Zastanawialiście się kiedyś, co też takiego ma w sobie klimat dziewiętnastowiecznej Anglii, że wszyscy się nim zachwycają? Czy to te długie suknie, dworska etykieta w zwykłych przyjacielskich rozmowach albo może Anglia sama w sobie ma to ,,coś"? Pewne jest to, że klimatu tego nie można nazwać przeciętnym i nijakim, a to najważniejsze. Możemy go zaobserwować chociażby w książkach sióstr Brontë. Anne zaprowadziła nas do jednego z angielskich miasteczek i w bardzo malowniczy sposób ukazała pewną chwytającą za serce historię. Barwne opisy, zabawa emocjami czytelnika czy oddziaływanie na wyobraźnie to nie wszystko. W ,,Lokatorce Wildfell Hall" widzimy w najdrobniejszych szczegółach wykonaną pracę. Przemyślenie tego, co chce się opowiedzieć i realizację do samego końca.

Całości daleko do przeciętności i najlepiej potwierdza to sposób prowadzenia narracji. Mamy tu do czynienia ze swego rodzaju powieścią szkatułkową. Cała historia to list głównego bohatera - Gilberta Markhama -  który chcąc przeprosić za swoje zachowanie piszę do przyjaciela i opowiada mu historię ze swej młodości. To on przedstawia nam Helen Graham, wspomina jak ją poznał i w jaki sposób dowiedział się więcej na jej temat. To właśnie jej przeszłość stanowi główną część książki i chyba najbardziej wpływa na czytelnika. Ukazane tu mamy bowiem wiele problemów, których odzwierciedlenie możemy spotkać i w naszych czasach. Historia o kobiecie, która musiała się z nimi mierzyć niewyobrażalnie wciąga. Czytając mamy wrażenie, jakbyśmy znajdowali się w innym świecie, a o swoim własnym zapominamy. Gdyby nie obowiązki, które nie pozwalały mi na długie czytanie pochłonęłabym ,,Lokatorkę..." naprawdę szybko. Niestety trochę się to rozciągnęło, ale nie zmienia to faktu, że książka ma coś, co nie pozwala się od niej oderwać. Przedstawiana historia nie jest byle jaka czy nudna, a to jeszcze bardziej wpływa na chęć do dalszego poznawania.


Ogromnym plusem są bohaterowie. Już sami mieszkańcy miasteczka, którzy ociekają fałszywą życzliwością i obłudą, zostali skonstruowani doskonale. Najbardziej jednak wybija się właśnie Helen Graham - kobieta silna, wytrwała i potrafiąca walczyć o szczęście swoje i bliskich. Choć irytowała mnie w niej czasem nadmierna dobroć, to jednak jak najbardziej jestem w stanie jej to wybaczyć. Umiejętność walki o swoje to rekompensuje. Bardzo dobrze skonstruowany został jej pierwszy mąż - pan Huntingdon. Choć nie dało się go polubić, to jednak widać włożoną w niego pracę. Był postacią, która miała przestrzegać i w tym wydaniu, jak najbardziej spełniał swoją rolę. Pozostaje jeszcze jeden główny bohater - Gilbert. Nie możemy uznać go za jednego z bohaterów, do których serce szybciej bije, to fakt, ale w ogólnym rozrachunku przedstawia się, jak najbardziej pozytywnie, więc narzekać nie powinniśmy.

,,Lokatorka Wildfell Hall" to kolejna genialna książka sióstr Brontë, jaką miałam okazję przeczytać. Malowniczy klimat, piękna historia i ponadprzeciętni bohaterowi pozostaną w mojej pamięci jeszcze na długi czas. Nie będę porównywać jej do ,,Jane Eyre", bo to dwie zupełnie różne historie. Każda coś w sobie ma i pokazuje coś innego. Na ,,Lokatorce..." z pewnością się nie zawiedziecie, a może i pokochacie ją tak, jak ja. Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu MG!


Read more ...

Gdzie jesteś, Leno? - Joanna Opiat-Bojarska

17.9.13



Autor: Joanna Opiat-Bojarska
Tytuł: Gdzie jesteś, Leno?
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 322
Moja ocena: 9/10, 5+/6






Temat zaginięć ludzi od zawsze budzi emocje. Zastanawiamy się, co też mogło się stać i nawet jeżeli nie jesteśmy bliskimi zaginionego człowieka i tak się niepokoimy i dociekamy prawdy. Choć różne spekulacje przychodzą nam do głowy i tak zwykle nie są one prawdziwe. Często powody są zgoła zaskakujące, a poznanie ich nigdy nie będzie nam dane. Ten właśnie temat w swojej książce poruszyłam Joanna Opiat-Bojarska, autorka m.in.: ,,Błogostanu" czy ,,Klubu Wrednych Matek". To moje pierwsze spotkanie z jej twórczością i już na wstępie muszę przyznać, że bardzo udane.

Głównym tematem w ,,Gdzie jesteś, Leno?" jest sprawa zaginięcia pewnej dziewczyny - Leny Pietrzak, pięknej studentki anglistyki. Pewnej sobotniej nocy wychodzi ona ze znajomymi do klubu, po czym opuszcza go sama około drugiej. Wtedy słuch po niej ginie. Matka zgłasza jej zaginięcie na policje i podstępem zmusza ją do natychmiastowego śledztwa. W jego wyniku zostanie odkryte wiele faktów i zawiłości, które pozwolą wysunąć hipotezę zniknięcia dziewczyny.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że książka aż tak mnie wciągnie. Nie czytam zazwyczaj kryminałów, jednak nie dlatego, że ich nie lubię, a po prostu nie mam wystarczająco czasu, aby w końcu się w nie wgłębić. ,,Gdzie jesteś, Leno?" pozwoliło mi trochę to zmienić i już wiem, że chcę czytać więcej książek tego typu. Fabuła naprawdę wciąga. Rozwiązanie zagadki nie jest ani przez chwilę proste. Wciąż pojawiają się nowe poszlaki, którymi trzeba podążać. Autorka bardzo dobrze nimi prosperowała, pozwoliła czytelnikowi na odkrywanie prawdy razem z bohaterami, jednak nie pokazała jej od razu. Dawała różne wątki, mieszała, sprawiała, że mój pomysł upadał by znowu powstać, a końcowy rezultat i tak mnie zaskoczył. Książka nie nudziła ani przez chwilę, a to za sprawą bardzo dobrze skonstruowanych rozdziałów, które nie dłużyły się i przedstawiały to, co ważne, bez zbędnego rozciągania, czy dawania wytchnienia czytelnikowi. Widać, że autorka bardzo dobrze przemyślała to, co chce nam zaserwować. Dzięki temu książka charakteryzuje się wielką precyzją i dopracowaniem. Rzeczą, która również bardzo przypadła mi do gustu były opisy świata przedstawionego. Nie miało się bowiem wrażenia, że tkwimy w szarej Polsce, a realia daleko odbiegają od tych zagranicznych, jak często w naszych rodowitych tworach bywa. Autorka stworzyła wszystko tak, że spokojnie moglibyśmy uznać akcję w Poznaniu, za akcję w jakiś mniejszym mieście w Stanach. Wszystko było bardzo barwne i rzeczywiste, jednak bez zbędnej koloryzacji czy zabarwiania na szaro.

Bohaterowie stoją na bardzo wysokim poziomie. Zacznijmy od matki Leny, której emocje towarzyszące zaginięciu córki zostały naprawdę bardzo dobrze oddane. Widać wszystko to, przez co kobieta musi przechodzić i działania, które podejmuje, aby odnaleźć dziecko. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Bardzo dobrze przedstawieni byli również policjanci - Przemysław Burza Burzyński oraz Michał Majewski. Widać różnice ich charakterów i przede wszystkim pokoleń, lecz także miłość do zawodu, która ich połączyła. Przemysław ma rodzinne kłopoty, a po odejściu jego starego partnera zostaje mu przydzielony młody chłopak - chrześnik przełożonego. Nie jest więc do niego przyjaźnie nastawiony, a gburowatość i zbytnia pewność siebie chłopaka nie ułatwiają sprawy. Mimo tego, podczas prowadzenia śledztwa potrafili się zgrać. Autorka stworzyła naprawdę dobry duet i cieszyłabym się bardzo, gdyby wróciła do niego w innej książki z inną już sprawą. Sami przyznajcie, polska literatura potrzebuje czegoś takiego, a ja chętnie przeczytałabym jeszcze o losach tej dwójki.

,,Gdzie jesteś, Leno?" to jedna z lepszych polskich książek, jakie czytałam. Wyróżnia się na tym tle i przyznaje z czystym sercem, że naprawdę wciągnęłam się w opisywane zdarzenia. Starałam się rozwikłać zagadkę razem z bohaterami, choć jak pewnie przypuszczacie, nie udało się. Książka to nie tylko zagadka kryminalna, ale także multum emocji towarzyszących bohaterom. Jeżeli jeszcze jej nie czytaliście, gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.pl!
Read more ...

Harry Potter i Komnata Tajemnic - J.K.Rowling

9.9.13


Autor: J.K.Rowling
Tytuł: Harry Potter i Komnata Tajemnic
Liczba stron: 356
Wydawnictwo: Media Rodzina
Moja ocena: 9/10, 5+/6







Harry'ego Pottera nikomu nie trzeba przedstawiać. Wiele osób go uwielbia, czy to z książek, czy z filmów. Nawet jeżeli te dwie formy nie są komuś znane i tak o nim słyszeli. To chyba jeden z najbardziej znanych bohaterów w kulturze. Sama od zawsze uwielbiam filmy o nim, jednak z książkami spotkałam się dopiero w te wakacje. Pierwsza część przypadła mi do gustu naprawdę bardzo, więc nie zwlekałam długo z przeczytaniem drugiej. Nie będę Was zwodzić, bo pewnie podejrzewacie, że i tę pokochałam.

W drugiej części odwiedzamy Harry'ego podczas wakacji w domu wujostwa. Nie jest tam dobrze traktowany, a za sprawą złośliwego domowego skrzata, który nie daje mu spokoju zostaje uwięziony w pokoju. Z odsieczą przybywa mu Ron z braćmi. Kiedy nadchodzi czas przyjaciele wyruszają do Hogwartu, a droga ta nie pozbawiona jest przeszkód. W szkole zaś rozchodzi się wieść, że legendarna Komnata Tajemnic została otwarta. Na uczniów czyha niebezpieczeństwo, a Harry z przyjaciółmi na własną rękę zaczynają prowadzić śledztwo.

,,Harry Potter i Komnata Tajemnic" to powrót to do dobrze nam znanego magicznego świata. Rozpoczyna się, jak część pierwsza, w środku wakacji. Harry spędza czas u źle traktującej go rodziny, wpada w kłopoty, dzięki czemu może odwiedzić Rona w jego domu. Już od początku wiemy, że będzie równie ciekawie, co w przypadku Kamienia Filozoficznego. Drugie części często są gorsze, niż pierwsze, ale w jeżeli chodzi o Harry'ego to jest jak najbardziej logiczne, że tak nie jest. Gdyby ktoś nie znał tej historii, w Komnacie Tajemnic zaczyna być widoczne, że autorka bardzo dobrze rozplanowała całość. Stopniowo odkrywa przed nami fakty, syci nas jedynie szczątkowymi informacjami, by na koniec zaserwować bombę. Robi to w mistrzowski sposób, bo do języka naprawdę nie można się przyczepić. Młodszym czytelnikom się spodoba, starsi nie będą mieli wrażenia, że czytają coś infantylnego. Jednym słowem Harry jest dla każdego.

Podczas recenzowania pierwszego tomu, stwierdziłam, że pani Rowling genialnie tworzy klimat. Podtrzymuję to i teraz. Od początku można zatracić się w magicznym świecie, który pokochaliśmy w pierwszej części. Wracamy do mioteł, różdżek, quidditcha i innych rzeczy charakterystycznych tylko dla tej serii. Żeby nie było nudy mamy tu też nowe pokłady magii. Wszystko to stworzone jest tak, że ani przez chwilę nie ma się wrażenia przesytu czy niedopowiedzeń. To jak lepszy świat, do którego tylko wybrańcy mają wstęp. I, o rany! Ja tak bardzo nie chcę być tylko mugolem! Proszę tak ładnie i pytam, czy list z Hogwartu w Polsce ze względu na naszą Pocztę przychodzi może dopiero w wieku siedemnastu lat??

Od wydarzeń pierwszego tomu minął pewien czas, więc nasi bohaterowie trochę dorośli. Może jeszcze nie widać rażącej zmiany, tylko te subtelne w pewnych zachowaniach. Trójka przyjaciół już nie jest najmłodsza w Hogwarcie, więc czują się pewniej. Hermiona narażona jest na niebezpieczeństwo związane z Komnatą Tajemnic, więc ponad wszystko stara się mu zapobiec, nawet za cenę złamania regulaminu szkolnego, co w pierwszej części w jej przypadku było nie do pomyślenia. Ron dalej pozostaje roztargnionym, sarkastycznym Ronem, a Harry lekko zagubionym, inteligentnym i niezwykle odważnym chłopcem. Pojawia się także nowa postać - niejaki Gilderoy Lockhart, pisarz i nowy nauczyciel obrony przed czarną magią. Muszę przyznać, że ciężko mi się do niego ustosunkować. Trochę irytujący, trochę zabawny, ale mimo wszystko jakoś niedający się polubić. Do tego dochodzą oczywiście inne postaci, a żadna z nich nie jest płytka czy nie dopracowana.

,,Harry Potter i Komnata Tajemnic" to świetna kontynuacja przygód słynnego Harry'ego. Naprawdę się cieszę, że w końcu zaczęłam przygodę z papierową wersją. Z powodu szczególików fabuły, które wydawały mi się idiotycznie nie dałam najwyższej oceny, jak w przypadku Kamienia Filozoficznego, były one jednak naprawdę rzadkie. Nie będę polecać tej serii, bo uważam, że nie trzeba tego robić. Całość przechodzi już do klasyki, a wierzcie mi, klasykę po prostu wypada znać. W tym wypadku Ci, którzy jeszcze nie czytali, nie powinni oczekiwać tylko odbębnienia dla świętego spokoju, bo dostaną świetną historię, która ich zachwyci. Ja tymczasem poszukiwanie kolejnych części uważam za rozpoczęte.
Read more ...